kotbury, mnie to nie tyle co wkurza co po prostu strasznie dziwi. Sama jestem rekreantką i niedawno co zaczęłam w ogóle jeździć (poza krótką półroczną jazda w wieku coś jakieś 11lat). Nadal będę twierdzić że jazda konna w jeździectwie jest praktycznie tylko małym procentem. Wiadomo fajnie jak się jeździ poprawia umiejętności itd, ale kurde od pierwszych dni miałam zajawkę żeby się nauczyć obycia z koniem a nie zasuwaniem na placu i do domu. Pierwsza jazda zawsze powinna zaczynać się od nauki sprzętu, czyszczenia. Niedorzeczne jest dla mnie jak dzieciaki mają w niektórych szkółkach przez instruktorów ubierane i czyszczone konie przed jazdą.
Kurde jak jest dzień jazdy to od rana mnie nosi żeby już pojechać jak najwcześniej i może pomóc rozkarmić, boks pościelić, konie posprowadzać z padoków, może lonża,zapleść grzywy, potem dopiero zajmuję się koniem na którym faktycznie będę jeździć. na plac, a po jeździe to samo, do samego wieczora czasem to nawet do takich późnych godzin gdzie już nikogo nie ma, że i trenerce konie do jej jazdy przygotuje w międzyczasie jak wyjeżdża inne. Siedzenie w stajni i głupie krzątanie się w poszukiwaniu jakiegoś zadania jest super, przecież to z ziemi łapiemy obycie z zwierzęciem - jak działa jak nie jest w trybie pracy. No ale jak widać niektóre osoby wolą poklepać tyłkiem bo to przecież jazda konna - taki luksusowy sport, takie majestatyczne zwierzę...
I to wszystko nie dlatego że w jakimś barterze jeżdżę czy cokolwiek, płace normalnie za jazdy. lubię to - robię to. Bo mi motorek w dupie nie pozwala jak mam siedzieć i nic nie robić
Zuzu tak jesteśmy w pierdolnikach, chociaż i w pierdolnikach znajdzie się taka księżniczka co z brudnymi kopytami na plac chce wchodzić bo "trenerka wie że ja tego nie wyczyszcze, bo ja nie umiem. Sama to zrobi"
Mi się wydaje, że brak chęci wypływa też ze strony stajni i klientów... w wielu stajniach dzieci czy to młodsze, czy starsze to przeszkadzajki. Takie co to to nic nie wie, nie umie, trzeba mu tłumaczyć, pokazać i sto razy przypomnieć. Mam wrażenie, że takie jest podejście. Wiadomo, jest też kwestia odpowiedzialności za wolontariuszy, to nie zawsze są łatwe tematy. Ogólnie mamy coraz bardziej "antydzieciowe" społeczeństwo i nie tylko w stajniach się te dzieciaki izoluje. Dzieci w ogóle stały się jakimś podgatunkiem człowieka dla niektórych, nie patrzy się na nie jak na materiał na kogoś fajnego i wartościowego w przyszłości. Pod kątem koniarstwa też. Dla mnie ostatnio szokiem było, że stajnia w okolicy proponuje jazdę chyba 45 minut za, powiedzmy, 100 zł. Jeśli przychodzisz na gotowe. Jeśli chcesz przyjść wcześniej i konia przygotować - 120 zł. Rozumiem chęć wycenienia czasu pracy kogoś, kto musiałby przy tym początkującym człowieku się kręcić i pilnować, ale no bez przesady... Dla mnie to jest prosta droga do zniechęcenia ludzi do nawiązywania relacji ze zwierzęciem i nauki brania odpowiedzialności za jego potrzeby. Totalny absurd. Minimum przyzwoitości nakazuje, żeby temu koniowi poświęcić chwilę czasu przed i po jeździe, nauczyć się tych wszystkich ważnych rzeczy. A tu? Jaka jest w takim razie różnica między koniem a sprzętem na siłowni? Zwykle narzędzie do treningu przez godzinę i elo, koniu, ktoś się tobą zajmie 🤷
Zuzu., niestety to w dużym procencie wina jest po stronie nadopiekuńczych rodziców. W samo sedno. To były super czasy: tydzień ( albo więcej) pracy ( z wyrzucaniem obornika włącznie) i "magiczna godzinka" jazdy.
