Forum konie »

kącik żółtodziobów - czyli pytania o podstawy

faith Jasne, gdybym wiedziała, że mam takiego konia też bym tak zapewne robiła. Natomiast mój jedyny wypadek, w którym się poważnie pocharatałam (złamany nos, ładnie poobijana ręka, wstrząs mózgu i takie tam... ) to właśnie ten, w którym puściłam wodze (bo upadłam ręką na drągi i puściłam z bólu). Koń obrócił się na pięcie i pogalopował do stajni, a po drodze był akurat mój nos 😉 Aczkolwiek to moje doświadczenia. Wiadomo, że u każdego konia działają też nieco inne metody.

Ciekawostką jest, że np. z Cayenne, Atei, Chingana, Rosy, Gwiazdki, Pasterki i Alzacji (poza wspólną wywrotką) nigdy nie spadłam. Z Czarodziejki trzy razy  😂 Coś się nie możemy dogadać :P
Ja kiedyś miałam odruch łapania się za wodze, gdy coś było nie tak. Nawet nie musiałam spadać, chociaż jak już spadam, to trzymam. Jedna kobyła mnie tego skutecznie oduczyła, od prawie 3 lat nie łapię konia za ryj, gdy się płoszy, gwałtownie odskakuje itp. bo w tamtym przypadku sytuacja drastycznie się pogarszała...
Raz w życiu udało mi się "świadomie" zlecieć, tzn. w trakcie spadania spróbowałam ułożyć ciało do fikołka. Zleciałam na bark i przekulałam się na plecy i bok, bark doskwiera mi czasami, ale to mnie chyba uchroniło przed czymś znacznie gorszym - leciałam pionowo na łeb... To był jedyny raz, reszta działa się zbyt szybko, by myśleć, a co dopiero zmieniać pozycję w locie  😁

Atea, też "mam" kilka takich koni, które jeździłam miesiącami i ani razu nie spadłam. Nieudane wsiadanie się nie liczy  😁 więc nie rąbnęłam w ogóle od jakichś 4-5 lat...

edit: o coś takiego próbowałam zrobić:
kiedyś dawno temu słyszałam o kursie spadania - jest coś takiego w ogóle?  😎
Facella E, ale nie myl mi tu pojęć: trzymanie się wodzy gdy już spadam, a trzymanie konia "na ryju" to dwie zupełnie inne sprawy.
Wiem, napisałam przecież, że jak już lecę, to trzymam wodze 😉 Po prostu miałam paskudny odruch łapania za pysk, którego na szczęście się pozbyłam. Zostało mi tylko trzymanie wodzy, jak spadam. Chociaż odkąd pozbyłam się odruchu, to jeszcze nie miałam okazji spaść...
Facella No tak, przepraszam  :kwiatek: Ja też właśnie nie spadałam już dobre 7 lat, tylko właśnie z Czarodziejki, raz podczas zajazdki i dwa razy gdy się wystraszyła rzeczy, na które ja w ogóle nie zwróciłam uwagi. Tylko, że to jest typ panikary, jak się coś dzieje, to już panikuje na całego, a reszta moich kopytnych to co najwyżej się wzdrygnie i idzie dalej jak wyczują, że ja jestem spokojna.

