Forum towarzyskie »

Nic mi nie wychodzi!!! czyli dla "zdołowanych"

ogurek, mnie zawsze ratuje wacik z olejkiem kamforowym wetkniety w ucho.
A do jakiego hobby wracasz?
Ogurek jesli to zapalenie to będzie tylko gorzej, lepiej odrazu do lekarza po receptę na kropelki.

Ja się musze wyżalić bo mam czarna serie. Miesiąc temu moja psią pierdołę dopadł 3 razy większy potwor i bardzo dotkliwie pogryzl. Ostatnia rana goi sie do tej pory! Leczenie kosztuje mnie juz absurdalne kwoty, ale najbardziej doluje mnie jaki on jest nieszczęśliwy i uziemiony w tym kołnierzu.
Jakby tego bylo malo padla mi pralka - tuz przed dwoma dniami wolnymi od pracy, czyli wszelkie pralnie nieczynne. Dramatu nie ma, mamy sąsiada (hausmeister) który uzyczyl mi pralki, ale oczywiście ugoscil jak należy. Wiec musiałam siedzieć półtorej godziny późnym wieczorem, popijać herbate i słuchać historii o jego raczkujacej hodowli kur w Polsce. Oczy juz sie sie zamykaly ze zmęczenia ale przynajmniej będą czyste gacie na następny dzień. Następnego dnia wieczorem mój kochany mężuś spotkal sie z kolega z ktorym sie nie widział dwa lata - byl przelotem w naszym miescie. Wcale sie nie spodziewałam ze pójdą na torcik z kremem i herbatkę i oczywiście skonczylo sie na tym ze zbieralam gdzies na miescie chlejusow  o 2.00. Żeby nakreślić z grubsza stan mojego mężusia, to wykonal on do mnie dwa telefony w odstępie 15 min. Z czego o tym pierwszym juz nie pamiętał, a gdy zapytałam gdzie sie znajduje zaczął glupkowato chichotać i powiedzial "nie wiem, gdzies w Niemczech"  😁 Wiec naciagnelam bluzę na piżamę, wskoczylam w jakies buty i dawaj zbierać tych debili gdzies w centrum. Cudem ich znalazłam bo oczywiście potem misiaczek nie raczył odbierać telefonu.
Dotarliśmy szczęśliwie do domu, niestety stres i niedospanie zrobilo swoje. Zaspalam do pracy o godzinę!
Jednak najgorsze nadeszlo w sobotę wieczorem. Tu znów głównym bohaterem będzie mój Towarzysz Zycia. Zostawił na palniku wielki gar z ryżem i kurczakiem i zapomniał. Pdwiezlismy kolegę na lotnisko (uff jeden problem z głowy) pojechaliśmy na zakupy i po 4 godzinach wróciliśmy. W mieszkaniu wyje alarm, z drzwi buchają kłęby dymu. Alarm ogłupia do reszty, nie wiem co się dzieje. Grunt ze pies przytomny, odrazu wywloklam na zewnątrz. W domu tak śmierdziało ze przez 3,dni szorowalismy kazda mozliwa powierzchnie włącznie z drzwiami, framugami, parapetami... Wszystkie ubrania, koce, dywaniki i tekstylia albo do prania albo wyrzucenia. Polowa zapasów żarcia do wyrzucenia. 70m2 mieszkania do gruntownego mycia.
Wspominałam ze nie mam pralki?  😜 Wiec kolejne porcje roznosimy po ludziach i spędzamy czas w oczekiwanie na skończenie prania. W dodatku od kilku dni mamy przejmujący chód w domu bo caly czas intensywnie wietrzymy, pranie schnie baardzo wolno. Cholera wie czemu grzejniki nie działają! Wiec dzis rano ogrzewalam sie strumieniem powietrza suszarki.
No ale w końcu jest! Nadszedł wtorek, dzień roboczy. Pakuje pierwsza porcje prania i idę do pralni oddalonej o ok. 1,5 km
Stoję przed drzwiami i nie wierze. Torba wypada z reki, mam ochotę usiąść na krawężniku i sie rozplakac.
Remont do 6.10.
Dobijcie mnie please.
kajpo, nie dobijemy Cię. 😉
Ale za to trzymam kciuki, żeby to już było wyczerpanie pecha na dłuuuugi czas.
A myślałam, że tylko mnie zdarzają się sytuacje typu "MUSZĘ zanieść rzeczy do pralni - pralnia zamknięta, remont"... Jak śpiewała Alanis "It's like rain on your wedding day, it's free-ride, when you already paid (...) A traffic jam when you're already late, A no-smoking sign on your cigarette break..." 😁