Nabyte doświadczenie, pokora, szacunek, odpowiedzialność, systematyczność bezcenne... Coś wspaniałego!
Livkaolivqa, szacun na dzielni.
Haru99, niestety dzisiejsza rzeczywistość.
Haru99, niestety to często prawda, nie w każdym miejscu się po prostu da, na szczęście po sobie widzę że jak już jest jakieś takie zorganizowanie w tym wszystkim to znajdą się osoby które dłużej jeżdżą i często są w stajni poza treningami i wytłumaczą sami co i jak. Pamiętam jak sama byłam dość zbłąkana w pierwszy trening, nie wiedziałam co gdzie jest to zebrało się wokół mnie grono dziewczynek które mimo że były sporo młodsze odemnie. akurat czyściły konie do jazdy, a i tak znalazły 15minut żeby mi pomóc głupi kask dobrać i upewnić się czy na pewno będzie mi wygodnie. Może akurat po prostu bardzo fajna szkółka mi się trafiła. zżyci jesteśmy może dzięki tym wszystkim takim integracyjnym spotkaniom typu jakieś półkolonie dla młodszych, Wigilia stajenna. Urocze to jest jak w całej stajni robi się takie "community" chętne do pomocy. To jest strasznie budujące że jak jest jakiś wspólny pierwiastek to już nawet nie przeszkadza różnica wieku, ze ktoś ma 12 czy 25 lat. wiadomo nie nawiążą się niewiadomo jakie rozmowy ale Mimo, że sama jestem gówniarą bo ledwo 18lat mam to nie widze problemu żeby mieć na whatsapie dziewczyne lat 12 i zabierać ją ze sobą po drodze jak jade do stajni, a pewnie niejedna by moja rówieśniczka mogłaby mieć jakieś opory że "nie będzie się z dzieciakiem zadawać". Młodzież/Dzieci nie wszystkie są takie głupie jakby się mogło wydawać. wystarczy dać trochę luzu, samodzielności, nie robić wszystkiego za kogoś i same się socjalizują bo kto inny tak umie relację nawiązywać jak nie młode osoby właśnie.
Znam parę szkółek i każda ma swoją grupę dzieci, które pomagają, robią dużo poza swoją wyznaczoną jazdą i najchętniej by siedziały w stajni cały dzień.I jeszcze te grupki się raczej rozrastają, a nie zmniejszają, bo przychodzą na jazdy następne dzieci, czasami muszą np. poczekać na rodzica, to są o coś poproszone (oczywiście w asyście dorosłego) i potem chcą już często same zostawać i coś robić. Jak chcą tylko wsiąść, pojeździć i zsiąść to niech tak robią, zresztą to trochę inna skala niż dzieci bogatych rodziców, które mają prawie od początku własnego konia i rodziców, którzy za nich wszystko robią. Ten typ młodych jeźdźców a nie koniarzy, nie wychodzi ze szkółek przecież. Ci co przychodzą na jazdy raz w tygodniu się powozić na koniu, to nie ci sami jeżdżący potem na zawody co tydzień i nie wiedzący, że konia trzeba na nich nakarmić i pospacerować.
livkaolivqa, u mnie jest podobna sytuacja. W stajni jest fajna atmosfera. Zawsze ktoś się kręci, pomoże, podpowie. Ja też chętnie pomogę innym. Lubię też zostać dłużej w stajni, pogadać, poplotkować. Nie ma problemu ze sprzątaniem kup, bo zawsze ktoś jest kto się tym zajmie. Konia trzeba samemu naszykować, ubrać i rozebrać. Nie dostajemy "gotowca", no chyba, że akurat koń ma dwie jazdy pod rząd (czasem tak się zdarza gdy są to lekkie jazdy typu lonża czy rekreacja),
Przez jakiś czas, w czasie pandemii, w stajni kręciło się mnóstwo dzieciaków. Miało to swoje plusy, bo np dziewczynki czyściły konie, nawet te, które miały akurat nie pracować, pomagały początkującym itd. Ale zostały przegonione przez właścicieli stajni i muszę powiedzieć, że rozumiem decyzję. Bo rodzice przywozili dzieci do stajni i zostawiali. A przecież nad tymi dziećmi ktoś powinien mieć nadzór. Nie mogą sobie małolaty hasać samopas, bo jak się przytrafi jakaś tragedia, to kto będzie za to odpowiadał? W stajni nie ma "niani".