strzemionko No ciekawa jestem takich zajęć. Mnie kiedyś małżu "zrzucał" z naszego hucka na oklep. To było 7 lat temu, więc już prawie nie pamiętam, ale trochę mi to pomogło. Może nawet nie w technice spadania, ale ze zwykłym oswajaniem się ze spotkaniem z Matką Ziemią  😁
Gdy już się spada, trzeba starać się rozluźnić.
Wiszenie na jednym strzemieniu- czasem da się wyratować, czasem nie. Raz koń poniósł mnie na drodze (wierzgając przy tym) i odbił pod kątem 90[sup]o[/sup] w lewo, siodło mi się przekręciło na prawy bok (koń dalej wierzgał)- wtedy pierwszą myślą było przeniesienie ciężaru na lewe strzemię (próbowałam ,,przerzucić się" w lewo), siodło ułożyło się na grzbiecie, konia zatrzymałam, odetchnęłam. Zsiadłam i przy podciąganiu popręgu koń mi się wyrwał do jałówek.
Inna sytuacja: koniom coś strzeliło do łba, robią zwrot i gnają w stronę stajni (z wierzganiem). Zbliżają się do drogi, gdzie jest słaba widoczność. Koń nie daje się zatrzymać, ale jakoś udało się skręcić na stromą górkę- koń wgalopowuje prawie na szczyt, zatrzymuje się. Szybka ewakuacja z siodła- koń po odetchnięciu wyrywa się i wpada na drogę (koniowi nic się nie stało).
Co do trzymania wodzy- tylko raz spadłam z konia trzymając wodze (przy zjeździe ze stromej góry straciłam równowagę i szybko wylądowałam przed koniem z wodzami i paskiem do wytoka w ręce), a tak to wodze automatycznie puszczam.
Pierwszy upadek miałam na twarz, teraz spadam na plecy.
julka177, jako ekspert od gleb   😡 (na pewno ponad 200 w życiu) powiem wręcz przeciwnie : rozpaczliwa walka o pozostanie w siodle kończy się zazwyczaj źle, gdy się polegnie 🙁
Zasady: pójść na judo albo aikido dla początkujących = poćwiczyć pady aż wejdą w krew, za wszelką cenę unikać spadania na zewnętrzną (optymalne obciążanie wewnętrznej bardzo pomaga), za żadne skarby nie trzymać wodzy!!! - "latający" koń, nawet ogier, to mniejszy problem niż potrzaskane kości - np. żebra pod kopytami czy obojczyk od szarpnięcia ręki w tył. Najbezpieczniejsze sposoby spadania: przy małym tempie - zeskok na ugięte, lekko rozstawione nogi, przy umiarkowanym - przewrotem po łopatce, przy dużym - podobnie, ale jest bezpieczniej, bo impet odrzuca od konia. Jak spadać nie wolno: lądując na tyłek a potem trzepiąc głową w ziemię, bezwładnie waląc się na bok, na zablokowane kolana, na jedno kolano (przyklęk) - szczególnie z trzymaniem wodzy. Upadając z koniem trzeba się od niego obić, jakby w bok, niezgodnie z kierunkiem upadku - tu można lecieć nawet na szczupaka. Uwaga! koń upadając często robi "pad przez bark" i ląduje skosem wobec kierunku ruchu - więc odbić się trzeba mocno. Bardzo niebezpieczne upadki z koniem to upadki na stromym stoku bokiem - trzeba na takim zjeździe kontrolować zad, żeby szedł śladem przodu. No i  😀: spadanie zawsze jest bezpieczne 🤣  - kłopot w co się trafia i co trafia w nas  🤔 (jak bez spadochronu: lot to pikuś, zderzenie z ziemią  :mad🙂
Jasne, najlepiej mieć dobrą równowagę, przestrzegać zasad bezpieczeństwa, nie dosiadać koni przerastających nasze umiejętności = nie mieć powodu do upadku.
edit: nieprawda, że nie ma czasu pomyśleć, zaplanować. Gdy "się dzieje" czas zwalnia niemożebnie: całe życie można sobie obejrzeć.
edit: we wszystkich katastrofach to nie pęd jest groźny, tylko gwałtowne wytracenie pędu. Człowiek rolujący fikołkami jest dość bezpieczny, krótkie trafienie głową w beton - nie polecam 🙁
halo- Profesjonalnie opisane! 
halo, może za tym setnym razem jest czas na myślenie  😁 ale przy 10. nie ma, wszystko się dzieje tak szybko i niespodziewanie, przynajmniej w moim przypadku. Ja nawet nie jestem pewna, czy zaliczyłam te 10 gleb, czy mniej. I naprawdę, tylko raz miałam czas pomyśleć. Ale ja jestem dzieciak, niedoświadczony, nie wyjeździłam tyle dupogodzin i niedupogodzin co Ty.
Facella, wszystko się zgadza: gdy szybko się dzieje - to szybko, kwestia odruchów - jest bezpiecznie. Gdy sprawa poważna - zaręczam, jest wooolno.
Ja myślę, że w ciągu swojego życia ze 100 razy spadłam  😡 Tylko jakoś w ostatnich latach nie. Spostrzeżenia nieco inne niż halo, ale wierzę, że są trafniejsze od moich. Mi na razie krzywdy trzymanie się wodzy nie zrobiło. Niestety bez kursu aikido czy judo nie sądzę, żebym potrafiła ocenić, że teraz tempo jest odpowiednie na przewrot, a jeszcze do tego zrobić go tak, żeby się przy okazji nie zabić. Z drugiej strony skoro jeszcze tak często to może powinnam się czuć zobowiązana, z szacunku do mojego ciała, żeby się na taki kurs zapisać?

