u nas ja więcej sprzątam, ale jemu w ogóle nie przeszkadza życie w syfie, więc nie będzie na to marnował czasu. Za to nie gotuję prawie wcale, chyba, że wymyślę, sobie jakąś potrawę i akurat jest bez mięsa. Nigdy w życiu chyba nie jadłam tak regularnie ciepłych obiadów - zakupy, planowanie co zjeść, gotowanie, to mnie mało obchodzi. Czasowo chyba ja mniej czasu spędzam na obowiązkach, bo posprzątać mogę kiedy mam czas, a obiad trzeba zrobić w określonej porze, bo człowiek głodny. Chleb też piecze, wspaniała sprawa takie świeże pieczywko na zakwasie.
Za to jak usłyszałam od kumpla, że on nie będzie robił prania, bo nie, nigdy nie robił, sprzątał też nie, bo to kobiety rola, a jego żona pracuje więcej niż on, to w środku się gotowałam ostro 🙂 Uważam też, że my baby mamy nawalone w głowie tym porządkiem i obowiązkami i dla mnie takie nauczenie się, że można usiąść i odpocząć mimo, że nie jest posprzątane zajęło sporo czasu, choć nadal nie mam 100% spokoju jeśli jest nieogarnięte. Może kiedyś z tym wygram.
No cóż, u nas chwilowo często to ja jestem tym starym, co wraca z roboty i siada na kanapie czekając na żarcie 😂
Generalnie mamy jakiś tam podział z grubsza (w stylu ja robię pranie, a P. odkurza i myje podłogę i łazienkę), ale normalnym jest to, że kto ma więcej czasu i sił, ten bierze więcej na siebie. Jak czasem zjemy pierogi z zamrażalnika albo pizzę - nikt nie umrze. Jak zrobię to pranie jutro - nikt nie umrze. Jak P. pozmywa podłogę w niedzielę zamiast soboty - też nikt nie umrze.
Nigdy nie mieliśmy spiny o obowiązki w domu. Był moment, że to ja zawsze gotowałam, teraz jej taki moment, że kupuje P. fajne garnki i patelnie, a potem czekam na efekty 😁
Z drugiej strony - ja od dziecka widziałam mężczyzn, którzy ogarniali rzeczy typu sprzątanie czy gotowanie. Mój ojciec, mój wujek. Jak moja mama wracała późno z delegacji czy z nadgodzin z biura, to mój ojciec czekał na nią z kolacją na ciepło. Choć się rozstali i to dość szybko, to takie miałam obrazy zapisane w głowie. Dużo pracował, ale jak był w domu spędzał ze mną czas. Nie było dla mnie dziwne to, źe sam z siebie chwyta za mopa czy żelazko.
Dodatkowo mój ex miał dwie lewe ręce, był leniem i opanował weponized incompetence w stopniu mistrzowskim. Związek z nim mocno wytyczył moje granice, nie miałam najmniejszej ochoty wracać do układu, gdzie to ja jestem za wszystko odpowiedzialna.
Imho to nie zawsze jest weaponized incompetence. To czesto wzorce wyniesione z rodzinnego domu. 100 lat temu, w pokoleniu naszych pradziadków pan domu czekał przy stole aż mu służąca nałoży, przecież nie bedzie sobie sam nakladal na talerz. Mój dziadek nakładał juz sobie sam, ale poza tym to slabo było z czymkolwiek domowym, bo o ile dziewczynki musialy ogarniać (co nie znaczy robic same), o tyle facetów to w ogole nie interesowało. Ten model sie dobrze zakonserwowal w PRL tylko usługiwanie spadło na żony, corki, czy matki/tesciowe. W pokoleniu moich rodziców nadal masa facetow nie umiała zrobić przy sobie totalnie nic. Miałam 6 lat jak zostałam na parę dni sama z ojcem. Pierwszego dnia mnie zapytał czy bób sie gotuje czy smaży... bo jako dziewczynka juz powinnam to wiedziec (a on nie). Skończyło sie telefonem do babci zeby przyszla i ugotowała obiad. W naszym pokoleniu juz jest troche inaczej, np. po moim wyjezdzie na studia to moj brat musiał odkurzac, czy sam ugotowac sobie makaron. Ale to nadal nie bylo tak, ze obowiazki domowe byly dzielone na nas jako dzieci niezależnie od płci. U mojego męża w ogóle teściowa (maz nie ma siostry) robiła wszystko sama, przynosiła kanapki pod nos itp. i tylko powtarza do dzis, ze jak sie nie ma corki to sie nie ma dziecka. Dla takiego faceta potem robienie czegoś w domu jest totalnie abstrakcyjne, oni nie wiedzą nawet z ktorej strony zaczac, chyba ze sie im na spokojnie wytlumaczy i pokaże.
karolina_, wiadomo, ja tego nie neguję. Swoją drogą, książka Chłopki sporo mi wyjaśniła w głowie zachowań mojej babci np.
