Forum konie »

Ku przestrodze. Wypadki których można było uniknąć.

Niektórym wydaje się, że są nieśmiertelni 🙂

Z większych głupot, które zrobiłam: przechodziłam z koniem przez furtkę, mimo, że strzemiona przezornie podciągnęłam to koń zahaczył puśliskiem o klamkę furtki, gdy poczuł opór szarpnął się, furtkę zdjął z zawiasów ( furtka z kątowników i blachy, ciężka i wydająca niesamowite odgłosy). Ja była z  drugiej strony konia i od razu próbowałam zareagować, ale koń odskoczył w moją stronę i mnie wywrócił na kamienie. Furtka po chwili spadła. Koniowi na szczęście nic się nie stało, ja miałam łokieć zdarty i ogólnie byłam poturbowana.
Czasem na bezmyślność nie ma rady. Ostatnio sprowadzaliśmy konie do stajni, kiedy szłam z jednym z koni 2 osoby za mną "puściły" resztę koni. Konie poszły galopem, a klacz która prowadziłam zaczęła się wyrywac, przy okazji szarpnęła mnie czego skutkiem są naciągniete mięsnie. Całe szczęście,że wystraszony koń, jakby odskoczył na bok, a nie wpadl na mnie i podeptał.  😵
Konie to niebezpieczne bestie, a pedanteria bywa jeszcze gorsza 🤔. W moim przypadku jeszcze nie było mowy o rutynie (początki wspólnej przygody), ale raczej braku wiedzy, wyobraźni, doświadczenia i nieszczęsna pedanteria 🙄 .
Stwierdzam, że dyndanie na małym palcu zaczepionym o kółko metalowe w kantarze do którego podczepiamy karabińczyk nie jest moim ulubionym zajęciem:/.
Stałam z koniem koło ujeżdżalni (już nie pamiętam dlaczego), wieczorem, w zimę i trzymałam go na uwiązie - nagle zobaczyłam, że kółeczko nie jest po środku i stwierdziła, że koniecznie muszę je poprawić 🤔wirek:. Nie wiem jak, kiedy i dlaczego koń się wystraszył czegoś, stanął dęba, a ja zawisłam zaczepiona małym palcem o rzeczone kółeczko, a że koń spory (173cm), a ja nie zbyt (160cm) to trochę miałam do ziemi 🤔.
Ból był okropny i szczęście, że była to zima, bo śnieg ulżył w bólu i trochę zmniejszył krwawienie. Palec ocalał, ale nie wiem co sie w nim popsuło, bo nie byłam u lekarza 👿 - tak nie należy robić. Efekt końcowy - zakrzywiony jak u czarownicy paluszek.
Jak już Ktoś wcześniej napisał nie znasz dnia, ani godziny 🙂
Pozdrawiam.
Julie ze zniecierpliwieniem czekam na Twoją opowieść, tak piszesz o tym, musi być ciekawa
Bardzo smutna.
To też taka bezsensowna, nagła śmierć, której nikt by się nie spodziewał.