Co do rozpuszczonych nastolatek - to jest wina rodziców. Trochę trenera. Dzieci rozpuszczone, wychowywane z pieniędzmi ale bez szacunku (do rodziców, trenerów, innych osób i koni) - potem tak się zachowują, jak udzielne księżniczki i książęta. Szczerze mówiąc nie spotkałam takich zbyt dużo, bo do nas tacy raczej nie trafiają albo są szybko prostowani lub eliminowani. Ale zawsze powtarzam - to nie dzieci są problemem, tylko rodzice.
Dla mnie atmosfera stajni to jest w ogóle element całego jeździectwa. Bardzo mi było trudno się odnaleźć jak zaczęłam wracać do jeździectwa, nie mogłam sobie znaleźć takiego miejsca żeby właśnie była ekipa, czas na plotki i to co sprawia że się w stajni siedzi 5 godzin a nie 2. I to mnie też zniechęcało na początku, jak musiałam przyjeżdżać na same jazdy a nie np. dzierżawić konia. Teraz jestem w stajni z super ludźmi, mam super trenera, z którym mogę i pogadać i go zapytać o jazdę i ogólnie tematy około końskie. Mysle że teraz też jest trudniej dla takich dzieci znaleźć miejsce w stajni, gdzie mogą się czuć częścią społeczności i dzięki temu chętniej się angażować w cale to koniarstwo, niestety.
Ale to siedzenie w stajni przez dzieci to jest generalnie dużo bardziej skomplikowana sprawa...
Ja też jestem z tych, co mając 12-13 lat siedziałam w stajni całe dnie, robiąc przy nich wszystko w zamian miałam jazdy, ale to było już dawno temu, a czasy się baaaardzo zmieniły.
Jak ja spadałam z konia, albo mnie nadepnął, ugryzł itd. to nawet nic rodzicom nie mówiłam, żeby przypadkiem mi nie zabronili kolejny raz pojechać.
Teraz jak przypadkiem dziecko koń czasem przydepnie to jest tragedia i często od razu pretensje rodziców, rodzice są mocno przewrażliwieni i strasznie roszczeniowi.
Mam dzieci i prowadzę szkółkę, nie odważę się brać odpowiedzialności za przesiadujące dzieci, bo teraz przy byle pierdole już sądy odszkodowania itd....
Kiedyś ze szkoły też nie był problem wrócić, wracało się z koleżankami, śmiało rodzice mogli wzajemnie swoje dzieci odbierać. Teraz bez stosu zgód na wszystko i upoważnień nie da rady żeby ktoś na cito mógł dziecko odebrać nawet z autobusu...
Niestety bardzo trudne czasy na wychowywanie dzieci są obecnie...
NowaJa, dokładnie. Kiedyś jak coś ci się stało w stajni, to się nie mówiło rodzicom, a jak stało się coś poważniejszego, to zwalało się na coś innego (wywróciłam się na rowerze, spadłam z drzewa itd.). A trochę ran wojennych zebrałam za młodu i w sumie cud, że żyję 😅
I choć teraz wiem, że w pierwszej stajni, w której pomagałam za jazdy, to lekka jednak patologia była, to jednak wyrobiło we mnie pewien charakter.
Byłam świadkiem w wielu stajniach sytuacji, gdy dzieciak spadł, koń go nadepnął. Wiecie, niefortunny wypadek, ale nic poważnego się nie stało. A rodzice robili z tego afery jakby co najmiej dzieciakom nogę urwało. I lepiej jak oni nawet są świadkami całego zdarzenia, widzą, że to nie kwestia zaniedbania ze strony instruktora. Ot praca z żywą istotą.
Mnie natomiast przeraża brak wychowania, dzieciaki wchodzą do stajni, żadnego dzień dobry, pocałuj mnie w d***. I o ile instruktorzy wypracowali u nich jakieś przywitanie, tak inne osoby jakby nie istniały.