Ale skoro ja mogę wyguglać jak się montuje płot sztachetowy, czy skąd zapach spalin w kabinie samochodu, to każdy mężczyzna, który gdzieś pracuje da radę sobie z obsługą domostwa. Tylko musi CHCIEĆ. A no najczęściej nie chce, jak kumpel z komentarza wyżej.
Świat się zmienił, baby zarabiają sporo, nie potrzebują chłopa (stąd ta plaga męskiej samotności, muszą coś sobą reprezentować), natomiast mam świadomość, że np ja żyjąca sobie sama, opłacająca mieszkanie, siebie, pieski to, w długiej historii gatunku i miejsca kobiet w społeczeństwie, raczej wyjątkowa sprawa. Bardzo się cieszę, się urodziłam te lekko ponad 30 lat temu a nie 130 czy jeszcze wcześniej
Dokładnie! Dlaczego ja mogę się dowiedzieć jak się lutuje czy wymienia filtr w aucie a facet nie może nauczyć się robić kanapek? To jest tylko i wyłącznie lenistwo lub totalny brak chęci. Nie wyobrażam sobie mieszkać z kimś kto notorycznie zostawia folie z parówek w zlewie czy też nie umie sobie zrobić prostego obiadu lub prania. No fu*king way!
Ja tak tylko przypomnę, że kobietą też nikt nie wgrywa tych umiejętności świeżo po urodzeniu po kablu jak w Matrixie. My się ich uczymy. Tak samo nauczyć się może facet - wykonuje sie je z użyciem dłoni, nie genitaliów 😉
Mój P. nie gotował. Mówił, że nie lubi, że nie ma daru - ale jak zostawał sam to zrobił kanapki, złapał coś do odgrzania, nie był zależny. Czasem nawet robił coś w stylu frytek i kupnej pieczeni podgrzanej w piekarniku na kolację jak wracałam późno. W trakcie związku wyszło, że on nie podchodził do garnków, bo jego ex coby nie zrobił to strasznie narzekała, więc się zraził. Powoli jednak zaczął próbować na nowo i... gotuje 🙂 Wszystko. Czasem przesoli, czasem nie wyjdzie idealnie - ale mi też nie zawsze przecież wychodzi. Z reguły jednak idzie mu to na prawde świetnie, lepiej niż mi w wielu potrawach. Podejmuje nawet tematy, gdzie ja patrzę i robię "meh, za dużo roboty i bajzlu" 😂
Zaczął po 30-stce, poczytał w necie, poogladał youtube i działa 🙂 to nie rocket science, tylko trzeba chcieć - ale też trzeba zabić w sobie "daj, ja to zrobię lepiej", dać przestrzeń na naukę i wspierać.
ale też trzeba zabić w sobie "daj, ja to zrobię lepiej", dać przestrzeń na naukę i wspierać.
keirashara, dokladnie - po prostu cierpliwie wytłumaczyć, pokazac i dać przestrzen na nauke i zrobienie nieidealnie i nie traktowac tego jako celowe działanie (weaponized incompetence). Nawet jak maja 30 czy 40 lat, bo nie zawsze facet mial okazję sie nauczyć w domu rodzinnym czy będąc z eks.