Stała sobie klacz. 9-cio letnie oczko w głowie właścicielki dużej sportowej stajni. Startowały w skokach. Klacz spokojna w obsłudze, dobrze wychowana.
Stała sobie uwiązana na korytarzu stajni, w tym samym miejscu co zwykle przy czyszczeniu, siodłaniu, czy kowalu. Ten sam kowal po raz kilkunasty robił jej kopyta. Skończył jedno, poszedł kilka kroków dalej przygotować kolejną podkowę.
Nagle, ni z gruchy ni z pietruchy kobyła odsadziła się!
Z taką siłą, że walnęła z niebywałym impetem łbem w ścianę. Ściana kamienna, z wmontowanymi kółkami do wiązania koni.
Karabińczyk uwiązu z Lidla (kosztował 1 euro, pamiętam dokładnie) nie puścił.
Rozwaliła łeb i upadając na grzbiet walnęła także drugą stroną głowy w ścianę. I leży i nie rusza się.  😲
To trwało sekundę. Leżała na grzbiecie tuż przy ściane, a głowa była nadal lekko uniesiona, bo wisiała na uwiązie.
Widział to kowal, właścicielka, stajenny i ja. Staliśmy i nie wierzyliśmy własnym oczom. Pierwszy oprzytomniał kowal, podbiegł, odwiązał uwiąz i zaczął walić pięścią w serce. Kobyła zaczęła ruszać nogami, jakby w agonalnych drgawkach. Z głowy lała się krew.
Ktoś poleciał dzwonić po weta. W tym czasie kobyła wstała i jeszcze raz przewróciła się. Krwi lało się co raz więcej, po chwili też z bioder i łopatek, które poździerała sobie galopując na leżąco. Tak wywijała nogami, że trudno było podejść.
Po chwili było nas łącznie 9 osób, próbujących trzymać ją na ziemi i nie pozwolić po raz kolejny wstać. Jedna osoba siedziała jej na głowie, dwie na szyi, jedna trzymała od tyłu przednie nogi zgięte do klatki piersiowej, dwie osoby trzymały jedną lonżę zamotaną wokół jednej tylnej nogi, kolejne dwie drugą lonżę zamotaną wokół drugiej tylnej nogi.
Wtedy poczułam pierwszy raz w życiu JAK SILNY JEST KOŃ. Nie mogliśmy jej w tyle ludzi utrzymać. Przez godzinę szarpaliśmy się z koniem i ślizgaliśmy w kałuży krwi, która zalała cały korytarz.
Przyjechał wet i próbował ją ratować. Dał coś na uspokojenie i przeciągaliśmy ją na jakiejś plandece na środek hali do dalszych zabiegów.
Ale nie miała już siły. Straciła za dużo krwi.

I kto tu był winny? Kamienna ściana...?
Jest koń, nie ma konia.
Wielkie to, silne, a kruche jak szkło.

Ja wolę wiązać do sznurka. W ogóle jestem bardzo ostrożna z wiązaniem. I czasem ludzie pukają się w głowę, albo śmieją z mojej ostrożności.
Ale gdyby ktoś przeżył tamtą godzinę walki i zobaczył z tak bliska konia konającego w męczarniach, to by się nie śmiał. 
Post Julie przypomniał mi pewną bardzo głupią rzecz, którą zrobiłam niedawno. Na szczęście obyło się bez ofiar, ani w ludziach, ani w koniach.
Jest taki jeden koń, klacz, folblutka, którą bardzo lubię. Obecnie lekko kontuzjowana, więc głównie lonże. I postanowiłam, że skończymy z lekkim włażeniem mi na głowę jakie miało miejsce do tamtej pory, czyli będzie za mną chodziła i zatrzymywała się wtedy, kiedy ja, nie wyprzedzając mnie łopatką. Udawało nam się na lonżowniku, później udawało nam się na średnio dobrze ogrodzonym placu. Postanowiłam, że wrócę z nią do stajni w ten sposób, beż żadnych lin, uwiązów czy czegokolwiek, na czym bym ją prowadziła. Dobrze, że zostawiłam jej kantar. Do stajni było super, wspaniale, zatrzymała się nawet w wejściu. Ja idę do boksu, a ona... Mija swój boks i idzie zwiedzać stajnię. Stajnię z dość wąskim korytarzem, w którym ciężko jest konia obrócić. Stajnię, która nie jest przejściowa, z jednego końca drzwi, z drugiego - boks. I oczywiście musiała pójść do koni, które średnio lubi. Zarobiła pieczątkę zębami w tyłek, a to panikara trochę, zerwała się do przodu i utknęła w ślepej uliczcie. Jak to dobrze, że nie chciała oddać kopem, bo boksy są murowane, z cegieł - połamałaby na tym nogi, zwłaszcza, że miała kontuzjowany tył. Jak to dobrze, że wiedziała, w jaki sposób się obrócić i jak to dobrze, że nie przyszło jej na myśl, żeby wyjść ze stajni. Wyglądało to strasznie, wygięła się jak wąż i bałam się, że zrobi sobie krzywdę. Jaki to jest mądry koń, że nie spanikowała wtedy! Dobrze, że zostawiłam jej kantar, jak się obróciła - mogłam ją już złapać, ze mną drugiej pieczątki w drugi pośladek już nie oberwała i wróciła do swojego boksu. Nigdy więcej nie będę w ten sposób konia wprowadzać do stajni, najwyżej do drzwi, później już podepnę uwiąz albo złapię za kantar.
Julie przykra opowieść, dlatego właśnie wole mieć słabszy karabinek w uwiązie czy kantarze, który w razie czego strzeli niż miałaby mieć miejsce taka sytuacja
O rany Julie... dreszcze mnie przeszły gdy czytałam tą historię! Od zawsze byłam bardzo ostrożna przy wiązaniu koni i mam fobie na punkcie odsadzania, ale od dziś będę wiązać tylko z użyciem wstawki ze sznurka...
somebody, A widzisz, najlepsze jest to, że po uwiązie z Lidla nikt się nie spodziewał dobrej jakości.