W sumie niektórzy rodzice też nie lepsi, ale to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że przykład idzie z góry 😅
EMS, No właśnie, kwestia odpowiedzialności jest trochę problematyczna. Z mojego doświadczenia, najlepiej sprawdzał się system wacht z jasno określoną hierarchią (ale przyjazną atmosferą, bez jakiejś tyranii i wykorzystywania), czyli instruktor, starszy wolontariusz, młodsi/mniej doświadczeni wolontariusze. Przygotowana lista zadań na dany dzień czy tydzień na tablicy do odhaczenia. Jasne zasady BHP przy koniach, porzadek w rzeczach i konkretne miejsca do wykonywania danych czynności. Uważam, że w stajni jest taki ogrom przydatnych i jednocześnie stosunkowo bezpiecznych rzeczy do zrobienia, że akurat np. sprowadzanie/wyprowadzanie na padok i inne mniej bezpieczne sytuacje nie powinny być zostawiane dzieciakom. Zadania typu - utrzymywanie porządku w siodlarni (zamiatanie, wycieranie kurzy, kompletowanie sprzętu, czyszczenie sprzętu, kontrolowanie czy wszystko działa i jest na miejscu), na korytarzu, na placu do jazdy. Pod nadzorem pomoc przy czyszczeniu i siodłaniu, pielęgnacja kopyt koni rekreacyjnych, itd. itp. Wydaje mi się, że naprawdę wiele takich drobnych zajęć można by było znaleźć, do których nie trzeba wielkiego przygotowa i na które zwykle nie ma czasu. Przynajmniej jakoś takiego przeżyłam przez dobre kilka lat i sprawdzało się to naprawdę dobrze. Jednak wiadomo, chodzi konkretnie o nastolatki, nie dzieci poniżej 12 roku życia.
Wy tu o nastolatkach.. szukałam kogoś do koni w większości zgłaszały się studentki, zero odpowiedzialności terminowości znikanie z dnia na dzień, a jeśli chodzi o obsługę koni no tragedia widać że ludzie teraz owszem jeżdżą ale zrobić coś przy koniu o nie mówię o czymś wybitnym tylko np sprowadzić konia z padoku już problem …
Mnie natomiast przeraża brak wychowania, dzieciaki wchodzą do stajni, żadnego dzień dobry, pocałuj mnie w d***. I o ile instruktorzy wypracowali u nich jakieś przywitanie, tak inne osoby jakby nie istniały.
Mi nie chodzi o dzieci, jakieś totalnie rozpuszcozne, bez dzien dobry itd... ale wkurza mnie, że "wymiera koniarstwo".
Mam wrażenie, że osób, które są młode to i nie wiedzą, ale chcą się dowiedzieć jest bardzo, bardzo mało.
Ta nastolatka się "dziwiła" kilka dni temu, że gdzieś indziej to jest Hubertus polegający na tym, że się lisa goni. Bo one żyją w rzeczywistości "proklienckiej", wiec nigdy nie widziały i nie uczestniczyły np. w gonionym hubertusie. One mają "przejazd po krosie", i szukane lisa z buta w parku - i nie wiedza, że to jest "święto myśliwych" i się odnosi do jakiś tradycji.
I z jednej str. super- bo bezpieczeństwo, bo szkoda koni, ale z drugiej na takich właścicieli też szkoda koni. Bo tam jest zero zrozumienia końskiej psychiki, o końskiej fizjologii nie wspomnę.
Lonżują "bo tak się robi", karmią paszami "bo tak się robi". Zdają odznaki jeździekcie ucząc się na pamięć- i tak jest dla nich idealne, bo to są "dziewczynki co się dobrze uczą"- czytaj zakuwają. Jakby im kazali na tych odznakach wytłumaczyć jakieś zagadnianie, zadali pytanie "dlaczego" to by się posrały. Bo one klepia na pamięć.
Puszczą konia po jeździe na padok, samego - bo to tak super- ale zrozumienia, że ten koń się trzęsie ze strachu bo go ktoś nagle po ciemku, bez stada wydupczył pod las nie ma.
One i owszem, siodłają sobie przed jazdą, ale właśnie wszystko co wymaga "niezawodniczego" wysiłku jest fe. Sprzątanie kupy- fe, zamiatanie korytarza po czyszczeniu kopyt- fe i z bólem dupy, bo ona nie ma czasu bo się spieszy, bo "się musi uczyć".