Ja mojemu mężowi powiedzialam wprost, że nie zamierzam sie nigdy zajmować takimi rzeczami jak np. ogarnianie samochodu (moge zatankowac i dolać płynu do spryskiwaczy, reszty nie tykam) czy nie wiem, wiercenie w ścianie. Nie znoszę tego robić, wiem ze jakbym sie uparła to zrobię i mi wyjdzie ale nie bede i koniec. Tak samo nie lubię gotować i nie bede tego robić, choć nie gotuje najgorzej. Ale z drugiej strony wiem, ze on nie ogarnie takich rzeczy jak rozłożenie prania XD nie dopilnuje terminów rachunkow na czas itp uczciwie podzieliliśmy się obowiazkami i każde z nas ogarnia to co robi dobrze. A to czego oboje nie lubimy sobie leży i dojrzewa, aż ktoś bedzie miał wenę, żeby to ogarnąć 😂
Ollala, to ogarnianie samochodu to jest mocno mityczne w dzisiejszych czasach. Nawet żarówki sie nie da w wielu nowych autach zmienić bez rozbierania kilku elementow. W zasadzie mozna sobie dolac płynów i zmienic wycieraczki. Czyli i tak i tak warsztat, tym bardziej jak to przeglad jeszcze na gwarancji.
Ale faceci lubia tego uzywac jako argumentu, jakby conajmniej codziennie silnik rozbierali :P
Mój mąż tyle samo robi przy autach co i ja. Wozi do warsztatu, myje i płyny dolewa. Raz mi świece zmieniał i cewki ale jakbym sobie filmik wrzuciła to też bym zrobiła. Ja się tylko wymiany kół nie tykam i jeśli złapie gumę to dzwonię, żeby przyjechał. Z drugiej strony to ja umawiam terminy wymiany opon. Mój mąż był wychowany w bardzo tradycyjnym domu i przez całe lata nie tykał się domowych obowiązków. Ja z kolei całe życie widziałam jak ojciec w domu robił wszystko i w okresach jak mama wychodziła do pracy o 7 a wracała o 20-tej to przejął całkowita opiekę nad domem. Świetnie gotował i piekł. Nic dziwnego, że dla mnie to jest całkowicie normalne i tego samego oczekuję od partnera więc chcąc nie chcąc mąż musiał się w końcu ogarnąć. Teraz to mąż szybciej wstawi pranie czy zmywarkę albo złapie za odkurzacz. Ja częściej gotuje ale niektóre potrawy robi mąż. On też robi zakupy bo ja tego nie znoszę i nie mam kiedy. Przy moim trybie życia chyba wszystko bym w Żabce kupowała. Ja za to robię wszystkie opłaty, pilnuje rat - dla mnie to nie problem a on tego nie znosi. Wszystko da się jeśli obie osoby chcą.
Pewnie, że się da.
Co do samochodów, to ja chyba lepiej ogarniam, bo jeżdżę gruzem ze skomplikowanym silnikiem i zazwyczaj mam dobre relacje z mechanikami, ze względu na częste wizyty (poza tym, że mój mechanik z Sosnowca zawsze pytał "ona jeszcze jezdzi?" albo "weź to zezłomuj"😉. Ale ja w ogóle mam takie podejście, że związek jest po to, żeby też w życiu było mi lżej, bo we dwójkę się jednak łatwiej ciągnie ten wózek, więc nie robię za sprzątaczkę 😉
My mamy tak, ze na codzien mąż tankuje, dolewa płynów do samochodu i motorów, prowadzi auto jak jedziemy gdzieś razem (jak mam go przywieźć z imprezy to pod warunkiem ze nie bedzie jęczeć i mówić mi jak mam jechać). Ale jak wyjezdza, albo ja wyjeżdżam na parę dni np. na zawody to wszystko to sobie ogarniam sama bez problemu, sama tez podczepiam przyczepę, itp. Wygodniej mi to zrzucić na męża ale nie jest tak, ze musze bo sama nie umiem. Ale mam znajoma, ktora przyjechała do mnie z tak uwalona szyba, ze dziwne ze na drzewie nie wylądowała. Płyn w bagażniku, ale ona nie umie dolac... Mozna teraz zdac na prawo jazdy i nie umieć? Ja mam swoje juz długo i jak zdawalam to i na A i B trzeba bylo umiec ogarnac auto/motor.
Moim autem pozwalam mężowi jeździć tylko jak ja chcę się napić czyli prawie wcale. Na 20 przypadków, że jedziemy razem to może raz on prowadzi. Tak samo działa to w drugą stronę. W długich trasach się wymieniamy. On chyba nie wie nawet co ja ostatnio w aucie robiłam u mechanika. Mechanik kiedyś próbował dzwonić do niego żeby ustalić coś z naprawami ale od lat już tego nie robi bo o swoim aucie decyduję tylko ja. O bałaganie w nim też 😂😂😂
Jessu, ja jestem chora jak muszę jechać z autem do mechaników. Wielokrotnie rozmawia się ze mną jak z kompletną kretynką. Kilka razy zapłaciłam za dużo. Dwa razy "przejechałam" się na wymianie rozrządu (raz pasek spadł, drugi raz pasek luźny...)