Wstawki za sznurka są np. według BHS (Brytyjskiej Federacji Jeździeckiej) obowiązkowe.
Ja kiedyś inteligentnie wiązałam konia w kantarze sznurkowym. Po tym jak koń się spłoszył i zaczął szarpać w tył, to bałam się, że zaraz skręci sobie kark. Sznurkowy kantar tak wpijał mu się w głowę, że słabo mi się zrobiło. Później nie mogłam odwiązać supełka. Na szczęście nic się nie stało, ale myśląc zawczasu oszczędziłabym sobie stresu. Od tej pory jestem bardzo przewrażliwiona jeśli chodzi o wiązanie konia. Zdarzyło się, że przywiązany do krat w stajni (nie było żadnego innego miejsca by go bezpieczniej przywiązać), wystraszył się i szarpnął w tył, wyginając pręt do którego był przywiązany. Innym razem, chciałam założyć mu maskę przeciw owadom. Oczywiście, nie pierwszy raz, koń już do niej był przyzwyczajony, ale za nią nie przepadał. Zaczęłam zakładać, koń się szarpnął, bezpieczny uwiąz zadziałał, wypiął się, ale dosyć potężnie odskoczył uderzając mnie w nadgarstek. Myślałam, że właśnie kość pękła, na szczęście po chwili mogłam nim ruszać, był tylko lekki ślad.
Wiedząc, że mój koń spłoszony potrafi się szarpać tak, że łeb może sobie urwać, wiążę go na bezpiecznym uwiązie i bardzo delikatnie, żeby w razie czego uwiąz szybko się odplątał. Jak psikam konia sprayem na owady, wręcz poluźniam zawiązany uwiąz.

Ostatnio koń załatwił mi paznokieć u stopy. W sumie przez mój upór. Skończyłam jazdę, akurat byłą pora obiadu i konie były sprowadzane na odpas. Mój koń jest z tych niecierpliwych jeśli chodzi o karmienie i strasznie nie lubi jak on musi zostać, a konie mu znikają do stajni. Uparłam się, że jednak rozsiodłam go na zewnątrz i wprowadzę do stajni za chwilę. Nie bardzo mi to wyszło, koń się kręcił i niefortunnie nadepnął mi na palec. Zabolało trochę, w pierwszej chwili. Wydawało się, że to nic, a w efekcie zmiażdżył mi paznokcia, który po tygodniu zszedł. Teraz czekam aż odrośnie 😉
Sznurkowy kantar może być cholernie niebezpieczny, bo co by się nie działo, to nie puści.
Widziałam konia, który włożył w sznurkowy kantar tylną nogę, bo chciał się podrapać za uchem. Wywalił się oczywiście i szarpał chwilę. Na szczęście po chwili znieruchomiał i właścicielce udało się podejść żeby go uwolnić.
Ale co to za pomysł wiązać konia za sznurkowy kantar? Wiele rzeczy umiem pojąć, ale to dla mnie lekka abstrakcja - nie dość, że taki kantar nie puści i prędzej konia połamie, to jeszcze jak się odsadzi.. Przecież on sam w sobie jest dość.. hmm.. "ostry"? A już puszczanie na padok w tych kantarach to proszenie się o wypadek  😵
To ja Wam opowiem o zdarzeniu, które bardzo wpłyneło na mój sposób myślenia o początkowej pracy z młodymi końmi. Myslę, że każdy podczas przyzwyczajania konia do siodła w pewnym momencie zaczyna loinzować konia z opuszczonymi strzemionami (ja tak robiłam, większość moich znajomych robi tak cały czas). Moja koleżanka, która pracowała ze swoim prywatnym koniem również tak robiła. Koń wychodził na lonżę, miał dociągany popręg, opuszczane strzemiona i zaczynał chodzić w koło. To był jego pierwszy raz ze strzemionami (siodło na sobie już miał). W stępie było w miare, choć było widać, że koń się tym strzemionom bacznie "przygląda". I w pewnym momencie wystrzelił do przodu jak z procy, strzemiona zaczęły uderzać o konia, o siodło, o ogrodzenie lonzownika. I trwało to wszystko bardzo długo, bo koleżanka wyszła z założenia, że za chwilę się przyzwyczai i mu przejdzie. Otóż nie! Nigdy się nie przyzwyczaił i nigdy mu nie przeszło. Tak bardzo wystraszył się tych dyndających strzemion, że później podczas jazdy gdy jeźdźcowi strzemię wypadło to zaczynała się masakra. Koń ogólnie był bardzo grzeczny, ułożony, nie sprawiający żadnych problemów. Jedynym problemem było właśnie to i już nigdy mu to nie minęło.
Od tej pory jak lonżuję młodego konia z opuszczonymi strzemionami to przypinam puśliska tuż przy strzemieniu do popręgu i stopniowo przypinam je coraz wyżej, żeby puślisko stawało się coraz dłuższe stopniowo a nie od razu było długie i dyndające, bo wychodzę z założenia, że skoro ten jeden koń mógł się tego wystraszyć to znaczy, że może się to przytrafić każdemu.
Viridila, Niestety, wielu ludziom się wydaje że to takie "naturalne". Puszczają w tym na padoki, trzymają w boksie, wiążą... I samemu można sobie zrobić taki kantarek...
To co napisałam ze sznurkowym kantarem było przykładem na moją głupotę. Niestety, nie pomyślałam wcześniej, nie przewidziałam, więc szczęście, że nic się nie stało, koń nawet otarcia nie miał. Dało mi to nauczkę. Dodatkowo teraz jak wiążę konia to tak by w razie szarpaniny uwiąz szybko odwiązać.
Ludzie mają jednak dziwne praktyki. Widziałam już zapinanie uwiązem osiodłanego konia za kółko od wędzidła. Ciarki mnie przeszły jak to zobaczyłam, bo sobie wyobraziłam co się stanie jak koń się spłoszy...