To jest młodzież, która nie przeczytała żadnej książki jeździeckiej, a jeździ na zawody. One nie wiedza, że istnieje cos takiego jak skala ujeżdzenia, że te "figury", to są po coś- jako ćwiczenia a nie jako "punkty do scorowania".
To są (już nie małe) małolaty, które poza tym, co Pani trener na jeździe powie, nie próbują się kompletnie niczego dowiedzieć o koniach.
Od kopyt jest kowal, od kulawizny wet. Żadnego "skalania gęby samodzielną myślą", że użytkowanie tego konia ma wpływ na te kulawizny, a może trzeba porozmawiać z kowalem, bo koń ma podkowy do papcia kaczego dzioba przybijane.
Nie ma takiego "pierwiastka" dowiadywania się o koniach. jest robienie tego, co się widzi, że robia inni bez chęci zrozumienia. Się siodła, się wsiada, się jedzie, się ogonki psika.
Mnie to się wydaje, że zawsze tak było. Tych co szukali informacji, było niewielu. Tylko może nie na tak dużą skalę... Różnica taka, że próg wejścia wysoki, to faktycznie może zostawali w jeździectwie ci "koścy wariaci"....
Oohhhhh ale to niesprzątanie po sobie to mnie tak wścieka, że dostaję wewnętrznej piany nawet jak przyjadę do jakiejś stajni rekreacyjnej i widzę np. nieposprzątaną kupę czy walający się po ziemii czaprak. Dzizas no.
W fancy stajni też stałam, złote klamki etc - a też były takie gwiazdy co w kółko zostawiały kupy na myjkach albo zatkane odpływy na tych myjkach.
kotbury, bo tak sie uczy w szkole. Zakuj zdaj zapomnij. Na egzamine z odznak niewazne jest czy rozumiesz czy tylko wykuwasz formułkę. Dam ci przykład wlasny ze mnie - jestem wyjątkowo nieuzdolniona matematycznie. Przez większość edukacji nie myslalam o tym zeby zrozumieć tylko parowałam treść zadania ze "wzorem wykonania" ich na lekcji. Bez zrozumienia tematu, bo po co. Mozna sie z tego smiac ale tak było i jeszcze na czerwonych paskach przejechalam wiekszosc edukacji 🤣🤣🤣🤣 (mam bdb pamięć 😅🤣😉. Wlasna kreatywność czy pytania są tłamszone w systemie jaki mamy, nic dziwnego ze mamy takie dzieci czy takich ludzi. Sama gdzies ostatnio widzialam filmik "skeczowy" wysmiewajacy "barn rats" czyli dzieciaki chcace cos pomoc i dorosłego zbywajacego bo im sie nie chce tłumaczyć, bo szybciej sami to zrobią, etc. Nawet zmotywowanego człowieka takie podejście odrzuci.
A druga sprawa moim zdaniem to wlasnie kadra nauczająca. Ciężko zeby sam "trener" nie widzący fatalnego kucia czy siodła cos sam wspomniał, albo widzi, albo ... ignoruje? Uprawnienia moze dostać dzisiaj prawie każdy i nie musi sie na tym znać.
donkeyboy, No, to jest akurat mocno średnie... Właściciel nie wykona ruchu, bo przecież "trener" mówi, że jest OK.
No, ale znowu z drugiej strony - czy trener faktycznie musi bardzo szczegółowo się znać na wszystkim? Dobrze by było, gdyby chociaż nie ignorował.
Sankaritarina, - no wg mnie tak, trener powinien mieć pojęcie o dopasowaniu siodła, kopytach, podstawową wiedzę o fizjonomi itd. Nie musi sam na kolanie siodła przepychać, ale dobrze by było, żeby był w stanie powiedzieć "słuchaj koń Ci nie chodzi dobrze, bo siodło nie leży" tudzież "kopyta nie wyglądają dobrze, trzeba się temu przyjrzeć".
Może żyje w jakiejś bańce, ale większość trenerów, z którymi miałam okazję jeździć miało na prawdę sporo wiedzy okołojeździeckiej 🙂 I nie raz zaczynałam trening od sprawdzenia czy np. wędzidło dobrze w pysku leży, czy nie za luźno podpięte.