Już się nauczyłam sprawdzać kilka źródeł na raz i zaoszczędziło mi to wydania 7 tysięcy na naprawy, bo chłop albo mnie chciał naciągnąć, albo faktycznie nie wiedzial "wtf" i próbował pomóc. Wierzę w tą drugą opcję. Niemniej jednak jak usłyszałam przez telefon "mam kolegę-elektryka, zobaczymy co tam się dzieje, ale nooo, wie pani, części z Korei trzeba sprowadzać, no u nas nie ma", to poprosiłam, żeby mi auto poskładał, ja je sobie zabiorę i poszukam innej opcji. Koniec końców, usterka była zupełnie gdzie indziej.
Na szczęście mam wspaniałych przyjaciół - jak mi auto nie chciało odpalić 400 km od domu, to na videokonferencji ogarniałam z kolegą.
Chociaż w sumie to chyba dotyczy obu płci... Znajomi wtopili w kupno samochodu, który okazał się być źle poskładany tj. to miało być drugie auto w rodzinie, bardzo proste, takie auto "wokół komina", kupione od wieloletniego kolegi-mechanika, który je robił "pod siebie" (HIHI HAHA, w żadną taką historię już nie uwierzę). Chłop w tym aucie wymienił chyba wszystko oprócz budy, pod maską tak czyściutko, że można jeść - po czym auto zaczęło coś robić (już nie pamiętam czy to falowanie obrotów, czy co, jakiś wyciek też tam chyba nastąpił - no takie ewidentnie poważne rzeczy). Gość to tam niby poprawiał, nic to nie dawało, znajomi w końcu pojechali do innego warsztatu i tam orzeknięto, że to auto od początku jest źle poskładane - schematów facet musiał na oczy nie widzieć i kręcił na zasadzie "a widzi mi się, że bedzie". Znajomi wywalili w naprawę drugie tyle.
I to mnie wkurza - niemożliwość weryfikacji warsztatu....
Sankaritarina mam to samo, mnie mechanicy traktowali jak tępą dzidę (a autem jeżdżę tylko ja, mąż nie ma prawa jazdy ze względów zdrowotnych). Trafiłam na szczęście na mega rzetelnego gościa i od dwóch lat serwisuję auto tylko u niego, szok że mechanik może rozmawiać z kobietą jak z człowiekiem 😉 i jeszcze uczciwie mówi co i jak.
Bardzo nie lubię jak ktoś ze mnie debila robi tylko dlatego, że mam chromosomy XX 🙄
W ogóle z biegiem czasu okazało się, że naprawy które wcześniej teoretycznie robiłam były albo niezrobione albo zrobione na odwal, tym sposobem pociągając za sobą inne rzeczy, które się sypały... Odkąd zmieniłam mechanika, to skończyły się jakieś dziwne awarie-widma.
No ja mam o tyle dobrze, że lata całe pracowałam w motoryzacji a mój mechanik to nasz kolega z czasów, kiedy wszyscy jeździliśmy na zloty hondowskie i swoje samochody naprawialiśmy sami. Wie, że mi żadnego kitu nie pociśnie bo w ostateczności jak już nie będę wiedziała to faktycznie spytam męża ale wcześniej przetrzepię grupy motoryzacyjne od danego modelu. Pracownika też wiedzą, którego dawać do mojego auta 🤣. No ale ja od zawsze miałam kręćka na punkcie aut więc zajmowanie się własnym to nie jest żaden kłopot. Raz ostatnio musiałam pojechać do obcego warsztatu i panu się odpalił protekcjonalny ton - no bo blondynka weszła - ale po 3 minutach rozmowy już mu przeszło.
Za to rzeczy, których nie tykam w domu to ogród. No nie znoszę prac w ogrodzie. Maks co robię to 2 razy w roku jadę do centrum ogrodniczego, wybieram rośliny, mówię gdzie to posadzić i znikam. Nawet patrzeć na to sadzenie nie lubię. Za to mój mąż jak go świat wkurza to idzie do ogrodu coś przekopać i od razu szczęśliwy.