A wiecie co jest najgorsze? Widziałam wiele niebezpiecznych praktyk i tylko szczęście, że jeszcze żadne z nich nie skończyły się tragedią, póki co. Ale jak zwracałam nie raz uwagę, że to niezbyt bezpieczne i do tego tłumaczyłam dlaczego, to traktowali mnie jak przewrażliwioną panikarę. No cóż, wolę być panikarą i dmuchać na zimne, bo uważam, że to my jesteśmy za konie odpowiedzialni i powinniśmy myśleć za nie, zanim coś się stanie. Po fakcie, jest już bardzo często za późno, a ja nie chcę żyć z żalem do siebie, że coś się stało mojemu koniowi, bo machnęłam ręką: "a przecież nic się nie stanie".
Każdy z nas popełnił co najmniej raz jakąś głupotę, bo po prostu nie zdawał sobie sprawy z tego czym to coś może skutkować.

Wbrew pozorom uwiązanie do ogłowia, za wędzidło jest mniej niebezpieczne od wiązania do kantara sznurkowego. Oczywiście jedno i drugie jest niebezpieczne, ale z dwojga złego już chyba mniej niebezpiecznie jest wędzidło.
Koń odsadzając się w momencie uwiązania za wędzidło wcale tak naprawdę za wędzidło nie ciągnie. Nacisk zostaje wywarty na potylicę i najczęściej urywa się stosunkowo cienki (w porównaniu do kantara) pasek policzkowy.

Mi się kilka razy w życiu w sytuacji gdy nie miałam kantara zdarzyło przypiąć na chwilę uwiąz do nachrapnika (drugi koniec uwiązu na bezpieczny węzeł do sznurka). Czasem trzeba sobie jakoś radzić.
Ale ogólnie, z przyczyn powyżej opisanych, mam fioła na punkcie jak najbezpieczniejszego wiązania.
Ja nigdy nie wiążę za wędzidło a rekreację za to gonię strasznie, jak chcą gdzieś odejść od osiodłanego konia to mają kogoś poprosić o przypilnowanie lub nie zakładać ogłowia tylko zostawić konia na kantarze (oczywiście nie sznurkowym 😉 )
Maria89 ale to byóło głupie posunięcie. Do wszystkiego trzeba przyzwyczaić stopniowo, żeby koń wiedział że tam się coś dynda przy brzuchu. Oczami wyobraźni widzę to następująco - koń się wystraszył, ruszył z kopyta z serią baranków a ciężkie, metalowe strzemiona obijały mu boleśnie brzuch.