Bardzo dużo dowiedziałam się właśnie też nie z książek, ale od ludzi 🙂 trenerów, hodowców, handlarzy. Mi tak szczerze mało książek jeździeckich podeszło, zwykle męczyłam się okropnie czytając - za to taką wiedzę od praktyków chłonęłam jak gąbka.
No tylko komuś musi się chcieć uczyć, przekazywać tą widzę 😉
keirashara, mialam cos pisać ale w sumie powiedziałaś co chcialam powiedzieć. Trener jest autorytetem, zwlaszcza dla osoby młodej (wiekowo czy stażowo) w jezdziectwie i powinien być w stanie pokierować parą (idealnie to dobrać strategię i trening wobec zamierzonego celu), a nie wychodzisz z ujezdzalni i nara. Nikt nie mówi ze musi być specjalistą (wszakże w profesjonalnym sporcie są sztaby komunikujących się ze sobą fizjo, saddlefitterów, trenerów etc.), ale no nie wyobrażam sobie trenować z kimś kto nie wpadnie na to ze np. siodlo do dupy czy fizjo trzeba etc. Jeśli ktoś tego nie umie zauważyć i podejmuje się treningu ludzi i zwierząt, no to ... no nie. Po co w ogole taka współpraca. Tak to sie bedzie człowiek kręcił jak g. w przereblu bez rezultatów a moze i nawet z negatywnym skutkiem.
keirashara, No tak - podstawowe pojęcie o sprzęcie, kowalu, weterynarzu. Nie musi mieć specjalistycznego, moim zdaniem. Gorzej, jeśli nawet podstawowego się nie ma...
No ale też nie można wszystkiego zwalać na trenera, bo właściciele koni to też potrafi być "opór materii".
Sankaritarina, zależy chyba co rozumiesz pod słowem trener. Dla mnie trener to ktoś, kto nie jest zwykłym instruktorem tylko właśnie osobą z szeroką wiedzą w wielu tematach związanych z końmi. Ktoś, kto będzie wiedział że przyczyną niektórych niepożądanych zachowań może być jakiś subtelny szczegół nie związany z jazdą np. No i ktoś, kto tą wiedzą będzie się też dzielił z podopiecznym, bo co to za nauka jeździectwa jeśli są to tylko suche jazdy bez jakiegoś chociaż nawiązania do innych tematów około końskich.
Ollala, No tak - niemniej jednak nadal - czy trener musi np. umieć podkuwać konie? Moim zdaniem nie. Natomiast wiedzę na temat kopyt, prawidłowego podkuwania, powinien mieć. Przy czym na pewno wiedza nawet specjalistyczna, w niczym temu trenerowi nie będzie przeszkadzać.
Ale to ma też drugą stronę medalu - nie należy zakładać, że trener wie wszystko i ślepo mu wierzyć w każdej jednej dziedzinie dotyczącej konia.
Sankaritarina, tak właściciele nie są a takich sytuacjach bez winy. Ale jak w zyciu nie trafisz na 1, 2, 3 itd. autorytet to skąd masz czerpać swoje doświadczenie życiowe i umieć zadecydować czy trener sie zna czy nie?
Moim zdaniem nie musi umieć, musi widzieć jak coś negatywnie wpływa na jezdzca czy konia. Nie musi umieć naprawić - tylko i az musi zauważyć. Jak właściciel jest oporny to myślę ze szanujący sie trener oleje taka współpracę też. No bo jakby nie bylo uczeń jakoś tam nosi jego imie i nazwisko na plecach. Chyba ze zalezy mu na tym zeby miec zarobek no to ok, czasem to tez wygra z ochroną "marki wlasnej"
donkeyboy, - takie wygrane są często "krótkoterminowe" 😉
Sankaritarina, - nie chodzi o zrzucanie odpowiedzialności na trenera. Chodzi o to, że trener ma mieć pewien rodzaj wiedzy i ją przekazywać. Zwracać uwagę na to, co niedoświadczonemu jeźdźcowi nie przyjdzie do głowy.
To nie jest tak, że zaczynasz iść w konie, poczytasz książkę, obejrzysz webinar i już wszystko wiesz... bo teoria jedno, praktyka drugie. Możesz mieć pasowacza siodła, który zrobi Cię w wała. Kowala, który naopowiada Ci bzdur lub Cię zbyje. Może być ciężko weryfikować źródła wiedzy. Od tego jest trener, żeby pomóc, przekazać, zwracać uwagę, zadbać o podopiecznych.