Swoją drogą, chciałabym Cię zobaczyć halo jak robisz przewrót w czasie spadania. Nie żebym Ci upadku czy krzywdy życzyła! Ale myślę, że sama obserwacja by mi kilka fajnych wniosków nasunęła.
Atea, najbardziej spektakularny upadek w życiu to gdy wycięłam 3,5 salta w powietrzu i miękko spłynęłam po bandzie - przelatując ok. 15 m. Mnie naprawdę skórę ratowało to, że jako dzieciak miałam hopla na punkcie padów. Przy moich pomysłach jazdy na "punktowych" i młodych ogierach (wszak nie padokowanych i obficie futrowanych owsem) przy mikrych umiejętnościach... Kiedyś zapytałam jednego z ówczesnych trenerów: kojarzy mnie pan? "AAA -  ta, co spadała, otrzepywała się i wsiadała znowu?" 🤣 Mam "rekord" - 9 gleb w czasie jednej godziny, naprawdę o spadaniu co nieco wiem 🙂. Przewrót? Żaden problem: głowę się podwija, wg. judo - symetrycznie, broda do piersi, jak w "zwykłym" fikołku, wg aikido - na bok, uchem nieco, przewrót przez bark - trzeba mieć równą linię twarzy, szyi , barku.
Ja się tylko wtrącę jeszcze odnośnie nie puszczania konia po upadku- całe życie trzymałam wodze spadając i tak oto w zeszłym roku w czasie niegroźnego upadku ( w sensie nie miała bym nawet za bardzo siniaków) wciągnęłam sobie wodzami konia na twarz. Nie było fajnie  🤔
I potwierdzam, że judo jest świetnym sportem uzupełniającym dla jeździectwa.
kiedyś dawno temu słyszałam o kursie spadania - jest coś takiego w ogóle?  😎


U nas w stajni był kurs bezpiecznych upadków z elementami dżygitówki prowadzony przez kaskadera Wojtka Orlika, w kwietniu będzie "kolejna edycja" 😀
Halo super to wszystko opisałaś.
Ja jeszcze od siebie dodam, że niebezpieczne są takie upadki kiedy pozornie z boku się wydaje, że nic strasznego się nie stało.
To znaczy jak ktoś spada w pełnym galopie, przelatuje w powietrzu 10 metrów i robi 4 fikołki na ziemi to często wstaje, otrzepuje się i nic mu nie jest.
Za to słyszałam kiedyś o upadku- koń się potknął w stępie, jeździec spadł przez szyję i złamał kark.
Upadek z konia, który prawie mnie zabił (sanitariusze z karetki jak obejrzeli mój pęknięty kask crossowy powiedzieli, że gdyby nie on to na pewno bym nie  żyła) był w... stępie.
Zjechałam z toru crossowego i żwirową drogą prowadzącą do stajni jechałam sobie spokojnie stępem (na super, hiper spokojnym i niczego się nie bojącym koniu) bez strzemion, na luźnej wodzy pijąc wodę z butelki (zazwyczaj wtedy już ściągałam kask- żeby głowa trochę odparowała ze stanu ociekania potem pod kaskiem crossowym) i nagle film się urwał, budzę się w karetce.
Od osób, które to widziały wiem, że koń nagle wystrzelił z 4 nóg w powietrze, ja wypadłam totalnie nad siodło, po czym walnął z zadu i odbił moje luźne, wręcz bezwładne ciało jak piłeczkę.
Spadłam centralnie na plecy i przywaliłam tyłem głowy o żwir.
Dlatego teraz nawet na sowim własnym koniu, którego znam jak własną kieszeń nigdy nie stępuje na takim totalnym luzie., bez strzemion i bez wodzy.
Dziękuję za odpowiedzi :kwiatek: spadłam tylko 5 razy i nigdy niw mam czasu żeby pomyśleć.  Więc raz spadam na biodro, raz na tyłek, raz na tyłek i trochę na plecy. Kiedyś jak zaczynalam jeździć to koń na lonzy się spłoszył a ja wylądowałam kawałek dalej w pozycji do pompek, ciekawe że rąk sobie nie polamalam... wodzy nie puscilam gdy spadłam drugi raz może wyladowalbym jakoś na nogi albo inaczej ale bezboleśnie tylko że trzymalam wodze, koń zawrócił i mjie lekko podeptal po zebrach na szczęście je tylko musnal kopytami. Nikt mi nigdy nie mówił jak mam spadać więc improwizuje. Raz lepiej,  raz gorzej 😉. Kilka razy w momencie lotu się odwrocilam nawet nie wiem jak i w jakim celu.
Zauważyłam ostatnio, że pierwsze co robię gdy jestem już na ziemi to patrzę czy koń po mnie nie przegalopuje, tylko nie wiem co by to miało zmienić 😂.  Też tak macie? Przu moim pierwszym gdy koń był na lonzy to myślałam że tak będzie,  więc zerwalam się z ziemi i odbieglam jak torpeda  😁 musiało to zabawnie wyglądać,  bo za chwilę płakałam i mówiłam że mnie wszystko boli. 😉
Ja wodze zawsze puszczam. Ostatnimi czasy jeździłam głównie tereny i kiedyś się zastanawiałam co robić kiedy zdarzy mi się upadek na otwartej przestrzeni (zwłaszcza, że czasem jeździłam sama). Z jednej strony koń był taki, że nie zwiewał jak przypadkiem zgubił balast tylko czekał aż się wrzuci ponownie w siodło ale z drugiej strony nigdy nie wiadomo - to tylko zwierzęta. Wracanie kilku km na piechotę i modlenie się przy tym czy koń wrócił cało do stajni... średnia sprawa. Mimo wszystko jakoś nie mogę się przełamać do tego trzymania wodzy bo wydaje mi się, że wtedy zwyczajnie wciągnę konia na siebie i z lekkiego upadku stanie się katastrofa.
Facella, wszystko się zgadza: gdy szybko się dzieje - to szybko, kwestia odruchów - jest bezpiecznie. Gdy sprawa poważna - zaręczam, jest wooolno.