kajpo, Po burzy zawsze wychodzi słońce :kwiatek:
Uff, chyba będzie dobrze
kajpo, ostatnio przeczytałem fajny tekst i wkleiłem sobie w podpis
wiem, sam pękłem, ale trzeba próbować 😉
Dzieki za dobre słówko. Tak to juz jest ze chyba za szybko przyzwyczajamy sie do szczęśliwych zbiegów okoliczności i przestajemy je doceniać dopóki nie pojawią się te pechowe/niewskazane. Wtedy to taaakie nieszczęście 😉 Ale za to czasem tak spektakularne że rzeczywiście pozostaje nam tylko podziwiać, bo niosą znamiona niemalże sztuki... 🏇 😉
Bo to już tak jest, że nieszczęścia nie chodzą parami, tylko biegną od razu stadami 😉 Taka jakaś dziwna zależność.
Czy mogłabym się wygadać komuś na PW? Chyba potrzebuję spojrzenia z zewnątrz na pewną sytuację... :kwiatek:
Pewnie, że mogłabyś 🙂
Dzisiejszy dzień to jakiś dramat
Wyciągałam z garażu martwego tatę koleżanki
Współczuję Tobie, a przede wszystkim koleżance...

Jezu, co sie stało?  😲
Jezus Maria! Ale co się stało? Zasłabł? Jak to  😲
Zaryglował się w garażu i włączył samochód ...

Mój tata przeszlifował zawiasy .... Myśleliśmy, że popił i stracił przytomność

Moja koleżanka z mężem i mamą są w szoku, nawet nie wiem jak ich pocieszyć
O matko... bardzo im współczuję 🙁
ale jak to tak? nie było żadnych wskazówek, że może coś takiego zrobić?  😲  po prostu wstał i poszedł do garażu?
Nie pocieszysz. Możesz po prostu być obok i być pomocna.
E., ponoć popijał, ale nie miał jakiś stanów depresyjnych, nic.

Nie mieli z nim kontaktu od piątku rana, jak żona poszła do pracy. On miał na popołudnie i do pracy nie dotarł. Jak wieczorem byli pod garażem to nic nie było słychać, a dzisiaj rano grało radio. Tylko kluczy nie mieli zapasowych, a drzwi wielkie, ciężkie metalowe, na jakieś śruby. Zgłoszenie na policję trwało - policja kazała się dostawać na własną rękę ...

tunrida, tak się staram. Jakoś tego nie ogarniam
Nie musisz ogarniać, po prostu badź  :kwiatek:
Mnie tylko zastanawia, czy mógl być w takim amoku alkoholowym, że nie wiedzial co robi? Wszedł, poprzestawiało się coś w główce, zamknął garaż odpalił auto nie chcąc wcale popełnić samobójstwa.
E., kratka wentylacyjna była zatkana szmatą (właziłam na dach żeby sprawdzić czy coś widać), drzwi były od dołu zastawione kocami i wentylacja w aucie też była pozastawiana. Gdyby nie to wszystko to rodzinna by mogła myśleć, że się spił, chciał zagrzać, włączył auto i zasnął

Po odsunięciu drzwi, jak tylko zobaczyłam te koce na ziemi ...

Nie wiem, jak nieszczęśliwy ktoś musi być, żeby targnąć się na swoje życie. Był zdrowy, miał rodzinę, dach nad głową, dobrą pracę
safie, niestety sam fakt popijania świadczy o tym, że jakiś problem był. Szczęśliwi ludzie nie topią smutków w alkoholu. Poza tym przed tuż próbą samobójczą bardzo często jest tak, że chory ma przypływ energii, bo podjął decyzję i ma cel do zrealizowania. Ale jaka była prawda - nie dowiemy się już nigdy. Z pewnością musiał być ogromnie nieszczęśliwy. Bardzo współczuję Tobie i rodzinie.
Noc z głowy

Averis, trudno mi akurat w tym aspekcie dyskutować. On podobno problemu w tym nie widział. Pijany nie chodzi po osiedlu, nie było to też takie picie, że cały czas był pijany ...