Ja polecam Google reviews a najlepiej grupy na fb o twoim modelu auta zanim znajdziesz mechanika. Konwersacja z mechanikiem jest troche inna jesli ktoś inny miał podobny problem albo coś sugeruja i mozna tak zaczac rozmowe (lub znaleźć polecajki na mechanika w ogole, bo niektorzy sie specjalizuja w konkretnych markach/modelach). Wtedy czesto uzywasz slownictwa i prezentujesz soba ze cos tam kumasz. Ja mam troche backgroundu dzieki ojcu, ale tez dzieki grupie fb gadam pierdoły w stylu "mam check engine i kod p0420, zapłon nie wypada, chodzi równo, nie kopci, może czujnik tlenu poszedł albo jest brudny". Teraz w czasach chatGPT tez mozesz z czymś takim wyskoczyć bardzo łatwo, nie musisz sie znać. Jak ktos ze mna gada jak z dzieckiem to spier**lam, a czesto da sie to wychwycic juz w rozmowie telefonicznej. A naciac mozna sie nawet i bedac facetem i nawet mechanikiem (mam w rodzinie). Także bywa i tak.
Ogolnie smutne jest to w chooj ale z profesjami końskimi przecież jest tak samo, że trzeba sie troche znać zeby sie nie nadziać 😅 a jak juz troche kumasz to mocno śmieszy jak ktos probuje naciagnać i pierdzieli glupoty. Np. jakiś gościu wmawiał mi ze mam pasek rozrzadu (mam łańcuch) pokazujac paluchem na pasek klinowy xD albo ze zeby przemalować nadkole to żeby pasowało do reszty auta trzeba przemalować kazdy sasiadujacy element (to wtedy juz magicznie reszta auta pasuje?). I ze trzeba zrobić test drive po takim malowaniu za ponad 4k, i taki test drive za jedyne 500zl 🤣 btw. pojechalam gdzie indziej i za cene dwóch jazd "testowych" mialam zrobione nadkole pieknie ze nie bylo widać że coś robione, auto odpicowane wywoskowane + auto zastepcze na 2 dni 🤣🤣🤣🤣🤣
Oj tak, dobry mechanik to złoto.
Mi się psuł sterownik pompy wtryskowej, raz naprawiłam (po przeniesieniu z innego serwisu, gdzie chcieli całą pompę wymieniać, ale coś mi nie stykało z diagnozą) i później znów się zepsuł za jakieś 11miesiecy. I naprawili znów na gwarancji, bo dają gwarancję, byłam w sumie w szoku, bo to nie najtańsza naprawa. Ale chyba pierwszy raz spotkałam się z gwarancją na naprawę i naprawą w ramach tejże w takim gruziku (moje auto miało wtedy chyba 23 lata i śmiga do tej pory, a już minęło sporo czasu :P). I w sumie szkoda, że takie gwarancje nie są powszechne
Ja w tamtym roku objechałam chyba wszystkich lakierników na lewobrzeżu. Miałam do pomalowania słupki A, bo od uderzenia leciutko się wygięły przy samym mocowaniu maski i odprysnął tam lakier. 50% lakierników powiedziało, że bez malowania całego dachu się nie da. Reszta kręciła nosem, że oni nie wiedzą jak wyjdzie malowanie tylko kawałka elementu, że nie gwarantują efektu, że oni mogą pomalować ale nie wyprostują, milion powodów żeby nie robić. Auto ostatecznie zostawiłam u tego, który przyszedł, rzucił okiem, powiedział "hmm" i dał termin na miesiąc później, bo takie ma obłożenie. Zrobił to w dwa dni, wziął 600 zł i nie widać granicy malowania ani różnicy w kolorze. Bez wydziwiania, że się nie da, bez naciągania na malowanie razem z dachem i jeszcze dał gwarancję, że przez dwa lata nic nie odprysnie samo. Mam do malowania jeszcze zderzak i terminy do gościa są tylko coraz dłuższe, zupełnie mnie to nie dziwi.
