Anderia, a tam, żadnen offtop, toż to rozmowa o wyjazdach w teren! Fajnie by było, jakby udało Ci się znaleźć jakiegoś wujka przewodnika na strachy, zawsze wtedy łatwiej, także trzymam kciuki. U nas np. zbawienny wręcz był wyjazd z Aramisem, gdzie spotkaliśmy crossy i inne rzeczy z warczącymi silnikami, ktore Roman, mówiąc krótko, ma zwyczajnie gdzieś. Teraz z Całkiem takie spotkania idą nam już o wiele lepiej, dajemy radę przejechać koło quadów czy jeepów bez zawału serca, odskakiwania, ruszania galopem, udawania lamy czy bóg wie czego jeszcze.
Mi też rzadko udaje się z kimś umówić, zasuwam więc sama i naprawdę można już jeździć na luzie. Nie muszę kurczowo trzymać konia na kontakcie, ba, wręcz chodzi sobie na luźnej wodzy - nauczyłam się na co trzeba zwracać uwagę i nie rozsiadam się jak na kanapie, bo wiem, ze zawsze może zdarzyć sie odskok. Jednak w porównaniu do tego co było, a kuc chodził jakby połknął kij, trząsł się i wracał zlany potem, jesteśmy jakieś 100kilometrów dalej. 🙂 ok, poważnej - to małe zmiany, ale bardzo cieszą. Dziś tylko pokonał nas mały kanalik otoczony śmieciami (przejechaliśmy go co prawda 3 tygodnie temu, no ale trudno). Komary tak cięły, że zsiadałam i przeprowadziłam osła na drugą stronę. Nie byłam już w stanie wytrzymać, więc trochę dałam za wygraną.
No i mieliśmy też combo-stracha nie z tej ziemi na dróżce między domami i łąkami, ale z tym udało nam się wygrać. Był mały piesek, który najpierw ujadał, a potem się grzecznie położył, srebrny, błyszczący samochód marki Opel, suszące się na sznurze pranie, zawierające łopoczące koszulki sztuk 2 w kolorach różowym i białym, no i oczywiście rodzina bawiąca się z psem za drugim płotem. Same koniopożeracze, nie ma co. Spędziliśmy tam jakieś 15 minut, małymi kroczkami udało nam się przejść. Nie popędzałam go zbytnio, zastanawiał się, oglądał, zrobił kilka razy lamę, aż w końcu się napuszył i dumnie poszliśmy. Nie zwrócił już nawet uwagi, że na czołowe wyjechał nam mały, niebieski samochodzik - straszny? Gdzie tam! Król Całus teraz idzie i nic go nie rusza. Ubawił mnie setnie chłopak.
Niemniej jednak, teren był okropny. Nie z powodu konia - ten był akurat grzeczny, mogłam sobie puścić wodze i jechać i jechać, ale przez cholerne komary, muchy, gzy i inne badziewia. No tylu ich jeszcze nigdy nie widziałam. Zasuwaliśmy z Całkiem galopem, podczas którego trzeba go było oklepywać po łopatkach w celu pozbycia się dwóch czarnych łat z owadów. Absurd. Następny teren wczesnym rankiem i w derce siatkowej. Szkoda konia i siebie, zero z tego przyjemności. Czułam się trochę jak w jakimś horrorze rzędu "Mordercze mrówki".
Zdjęcia super marne, bo robione telefonem - aparat był łaskaw umrzeć.