To nic innego jak zwykłe odczulanie, ale nie można odrazu walnąć z grubej rury, to nie są występy rodeo. Jak koń ma się przyzwyczaić do regularnych walnięć strzemieniem w brzuch, ogrodzenie, siodło, i w oddatku nie może od tego uciec - a w jego mniemaniu ucieczka to jedyne wyjście ratujące z opresji. Tu też was rutyna zgubiła 😉
kajpo, to akurat przykład koleżnaki i jej konia, nie mój. Ano rutyna, rutyna 😉 Nie mniej jednak od tamtej pory ja przyzwyczajam konia inaczej 😉 (choć z tego co pamiętam to koleżanka przyzwyczajała go do tego wcześniej. Nie chcę pisać o szczegółach, bo to stara historia i nie wiem dokładnie jak to przyzwyczajanie wyglądało).

Co do uwiązywania za wędzidło to jestem wielkim wrogiem. Widziałam konia z odciętym językiem po tym jak ktoś mądry przywiązał go za wędzidło. Brrr, straszny widok...
Boże, czytam i nie wierzę, straszne. 😲
Najgorsze jest to, że człowiek potrafi się zapomnieć i zaufać koniowi, bo zwykle jest opanowany i grzeczny..
Sama się na tym łapię, bo "zupełnie do głowy by mi nie przyszło" 🙄

Zajmuję się klaczą i szetlandem w stajni przydomowej od 3 lat. +/- 7 lat temu konie były puszczone w dzień luzem na działce, a że się nie przejmują i wchodzą wszędzie, kobyła chciała przejść koło bramy w krzaki. Pech chciał, że była tam niezabezpieczona studzienka. Wpadła do niej CAŁA. Wyciągała ją straż pożarna. Koń ma spore blizny na tylnych nogach i przez długi czas bała się przechodzić obok bramy.. Od tamtej pory pozabezpieczane co się da, a konie raczej na padoku.

Z sytuacji rutynowych, parę dni temu czyściłam kucowi kopytka, a że jest blisko do ziemi, kucnęłam i wzięłam kopytko na kolano, jemu wygodniej i mi wygodniej. Nie pomyślałam tylko o tym, że jest strasznym wypłoszem - zauważył foliówkę, którą pies skądś wytargał i.. wskoczył mi na plecy. Nic się nie stało, ale mam nauczkę 😡

To samo - koń grzeczny to co tam.. trzy lata do tyłu, kiedy poznawałam się z kobyłą, postanowiłam występować ją w lesie (trzeba przejść przez ulicę, a potem przez park obok stawu), wyskoczył na nas pies bez smyczy w parku (też prowadzam moją bez smyczy, ale wiem, że mnie usłucha jak wyskoczy sarna czy kot), chciał pogonić konia, a ja zamiast od razu zeskoczyć uznałam, że jak pokręcę kółko (była spięta, ale szła stępem) i poczekam, aż właściciel weźmie psa, to będzie okej, bo kobyła grzeczna. Przeliczyłam się bo mi wyrwała po asfalcie, udało mi się ją tylko skierować na pole i jak się prawie wywaliła na nierównym, to pac dupą w ziemię, nie myśląc nic od razu pognałam za koniem, ale miałam śmierć w oczach (ulica). Na szczęście jakiś pan ją po drodze złapał, jeszcze nigdy nikomu tak nie dziękowałam.. koń cały, ja cała, ale przez jakiś czas zsiadałam gdy widziałam psa, teraz już swobodnie mogę na niej jechać, bo koń mnie zna, więc gdy jest coś strasznego, można się za mną schować. Skoro ja się nie boję, to ona też, ale i tak uważam i gdy nie jestem pewna, zsiadam. Nie powiedziałabym też, że od tamtej pory pała miłością do psów..
U moich znajomych arabska klacz biegając na pastwisku wpadła w jakiś bluszcz czy coś takiego, w każdym razie jakieś pnącze, zaplątała się i padła na miejscu. Nie wytrzymało serce.
julie pasek policzkowy, a nawet całe ogłowie czasem bywa b. mocne.

