Forum towarzyskie »

"Nie ogarniam jak..."

Ja pracowałam w miejscu partyjne i kolesiowe przepychanki były tak silne za czasami aż głęboko niesmaczne + skrajnie niekompetentny kierownik „z rodziny szefa” skutecznie obrzydziły mi pracę w urzędzie, a byłam na najlepszej drodze żeby ja pokochać bo była super ciekawa.

Większość zarabiała marnie: 1400-1800, wiadomo, że co roku rośnie, ale od takich kwot ten 1 czy 5 procent to dalej grosze Przez te 5 lat przerobiłam wszystkie rodzaje umów, łącznie ze stażem i tak naprawdę tylko ostatnie 1,5 roku dostałam wreszcie na czas nieokreślony. Na otarcie łez mieliśmy 13 (raz się załapałam).
Dodatki funkcyjne zgarniały w większości stare wygi - rodzina, tych co się dochapali i przepchneli swoich… A tak przy okazji, życiu bym nie podejrzewała, ze jakiś urząd daje multisporta :P

Słyszałam opinię, że w na samym dole administracyjnego podziału – w gminach wiejskich zarabia się stosunkowo więcej, niż powiedzmy w starostwie, wojewódzkim, czy um, bo budżet dzieli się na mniejszą liczbę pracowników/mniejsze wydatki. Słyszałam to z kilku niezależnych źródeł, ale czy to prawda, to nie wiem. Tak czy inaczej  środek biurokratycznego łańcucha pokarmowego jest najbardziej przekichany płacowo podobno.

Scottie, mieszkałam w Warszawie, Lublinie, i mniejszych miasteczkach też na przestrzeni ostatnich 13 lat. I z moich obserwacji koszt zycia wcale się nie różni tak naprawdę: biedry i Lidle są takie same, komunikacja nawet tańsza jest w Warszawie. Mieszkania w Warszawie jeśli już to minimalnie droższe, ale podaż jest taka, ze dużo łatwiej znaleźć coś taniego niż w mniejszym mieście. Zwłaszcza jeśli chodzi o kawalerki (im większe mieszkanie tym ceny bardziej się rozjeżdżają – i przy 3 pokojowym różnica jest już wyraźna). W mieście 30-50 tys na Lubelszczyźnie kawalerka dalej stoi po 1100-1300 (zwykle w ogłoszeniu 800 + opłaty, czyli czytaj czynsz + opłaty) a zatrudnienie inne niż sprzedawca w spożywczaku czy sprzątaczka graniczy z cudem (dla osób wchodzących na rynek pracy). Oczywiście piszę o wynajmie, przy kupnie, fakt, małe miasto jest dużo tańsze. Tylko z tak niskimi pensjami uzyskanie a potem spłacanie kredytu też pewnie jest cieżkie.
W dużym mieście jest tylko większa różnorodność wydawania kasy na przyjemności.
azzawa, nie zgodzę się co do cen wynajmu. Warszawa ma bardzo drogie mieszkania. Przez kilka lat byłam zawodowo związana z tym tematem, od kilku lat wynajmuję swoje mieszkanie, więc co jakiś czas sprawdzam co dzieje się na rynku i wychodzi na to, że biorąc 1900 zł plus opłaty licznikowe, biorę naprawdę niewiele, bo w tej lokalizacji mieszkania dwu pokojowe zaczynają się od 2200 zł, a kawalerki od 1600 zł. Pewnie, że to zależy od lokalizacji ale nawet w dzielnicach oddalonych od centrum, ciężko jest znaleźć kawalerkę poniżej 1200 zł, a dwa pokoje za mniej, niż 1600-1800 zł. Dla porównania w Nowym Dworze Mazowieckim bez problemu wynajmie się dwa pokoje w nowym budownictwie, fajnie urządzone za 1200 zł.
Co do ogólnych cen życia, to też odczuwam różnicę pomiędzy życiem w Warszawie, a tutaj. Tańszy jest choćby chleb ale i inne artykuły spożywcze. Jasne, że nie są to zawrotne kwoty, ale w skali miesiąca można już odczuć różnicę, szczególnie przy niskiej pensji. Podatek gruntowy za mieszkanie w Wawie płacę co roku 1000 zł (za mieszkanie 45 m), na wsi za 2,5 ha jest to ok. 200 zł. Nawet OC mamy niższe z wiejskim meldunkiem. Drożej wychodzi jedynie przemieszczanie się, bo bez auta ciężko gdziekolwiek się dostać, a każdy tutaj pracuje od 20 do 60 km od domu, więc koszty paliwa rosną.
Kurczak, no ja mam porównanie do Wrocławia - w Wawie mieszkają moi rodzice, ale okresowo mieszkają też we Wrocławiu (no tak od lat trochę na dwa domy żyją) i oni definitywnie twierdzą, że życie jest tańsze w Wawie - wszelkie opłaty, ceny żywności, ubrań, komunikacji itp są niższe dla nich w Wawie (dwa porównywalne mieszkania, we Wrocławiu 49m, w wawie 52m, przy czym to w Wawie ma sporo wyższy standard). Jedyne co to zakup mieszkania w Wawie był droższy o ok. 10% niż we Wro. Mieszkania kupowane w podobnym czasie, podobnie oddalone od centrum.
Dla mnie jak tam jadę to jeszcze paliwo jest tańsze 😉. Nie wiem jak teraz ale rok temu standardowa cena gazu była niższa o 5 groszy w Wawie niż we Wro 😉. Co do cen żywności itp to pozostaję przy tym co mówią rodzice, bo ja się tam sama nie żywię. Za to w knajpach jest drożej - to fakt, no ale knajpy to nie jest podstawa życia 😉.