A wiecie co mnie najbardziej wkurzyło? Jak się prosiliśmy ludzi, żeby prądu pożyczyli do szlifierki to wszystkim się spieszy, jak podjechała straż pożarna to się na widowisko zlecieli. Rodzina stała zapłakana, a facet sobie z dzieckiem i psem ogląda jak go wyciągali z samochodu ...
Bo tak przeważnie jest. Jakaś sensacja blisko to zaraz tłum ludzi i najlepiej z telefonem w ręku, bo zdjęcia i filmy do sieci trzeba wrzucić. Chwila sławy. Trochę słabe, ale cóż zrobić, taka mentalność niektórych ludzi.

Ech, dół pełną parą. Tak się zastanawiam czy przeszłość będzie sobie tak wracać przez całe życie, w momentach w których jest dobrze i je burzyć. Mam doła, że nie umiem zostawić pewnych rzeczy za sobą, nie jestem dość silną osobą 🙁 zagrzebuje się rok w rok w te same rzeczy i rok w rok się nad sobą użalam i rok w rok dochodzę do takich samych wniosków, zmieniam coś, po czym wracam do starych nawyków, do starego sposobu myślenia, do rozpamiętywania bez sensu, do wyłączenia emocji i życia jak zombi. Jaki sens mają lata terapii i pracy nad sobą, jak i tak prędzej czy później jedyne na co mam ochotę to nigdy więcej nie musieć wychodzić z domu. Jak inni ludzie to robią, że po prostu żyją?
branka, a skąd wiesz, że inni "po prostu żyją"? 😉 Z sobą żyjesz 24/7, a inni ludzie bardziej lub mniej cenzurują to, co Ci mówią i pokazują.

Każdy z nas toczy jakąś walkę 🙂
branka, a może terapia była zakończona zbyt wcześnie? Skoro problem wraca to znaczy, zw niw jest przepracowany.
Każdy z nas ma swoje małe potworki w głowie. U mnie wracają jak mi nie idzie w życiu. Wtedy mam chandrę i rozpamiętuje. Ale wydaje mi się, że nie ma to wielkiego wpływu na moje życie. Jeśli u Ciebie ma to raczej pora wrócić na terapię.
Ech, dół pełną parą. Tak się zastanawiam czy przeszłość będzie sobie tak wracać przez całe życie, w momentach w których jest dobrze i je burzyć. Mam doła, że nie umiem zostawić pewnych rzeczy za sobą, nie jestem dość silną osobą 🙁 zagrzebuje się rok w rok w te same rzeczy i rok w rok się nad sobą użalam i rok w rok dochodzę do takich samych wniosków, zmieniam coś, po czym wracam do starych nawyków, do starego sposobu myślenia, do rozpamiętywania bez sensu, do wyłączenia emocji i życia jak zombi. Jaki sens mają lata terapii i pracy nad sobą, jak i tak prędzej czy później jedyne na co mam ochotę to nigdy więcej nie musieć wychodzić z domu. Jak inni ludzie to robią, że po prostu żyją?

Nie byłam uczestnikiem żadnej terapii, ale uwielbiałam wracać do przeszłości i analizować ją z dziwną skrupulatnością, co oczywiście nic nie dawało. Zdarzeń minionych nie da się zmienić. Ja musiałam dojrzeć. Dojść do pewnego etapu i stwierdzić, że to co robię nie ma zwyczajnie sensu. Że się męczę tak postępując i powinnam się ogarnąć nim własne myśli mnie zadręczą. Udało się. Takim punktem zwrotnym była fajna książka o akceptacji samej siebie. Napisana lekkim językiem z humorem. Potem zaczęłam fizycznie się docierać, szukam tego wyglądu. Nie abym była zapatrzona w siebie, po prostu chciałabym być miła dla oka, ale dla samej siebie. Czegoś brakowało. Eksperymentowałam. Tak właściwie to pełna satysfakcja, z uznaniem paru mankamentów, bo człowiek idealny nigdy nie będzie, wystąpiła jakieś dwa lata temu. Oczywiście miewam problemy, miewam rzucane kłody pod nogi, ale już zupełnie inaczej sobie z tym radzę.
branka, trzymaj się.
🙂
popsuty samochód kosztował mnie już 400 funtów, ale nie został naprawiony. Mam go dostarczyć do warsztatu, to będą go trzepać dalej (ciekawe czy w ramach tych 400 funtow, czy licza na kolejne 400)
Nie mam jak jeździć do pracy, wiec jeżdżę zepsutym samochodem i się boje, ze mi stanie np. w 2km tunelu.
W czwartek mam przegląd rejestracyjny i nie wiem, czy go przejdzie w takim stanie (byłaby lipa)
W związku z brexitem jednak widać różne ciekawostki, np ubezpieczenie dla tych, co są krócej niż 5 lat (np ja, brakuje mi 3 miesięcy) jest droższe o jakieś 20% (wierzcie mi, ze to nie są małe sumy). Ale nie wykupię ubezpieczenia bez przeglądu. I nie wykupię podatku drogowego bez tego przeglądu i będzie kara za samo niewykupienie podatku.
Nie ogarniam pilnowania spraw takich jak powyższe.