Pamiętam pewnego konia, który pozbył się jeźdźca i radośnie galopował sobie po łąkach i polach. Długo trwało, zanim udało nam się go złapać. Okazało się, że przy okazji musiał nadepnąć na wodze i szarpnąć się tak mocno, że rozgiął kółko wędzidłowe! Paski wytrzymały, szczęka wytrzymała, a kółko się rozgięło! Oglądaliśmy potem to ogłowie z zadziwieniem i nie mogliśmy dojść, jak on to właściwie zrobił, nie uszkadzając pyska?

Wolę więc nie wiązać konia za wędzidło. Wolę założyć kantar na ogłowie i dopiero wiązać.
Długo się zastanawiałam czy opisać moją niemiłą przygodę i postanowiłam, że jednak opiszę. Jeszcze nikt podobnej historii nie opisał, a może spowoduje ona, że ktoś Was uniknie podobnych przeżyć.

Wszystko miało miejsce pewnie już z 14-15 lat temu.
To miał być teren, jak dziesiątki innych, które odbyłam w te wakacje. Puszcza Knyszyńska, niezliczone ilości urokliwych miejsc i ścieżek idealnych na długie odcinki galopu. Czy w takim miejscu może się coś stać ?
Ilu z Was przed kolejnymi drogami, które krzyżują się z naszą obraną ścieżką przechodzi do kłusa czy do stępa żeby mieć pewność, że zza drzew nagle nie wyjedzie samochód ? Ja przyznaję, że tego nie robiłam  🤬.
Wszystko do czasu.

Galopowaliśmy normalnym, roboczm galopem, dobrze znaną trasą. Nic nie zapowiadało,
żeby miało się wydarzyć coś złego.
Samochód zobaczyłam  zza drzew w ostatniej chwili, dzieliły nas od niego dosłownie ułamki sekund – zdecydowanie za mało żeby udało się zatrzymać.
Samochód jechał z prawej strony; jedyne co udało mi się zrobić, to delikatnie odbiłam w lewo, tak żeby nie wjechać w ten samochód centralnie na wprost.
Koń wpadł na niego łopatą i szyją, a mnie siła tego zderzenia przerzuciła nad samochodem (marki żuk) tak, że znalazłam się po przeciwnej stronie leśnej drogi. Myślę, że być może to uratowało mi życie, a na pewno uchroniło mnie przed poważnymi obrażeniami.
Skończyło się wstrząśnieniem mózgu (całe szczęście, że miałam kask na głowie) i poobijaniem u mnie i kilkoma szwami na szyi i łopatce oraz poobijaniem u konia.
Zarówno karetka pogotowia jak i weterynarz zjawili się w ciągu pewnie ze 20 minut w samym środku lasu. Weterynarz był nawet chwilę wcześniej.
Samochód okazał się być własnością nadleśnictwa i chyba wyszedł z tego całego zdarzenia najgorzej, ponieważ poszedł do kasacji.
Nikomu, naprawdę nikomu nie polecam takich przeżyć. Od tamtej pory, jeśli w ogóle galopuję w lesie, to są to krótkie odcinki – raczej nie przejeżdżam w tym chodzie przez żadne krzyżówki.

ajstaf, Nieźle... 
Zawsze winna jest rutyna. Co z tego, że tu nigdy wcześniej... że ten koń nigdy...?
Ja kilka razy oberwałam dość solidnego kopa. Miałam więcej szczęścia niż rozumu, że zupełnie niegroźnie. Od "groźnie" dzieliły centymetry miejsca w które koń trafił.
Przyznam, że trochę mi ciśnienie skoczyło  😲
Ja zawsze, albo przechodzę do kłusa, albo tam gdzie las jest rzadki i widać co jest na drogach przecinających (na prawdę widać, a nie na kilka metrów  😉 ), zwalniamy tak, żeby galopować przez nóżkę i oczy dookoła głowy  👀
Ja miałam kilka przypadków:

1) mieliśmy xx który codziennie uciekał nam z myjki, siwy 2 latek, biały jak śnieg 🙂 uciekł i feralnego dnia, pobiegł na łąkę, poszłam po konia i zgubiona rutyną i zagadana z koleżanką , opuszczałam łąkę wchodząc pod górkę. W tym momencie koń lekko mnie wyprzedził, więc zostałam za łopatką - kolejne ułamki sekund: widzę wzrok konia który odwraca głowę, patrzy, przymierza i z dwóch "rurek" kopie mnie w brzuch. Oczywiście nic się nie stało, ale ból nie miły.