Myślę, że ciężko porównywać małe miasta z Wawą. Ale już porównania z Wrocławiem, Krakowem, Poznaniem itp są dużo bardziej miarodajne.
ja całe życie wynajmowałam w różnych miejscach i dość często sie przeprowadzająć i szczerze mówiac nie widzę większych różnic. W Warszawie tzreba sie tylko bardziej napocic bo jak w małym mieście jest mniejsza podaż, ale w bardzo zbliżonych cenach, to w Warszawie jest dużo większy wybór i widełki są wieksze, wiec te z dolnej granicy są rozchwytywane jak swieże bułki. Tak czy inaczej za 1500 zł w mieszkaniu 2 pokoje wynajętym na 2 osoby utrzymywałam sie i w mieścinie, i w stolicy na takim samym marnym poziomie i nie zauważyłam jakichś znaczących różnic w cenie jedzenia/opłat/komunikacji - no i oczywiście standard mieszkania jest gorszy, ale też bez tragedii i nadrabia całkiem niezłą lokalizacją (Wola). Jedyna różnica jest taka, że w stolicy bardziej czułam, że nie stać mnie na żadne ciekawe przyjemności, a w mały mieście po prostu nie było żadnych ciekawych przyjemności więc nie doskwierało to tak bardzo ;P
Scottie, dlatego mimo 8 lat pracy, mimo 30 na karku nie mogę powiedzieć, że jestem w pełni samodzielna. Bo jednak rodzice pomagają, przede wszystkim to, że mam obiady u Mamy (jestem słoik lubelski jak się śmieję często 😉 ). No i możliwość posiadania koni to też dzięki nim nadal (na szczęście w moim przypadku utrzymanie konie jest na innych układach niż zazwyczaj).
Dorabiam zleceniami. Kwoty są różne, tak jak różny zakres poświęconego czasu. Pewnie gdyby to przeliczyć na stawki ogólnopolskie i z sektora prywatnego to też nic specjalnego. No ale zawsze coś dodatkowo wpadnie. Tylko, że później, po maratonach spędzonych przy kompie i nad kwitami, czuję się tak jak w tej chwili - jakby mnie walec przejechał. 😉 Ale gorzej jak tych zleceń nie ma, a to niestety tak jest, że nigdy nie masz pewności czy wniosek o dotację przejdzie i czy za pół roku będzie dochód czy nie...
A poza tym... no jest skromnie i tyle. Dlatego mnie czasem zapieni jak ktoś tutaj pisze w tonie "no, nie mów, że Cię nie stać, to wszystko kwestia organizacji,..." Chociażby tak było kiedy w temacie chodzenia na siłownię przecież. A przy takim budżecie planuje się każde pieniądze. Oczywiście można stwierdzić, że to kwestia wyborów, ale jednak co jakiś czas nowe buty kupić trzeba, chciałoby się pójść do kina czy zwyczajnie siedząc z kimś "na mieście" nie liczyć w myślach czy można wziąć sałatkę czy lepiej zadowolić się tylko wodą. No i temat wakacyjnych wyjazdów. Ale żeby mieć na te wydatki to nie możesz co miesiąc wydać 59zł na siłownię. Nie możesz i już. 🙂
epk, akurat Wrocław jest miastem z ogromną ilością studentów, więc to mnie specjalnie nie dziwi ale już jestem ciekawa jak jest np. w takim Poznaniu. Mowa była o małych miastach więc u o małym napisałam 😉
azzawa, tylko, że tych mieszkań za 1500 zł jest naprawdę jak na lekarstwo i trzeba mieć mnóstwo szczęścia, żeby na takie trafić i żeby było w przyzwoitym standardzie (nie mam na myśli żadnych luksusów), więc ciężko traktować to jako normę. Co do rozrywek, to jest to prawda. W Warszawie nie da się nudzić mając pieniądze, za to w mieścinkach można mieć portfel wypchany dolarami, a człowiek i tak nie ma gdzie wyjść 😉
Mieszkanie za 1500... nie wiem gdzie, ale wiem że na pewno będą tam: wilgoć, karaluchy, wanna pamiętająca czasy PRL'u, równie młode tapety i piec w piwnicy. Czego nie będzie: mebli, szczelnych okien, odmalowanych sufitów, boazerii pozbawionej swądu moczu i przystanku w okolicy. A nierzadko, gdy nie ma kaucji (najczęsciej od 3 tys wzwyż) - w promocji jest bezustannie kontrolujący właściciel i umowa pisana przez gimbazę na kolanie. I nie mówię o żadnej metropolii ale o  miasteczku średniego zaludnienia. Natomiast może być zakręt tramwajowy, plac budowy, popularny sklep monopolowy. Pewnie brzmi to okropnie ale takie są realia - nie licząc masteczek do 100 tys mieszkańców w których największą atrakcją jest osiedlowa biedronka. Ale tam z kolei wyższe ceny nie przejdą, bo nie ma gdzie zarobić wysokich wypłat.
Konkluzja jest z tego taka - na wynajem stać tylko bogatego :/ Albo BAARDZO cierpliwego.
Np w Kielcach ceny mieszkań (kupna i wynajmu) są, a przynajmniej jeszcze niedawno były z kosmosu.