A to prawda, znaleźć dobrego i rzetelnego mechanika to ciężka sprawa. Dużo jest wymieniaczy, co to tylko nowe auta na serwis klocków i oleju przyjmują, ale też takich co tylko zamaskują problem, ostatecznie go nie rozwiązując. Ja w swoim aucie większość napraw robię sama bo potem przynajmniej dokładnie wiem co i gdzie było wymienione, wyczyszczone i z jaką dokładnością. Chociaż tak awaryjnie mam numer do mechanika, który nawet jak zadzwonię w środku nocy, kiedy walnęła uszczelka listwy wtryskowej na autostradzie, stanie na głowie by coś ogarnąć i to jak najszybciej. Ale tu też jeszcze jedna kwestia - on jest mało znany. Albo inaczej - kto ma wiedzieć że gość jest dobrym i porządnym fachowcem, ten wie i przyjeżdża, bo z zewnątrz warsztat jest mocno niewyględny i sprawia wrażenie zapuszczonego, nie przyciąga wzroku. Ot szary murowany klocek ze starą blaszaną wiatą obok, bez prawie żadnego szyldu ani reklamy. Za to w środku inna bajka i inny świat😅
Ja do mojego mechanika jeżdżę z Rzeszowa do Krakowa na każdy serwis. Bliżej nikt nie chce mi serwisować auta, a „moj” mechanik to jest taki ekstra gość, że nawet na ostatnie swieta wielkanocne schował mi „zajączka” w aucie 😂😍
Denerwuje mnie ludzka głupota! Ich niekompetencja w pracy! Kiedyś ciągle traciłem panowanie nad sobą i w domu czułem się trochę przygnębiony, myśląc, jaki ze mną jest. Mimo że w pracy byłem po prostu wymagający. Dziś doszedłem do wniosku, że nie ponoszę odpowiedzialności za czyjąś głupotę i nie mam prawa decydować, jacy powinni być.
To ja chyba jestem odmieńcem, bo kocham jeździć po mechanikach i zakumplowuje się ze wszystkimi po kolei 😅 Jeden z właścicieli jednego z serwisów zawsze mnie ugości i jak czekam na auto np. godzinę to zabawia mnie rozmową, a jego chłopaki biorą auto na warsztat. Tak samo przeglądy - zawsze ja robię wszystkim autom i totalnie mi nie przeszkadza ten "obowiązek". Tam też mam już fumfli 😉
Bardzo często robią mi drobne rzeczy za ładny uśmiech, chętnie pomagają itd.
Kiedyś pojechałam chyba na wymianę tarcz i klocków. Auto uwalone, że koloru nie widać (jak to u koniary). Wracam, a auto nie dość, że zrobione to jeszcze umyte i wypucowane (taki miły bonus, żaden standard). Aż go nie poznałam 😁
Także ja kocham mechaników i zawsze wdaję się z nimi w rozmowy. Jeszcze nigdy nie poczułam się traktowana z góry jako ta "głupia pańcia".
Mam w tym tygodniu szkolenie w pracy, po 3-4h dziennie. Babka która to prowadzi mówi "czeba, czydzieści, przesczeń, poczeba" i jeszcze z przystankami, jakby stawiała kropkę po. każdym. jednym. słowie. jakby. pisała. telegram. 😤 po drodze jeszcze mlaskając. Po dziesięciu minutach było mi źle, po "czydziestu" chciałam wyjść, po "czech" godzinach miałam mózg zlasowany, nie wiem jak przeżyje kolejne dni. No nie jestem w stanie słuchać sposobu jej mówienia 🙈 a najgorsze że mówienie telegramem mi się udziela po takim czasie...
Facella, - a to szkolenie z gatunku "przejść, zdać, zapomnieć" czy jakieś wartościowsze? Jak to pierwsze, to polecam... nie słuchać i zająć się czymś innym jeśli możesz. Generalnie wyrazy współczucia, bo ja też bym mentalnie wychodziła i trzaskała drzwiami na dokładkę 🙈
O nieee, najgorzej. Nawet jeśli babka mówi wartościowe i przydatne rzeczy, to pewnie i tak człowiek niczego nie zapamięta, bo się będzie skupiał na sposobie przekazu 😀
keirashara, niestety bardzo wartościowe i przydatne... Co gorsza będzie to CYKL SZKOLEŃ jak się okazuje aż do października... W mniejszej ilości, bo 2x w miesiącu, ale nadal. I ciężko mi się skupić na treści przy takim przekazie 🙈 dziś zaczęłam pisać odręczne notatki na papierze, żeby sobie pomóc ze skupieniem na treści, załamałam się jak zobaczyłam, że napisałam "poczeb klientów". Za bardzo mi się to wryło w łeb.
Dworcika, to bardziej wina mrozu niż stacji, fizyka nieubłaganie nie chce dać działać kompresorom będącym całe doby na mrozie 😉