A i w związku z wydatkami na samochód (i nadciągającym śniegiem) raczej nie pojadę do Polski na święta
branka, a może terapia była zakończona zbyt wcześnie? Skoro problem wraca to znaczy, zw niw jest przepracowany.
Każdy z nas ma swoje małe potworki w głowie. U mnie wracają jak mi nie idzie w życiu. Wtedy mam chandrę i rozpamiętuje. Ale wydaje mi się, że nie ma to wielkiego wpływu na moje życie. Jeśli u Ciebie ma to raczej pora wrócić na terapię.


Tak jakoś nie odpisalam od razu, ale to mimo wszystko to zrobię. Generalnie ja nie przerwałam terapii, dalej na nią chodzę, 3 lata z hakiem  😵 chciałam wprawdzie przerwać, nawet na moment to zrobiłam ale po 2 tyg wróciłam, bo wtedy sobie uswiadomiłam, że mam dalej rzeczy do przepracowania.
Trochę teraz mi się zrobiło pozytywniej, ale tym jest trudniej bo sie muszę w każdej chwili starac, żeby nie odciąć się od emocji  i świadomości, chyba nic nie jest w tej chwili trudniejsze niż nie odlączanie się od emocji. To jest taki przyjemny stan... na chwilę of kors bo potem przychodzi bezsenność, bóle pleców, nie wychodzenie z domu i myśli o śmierci. Ale ten pierwszy moment jest cudowny i nie podążanie tą ścieżką jest równie trudne jakbym miała nagle np rzucić fajki. No ale jakoś idzie, wysupłalam resztki motywacji, a wtedy to już się pojawiaja kolejne motywacje bo sie nagle świat wkoło dostrzega. Widzę mimo wszystko jakiś postęp, że nawet jak łapie doła to nie zagrzebuje się w nim na miesiące, ale na tydzień, kilka dni...
Ale dalej jedna rzecz, której nie umiem ruszyć tak, żeby przepracować i zostawić za sobą i mi staje na przeszkodzie do szczęśliwego(albo o jakiejkolwiek jakości ocenianej z punktu widzenia mojej psychiki) życia i choć probuję teraz temu stawić czoła, to oj, ciężko jest i nie ogarniam momentami siebie i wszystkiego, i w ogóle. Panika, panika i panika momentami, ale mobilizacja póki co się jakaś utrzymuje więc sie nie daje tej panice :P


majek - oj współczuję, ja też ostatnio (wiecznie?) bez kasy (a sprzęgło w aucie, które jest do wymiany ciągle nie zrobione, tylko co 2 tyg mechanik jeszcze się daje namówić, żeby je podregulować...), przypomniałam sobie ostatnio jak nie szanowałam 10 groszówek, a teraz potrafię zbierać po kieszeniach i torebkach drobiniaki i aż dziw bierze ile z nich można uciułać, np 20 zł na to żeby zatankować i mieć za co do pracy dojechać, a tam się modlić, że klient będzie miał gotówkę - a jak nie ma to modlitwa o to żeby auto dojechało z powrotem do domu. Czuje się jak ostatni biedak czasem, nie tankowałam auta do pełna od roku co najmniej, bo nigdy na to nie mam kasy. No ale jakoś to jest, najgorsze są początki miesiąca jak są wszystkie opłaty, potem już jakoś idzie przez pozostałe 2 tygodnie miesiąca.
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się