Nie ogarniam, jak można wywalić psa jadąc na wakacje. Nie dość, że na co dzień taki FB np, jest zawalony ogłoszeniami o psich znajdach, to w okresie wakacyjnym zrobił się Armagedon. Osoby, które posiadają zwierzęta są postrzegane, jako te o wysokiej empatii. I co, na wakacje poziom empatii im się zmniejsza?
Luna, współczuję doświadczeń, ja z twojego opisu mam w tym momecie tylko 2 szafy z prlu🙂
Porownanie do wysokiego standardu mam, bo przez 3 lata mieszkałam w takim. Tak wiec jak pisze trochę gorszy to nie znaczy ze wymieniam małe karaluchy na duże ;P i takie mieszkania sa tylko trzeba sie za nimi nachodzic 2 razy dłużej (ja mam jeszcze duzego psa wiec dodatkowa przeszkadzajka wynajmowa) i zwyke sa na krótko bo po max roku wlasciciel podwyzsza czynsz. Ale to co piszesz znam z autopsji bo naogladalam sie takich mieszkan np.  w Lublinie 🙂 tam w okolicy starego miasta i lubartowskiej to prawdziwy kosmos wynajmujacego ;P

Marysia mnie smuci niezwykle, ze co roku robi sie kampanie uswiadamiajace ludzi (sic!) ze wyrzucanie zwierząt jest zle. To nie powinno mniec racji bytu 🙁 kiedys stalam w stajni kolo popularnego wsrod pozucaczy lasu. 2 razy w roku (boze narodzenie i wakacje) byl armagedon bezpanskich zwierzat

Edit. Jak moglam zapomniec! W mieszkaniu takim jak luna pisze mieszkalam na 3 roku studiow. Placilismy 400 zl za 2 pokoje (za cale mieszkanie). Myslelismy ze zlapalismy pana Boga za nogi, ale niestety: na jesieni wyrosl nam grzyb po sufit 😁
marysia550, ja zdębiałam, jak sąsiad (zootechnik z wykształcenia), który przygarnął lokalną kotkę podwórkową, po niecałym roku wyjechał jesienią na na prawie 5 miesięcy wystawiając kotkę przed balkon... i "nara, poradzi sobie przecież"! Zbudowaliśmy jej na cito domek z izolacją, karmiliśmy na zmianę i kto mógł, to zabierał ją do domu na noc, szczególnie w mroźne noce. Szczerze, słów mi brakuje do teraz. Człowiek wykształcony, przyjaciel zwierzą dokarmiający ptaki, jeże, opowiadający wzruszające historie o kotach i psach w swoim życiu.