2) tipsy i konie to głupi pomysł: kiedyś jak był na nie szał to ja też raz sobie zrobiłam 🙂 siedzę  w maszynie startowej przed wyscigiem, mam rękawiczki ale koń jako że spokojny zostaje wprowadzony pierwszy, niestety puszczają mu nerwy i przestrzela maszynę ze mną pod drzwiczkami, mi nie dzieje się nic po za tym że mam wyrwane 2 paznkocie: tipsy tak dobrze zrobione że klej nie puścił 🙂

3) rok temu raz jeden prowadziłam konia na padok bez rękawiczek, linki nie zawijałam oczywiscie- koń nagle fiknął w bok, mi linka przejechała po palcach i serdeczny złamany, boli do dziś ....
Wypadek byłej znajomej.
Miała bat w ręku i poszła przeganiać konie. Podeszła zbyt blisko zadu konia i machnęła, dostała strzała w nogę. Oczywiście pretensje do właścicielki konia, że ten ją kopnął. Cóż, z batem nigdy nie podchodzi się za blisko i tyle.
Ale jaki to był bat?
Do lonżowania.
Tak sobie czytam i czytam i przypomniała mi się cholernie głupia sytuacja sprzed dwóch lat. Po różnych szalonych akcjach, gdzie trzeba było odkupić mojego Ontario i młodego ogiera, co by na hak nie trafiły, w końcu udało nam się po konie pojechać. Pożyczyliśmy przyczepę, fakt, że wyjechaliśmy dość późno i wróciliśmy późną nocą do stajni. Problem pojawił się, gdy chcieliśmy wyprowadzić konie z przyczepy... Boczne drzwiczki się zaklinowały, zatrzasnęły, nie wiem co konkretnie, w każdym razie nie chciały się otworzyć. O tej porze żadna "złota rączka" by nie przyjechała, stajenny próbował jakimiś narzędziami, ale nie chcieliśmy też rozwalić drzwiczek.
No i genialna ja wymyśliłam, że musimy je wyciągnąć, bo już się nerwowe robią i za chwilę rozpierducha będzie. Pierwsza myśl- przejdę górą po przegrodzie. Koleżanka mnie podsadziła, i w momencie, jak stanęłam na przegrodzie, ogier dostał takiego ataku paniki, że ledwo się utrzymałam. Dobrze, że się tam nie zabił, a ja wyskoczyłam. Dumaliśmy długo, jak te konie wyciągnąć, i w końcu zrobiłam coś, co  było chyba najbardziej szalonym pomysłem w moim życiu. Kumpela przytrzymała tylną nogę Ontario, tak żebym mogła mu przejść pod brzuchem. W środku modliłam się, żeby się nie wystraszył i mnie nie zadeptał. Złoty koń, że nawet uchem nie strzygnął. I mimo, że go znałam, to i tak miałam niezłego stracha 😉
🤔
ze Ty zyjesz jeszcze...

hala - blaszana, polokragla, obok ujezdzalnia ogrodzona rurami - miedzy hala a ogrodzeniem max 50cm przeswitu i to u gory, tam gdzie krzywizna hali oddala sie od barierki, dolem nizej
i kon tam wbiegl, zreszt awgoniony nieumiejetnym "lapaniem" - efekt: brzeg hali obcial z boku kopyto razem z koronka, na szczescie kon sie wylizal, zostala blizna na kopycie, ale poza tym bez problemow
niestety - zostalo jak bylo
po roku czy dwoch wskoczyl tam drugi kon, pogoniony przez innego - ten poszedl daleko, z dziesiec metrow "wglab", nie wiedzialam w ogole jak go wyciagnac, w koncu dowleklam jeszcze ciut dalej, gdzie nie bylo dolnej rurki ogrodzenia i przepchnelam go pod gorna - bo cofanie bylo niewykonalne, kon w stresie potwornym , krew z tetnic sikala dookola, bandazowalam go jeszcze w tym ogrodzeniu - pocial trzy nogi, jedna tak, ze trzy lata trwalo zanim sie to wzglednie zagoilo, a i to z tego co wiem dalej peka

i znowu cisza w sprawie likwidacji niebezpiecznego miejsca - w koncu sama sklecilam zabezpieczenie
a wystarczylo zeby po pierwszym "ostrzegawczym" wypadku wlasciciel stajni dospawal tam kawalek rury...
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się