Nie ma przybijać podkowy, ale ma powiedzieć jak słyszy, że jest luźna i może zrobić krzywdę lub jak widzi, że kopyta to jest "ku*** dramat" 😉
W końcu to wszystko ma wpływ na jakość tego treningu.
keirashara, To co napisałaś jest dla mnie oczywiste.
Niemniej jednak, tak już poza wszystkim, ja wierzę w wiedzę z kilku źródeł, z książek - chociażby dlatego, żeby mieć porównanie, właśnie kilka źródeł tej wiedzy, nawet jeśli czasem jedno drugiemu zaprzecza. Po głębszej analizie się może okazać, że wcale nie zaprzecza.
donkeyboy, Też tak myślę - po czym poznać dobrego trenera? Że nie ma w treningu "byle kogo"😉
Tylko my tu o Trenerach/Trenerkach Złotych Gwiazdach Firmamentu, a w rzeczywistości to są czasami instruktorki "znikąd", nawet i bez papierów, albo z kursem, ale bez wiedzy jakiejkolwiek. I takie ekipy jeżdżą na zawody. Mnie to trochę strach zbiera, bo niektóre działania są po prostu niebezpieczne. Zielony koniarz tego nie zweryfikuje.
Sankaritarina, co masz na mysli mówiąc dobry trener?
Ja jestem skoncentrowana na jednej dyscyplinie więc patrzę na skladniki tej dyscypliny. Patrzę na pracę z końmi, filozofię i podejście. Jestem w stanie zadac takie pytania aby zweryfikować czy chciałabym z taką osobą trenować. Słucham uczniów. Gdzie w tym rownaniu jest koń. Z kim ten trener sam trenuje. Samo patrzenie na gołe wyniki na zawody konne to mała część takiej weryfikacji, wolę obejrzeć przejazd i zweryfikować bo też z sędziowaniem bywa... różnie 🤣
Myślę ze częścią ścieżki zielonej osoby to etapy ksztaltowania swojej "filozofii" jak chcą jeździć i dążyć do swojego celu. Probowanie różnych trenerów jest tego częścią.
donkeyboy, Dla mnie dobry trener to naturalny autorytet z własnym doświadczeniem w danej dyscyplinie, który pomaga podopiecznym wzrastać, pokonywać swoje słabości i wykazuje się kulturą osobistą. Nie musi znać się na wszystkim, ale ma mieć otwarty umysł i umieć zasugerować, że "słuchaj, może wartałoby sprawdzić toito".
Tak, na pewno próbowanie różnych trenerów jest częścią tego procesu, ale, no, jeśli jeden trener konia zablokuje do tego stopnia, że tego już się nie da odratować, to tak trochę jednak słabo. Cienka ta granica.
Sankaritarina, donkeyboy, Też tak myślę - po czym poznać dobrego trenera? Że nie ma w treningu "byle kogo"😉
Sankaritarina,
Kazdy musi z czegoś żyć. Nie wiem, ilu trenerów /zawodnikow moze realnie sobie pozwolić na powiedzenie że np. nie trenuje osób poniżej startów w CC ani koni poniżej 7 lat bo to przedszkole a nie ujeżdżenie.
Zwykle jest raczej tak, ze nieważne czy wlasciciel konia jest kontrowersyjny, ważne, ze kon dobry a wlasciciel placi. Tak samo podopieczni do treningu - maja sensowne konie do jazdy, płacą za treningi, a jezdzic sie ich uczy. Jak trener jest dobry i dobrze dopasowany do danej pary to faktycznie na przestrzeni miesiecy/lat widać postepy u konia i/lub jezdzca. Ale z tym wybieraniem podopiecznych to bym nie szalala.
I te osoby do tego poziomu też muszą jakoś dojść .. Co mają jeździć z ludźmi z łapanki i potem jest płacz że ktoś jest hu*owo wyszkolony …
Jak kogoś stać chce w siebie zainwestować i pracować to trener powinien ogarniać ludzi na każdym poziomie wyszkolenia..
Jak ktoś na konia zza stodoły ale go stać u chce zainwestować w treningi u dobrych ludzi to dlaczego ma tego nie robić ..