A na jesieni będzie to samo.
Ale to co piszesz znam z autopsji bo naogladalam sie takich mieszkan np.  w Lublinie 🙂 tam w okolicy starego miasta i lubartowskiej to prawdziwy kosmos wynajmujacego ;P


Ale za to Lubartowska jakie klimaty. 😉
To ja chyba mam wyjątkowe szczęście do wynajmowania mieszkań. 1050zł + opłaty (gaz, prąd, woda co 3 miesiące), w jednej z najdroższych dzielnic miasta. Mieszkanie przytulne, 2 pokoje, osobna kuchnia, korytarz - 50 m2 (na dwie osoby) + balkon.

Super właściciel, mieszkanie w pełni wyposażone (w sensie meblowo oczywiście 😉 ), w sytuacji gdy coś ze sprzętów się popsuje wymienia właściciel na własny koszt. Umowa jest (baardzo dobrze napisana), kaucja 1000zł.

Nieźli sąsiedzi, cicha okolica, bezpieczny parking pod samymi oknami, mały osiedlowy sklepik obok, podobnie jak przystanek autobusowy, ale co ważne to wszystko zupełnie nieuciążliwe!

Oczywiście, chciałby się mieć więcej metrażu, ale myślę, że lepiej nie mogłam trafić.

Szczerze wam współczuję takich cen i takich atrakcji przy wynajmowaniu mieszkania, jakie tu opisujecie.

*Edit: literówki
Cieszę się, że mnie w ogóle temat wynajmowania mieszkania ominął.
Może "życiowo" ma to swoje minusy, ale jednak to duży komfort przeprowadzić się z domu rodzinnego bezpośrednio do swoich własnych czterech kątów.
Tu sie zgadzam, co prawda mam mala kawalerke, ale zawsze to wlasna 🙂
Zależy od potrzeb, gdybym miała mieszkać z moją rodziną przez 26 lat tobym oszalała. Już 19 to było zbyt długo. Za to od wyprowadzki relacje są bardzo dobre 🙂 Na szczęście w miarę szybko mogłam zamieszkać w wynajmowane kawalerce, bo jednak lubię mieszkać sama. Ale własne mieszkanie to oczywiście inny komfort.
Nie ogarniam tej chorej fascynacji na PokemonyGo
Monic, ale nie ogarniasz fascynacji tylko Pokemonami czy jakąkolwiek grą czy filmem? 😉

co to w ogóle jest te pokemonygo? ja już chyba stara jestem, bo nie mam zielonego pojecia
Pokemonami jaraja się głównie osoby z pokolenia, które je pamięta 😉
Anyann kiedyś była taka bajka, był na nią szał. Historia opowiadala o 3 dzieciakow, ktore podrozuja po swiecie i lapia rozne danrastyczne stworki- czyli pokemony. W chipsach były tzw. tazosy (małe, okrągłe dyski z obrazkiem) którymi można było grać i się wymieniać, karty, maskotki, gry na Nintendo. Byłam wtedy w podstawówce, więc głównie lata 90-te. Dzieciaki z lat 2000 wzwyż już się chyba nimi aż tak nie podniecają.
Ale w sumie sama gra PokemonGo była z założenia właśnie dla dorosłych pamietajacych pokemony, nie dla dzieci 😉 i w tej calej fascynacji chyba wlasnie o to chodzi- o wspomnienia, nie sama gre.
Monic, a grałas, próbowałas? Łatwo hejtowac coś, czego się nie zna. Pokemony to moje dzieciństwo. Każdy wtedy chciał zostać Trenerem i mieć swojego Pikachu. Dziecięce marzenia. I teraz można mieć ich namiastkę - nie dziwię się, że świat zwariował. Zresztą Pokemony zawsze były hitem.
Poza tym, widziałam jakiś hejterski obrazek, coś tam było "proponuję grę LudzieGo, wychodzisz na dwór i, wow, spotykasz człowieka, rozmawiasz z nim, blablabla". Tego też nie ogarniam, no sory. Jasne, są ludzie którzy przesadzają, ale na takiej zasadzie to wszystko jest złe-cały internet, telewizja, wiara i Kościół. Fanatyk, który nie widzi niczego poza swoim światkiem znajdzie się w każdej "dziedzinie", nie tylko w grze PokemonGo. Ja np. z przyjaciółką chodzę sobie po mieście i łapiemy razem Pokemony, przy okazji wspominając czasy wczesnej podstawówki, kiedy to kolekcjonowało się mnóstwo gadżetów. Tak to pewnie byśmy się spotkały i siedziały gdzieś na kawie, faktycznie Pokemony robią ludziom ogromną krzywdę 🙄 nie ogarniam.
Ja się wczoraj spotkałam ze znajomymi i odkryłam, że jeden zaczął chodzić do pracy i z powrotem, żeby łapać pokemony 🤣 Niby śmieszne, ale pracuje w branży IT, więc zamiast po siedzeniu na dupie 8 godzin wsiadać do auta, to robi sobie spacerek - co z pewnością mu nie zaszkodzi, mimo, że facet dosć aktywny i ćwiczący tak ogólnie, no ale... czasem po pracy się nie chce. A tak to przydreptał bez auta, to i wrócić musi bez niego, nie ma, że boli 🤣
Sama też ściągnęłam w końcu, jako czasozabijacz. I tak często gdzieś dreptam i tak, a mam dodatkową motywacje, żeby większy kawałek przejść pieszo.

Podejrzewam, że z pokemonami jest teraz taki pierwszy szał, pewnie niedługo opadnie - jak z "pou" - kto nie miał tego sympatycznego kartofla w telefonie niech pierwszy rzuci kamieniem 🤣 Przypominał tamagothi (czy jak tam się to pisze), też odwołanie do lat wcześniejszych. PokemonGO to też pierwsza gra wykorzystująca VR, która zdobyła popularność. Ogólnie VR dopiero wchodzi do powszechnego użytku, więc jest "wow", nowe, ciekawe, inne.

Nie ogarniam ogólnego hejtu na gry. Jeden jeździ konie, drugi czyta książki, trzeci robi na drutach, inny gra - planszówki, karcianki, czy komputerowo lub apkowo. Znam sporo geeków, którzy regularnie się spotykają, żeby pograć razem. Co w tym złego? Hobby jak każde inne, krzywdy nikomu nie robi. Poza tym gracze się nie ruszają - źle. Gracze się ruszają - źle 🤣
Bo ogólnie chyba panuje pogląd, że komputer czy telefon to ZUO!!! I wymysł szatana 😉 A technologia jak szła tak będzie iść do przodu, czy nam się to podoba czy nie. I zamiast widzieć tylko ciemne strony warto też spojrzeć na te drugie- czy mieliśmy x lat temu taki dostęp do wiedzy? Do wiadomości? Do informacji? Teraz jak mam zagwostke to wchodzę w Google i sprawdzam, mogę obejrzeć masę filmów dokumentalnych, mogę nawiązać znajomość z człowiekiem z drugiej półkuli bez wychodzenia z domu(ba- jest to w ogóle możliwe!), mogę zweryfikować informacje które poda mi ktoś znajomy 😉
A gry to rozrywka jak każda inna. Kiedyś grano w karty czy planszówki, teraz... dalej gra się się karty i planszówki, ale kto tego nie lubił ma wybór i może pograć na telefonie/komputerze 😉
<rzuca kamień>
Rzucam małym kamieniem, bo Pou zainstalowałam z ciekawości i prawie od razu odinstalowałam. Tamagotchi to to nie było  😁
Ja kurczę jestem zwariowana na punkcie estetyki i jak mi jakaś gra estetycznie nie podchodzi to nie zagram, choćby była najlepciejsza. Pou na ten przykład 🙂

Ale większość kojarzy choć :P I nie zaprzeczycie, że szał był. Ja kartofla miałam dość krótko, bo skubany baterie żarł za szybko.
keirashara, haha nie mam pojęcia o czym mówisz z tym kartoflem 😉.
Ja też 🙂
pokemon, a właściwie to jak Ty się czujesz z tym, że wszyscy na Ciebie polują?
😉
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się