oj tak - najgorszy upadek jaki zaliczylam skonczyl sie wyrzuceniem z siodla na drzewo - plecami
i w trakcie lotu zdazylam sobie przemyslec kwestie, ze wsiadanie bez kasku w sumie jest glupie, ale wlasciwie nawet jakbym go miala to na cholere, skoro zaraz walne o pien kregoslupem i reszte zycia spedze na wozku

dopiero jak walnelam czas wrocil do normy 😉

wodze trzymam jak jest taki "zwykly" upadek, ze laduje na nogach i nie w trakcie jakichs dzikich ewolucji
jak jest masakra to puszczam, jakos kon ma wtedy za duzo nog na moje potrzeby 😉

czy walczyc do konca czy nie
ciezka sprawa najgorsze upadki jakie widzialam byly z kranca skali - czyli ludzie ktorzy uznali ze oni "sami spadna" - i wychodzilo to zle koszmarnie, niezgodnie z "fizjologia upadku", dodatkowo pogarszajac ich sytuacje. A z drugiej strony ludzie ktorzy walczyli o sekunde za dlugo i np zamiast poleciec miekkim lukiem do srodka ujezdzalni ladowali na scianie

dea - przy wrzodach jajka byly, jako proba zrownowazenia nadkwasoty, cale jajko ma pH jakies powyzej 8
julka177, ja się naoglądałam filmików i przez pierwsze kilka sekund leżę nieruchomo. Są konie, które jak się pozbędą jeźdźca, to wywalają z zadu - wtedy lepiej leżeć na płasko... Poza tym, koń będzie próbował Cię nie nadepnąć, jeśli polecisz pod kopyta. A ruszysz się i może akurat w to miejsce, którędy on chciał Cię ominąć? Także ja przez chwilę, o ile nie wyląduję na nogach, leżę. Potem jest zryw i łapanie konia, który zazwyczaj czeka, sprawdzanie, czy nic mu nie jest. Na końcu jest ból i łzy z nerwów  😂

halo, nie wiem jak to jest przy poważnych wypadkach - nigdy mnie taki na szczęście nie spotkał. Odpukać.

Widziałam raz, jak koń dziewczyną dosłownie rzucił o ścianę - nic jej nie było. Z kolei jak wsiadała i przeleciała na drugą stronę, to skończyła w gipsie. Warto dodać, że koń wtedy ani drgnął. Osobiście przy nieudanym wsiadaniu (wyleciała mi noga ze strzemienia i wsunęłam się pod brzuch konia) stłukłam sobie kość ogonową, natomiast jak musiałam się ewakuować z siodła (też nie zdążyłam dobrze wsiąść), to jedynie naciągnęłam mięsień. Jednak to prawda, że najpoważniej wyglądające wypadki w większości kończą się dobrze, a te niby niegroźne - zdecydowanie gorzej...
Największe zwolnienie czasu zaliczyłam tego lata czy późną wiosną. Przy glebie, która glebą się nie stała. Zdążyłam indywidualnie pożegnać się w myśli z każdym z dzieci, przeprosić już zbiorowo, że tak głupio tracą matkę 🙁 W żaden sposób nie wychodziło mi, że ocaleję - koń leciał na mnie i nie byłam w stanie wykoncypować możliwości ewakuacji. Galopowaliśmy żywo sprawdzoną drogą, ale środkiem - po pasie trawy. W trawie coś się ukryło (kamień?), co "chwyciło" nogę konia, nie tę wiodącą. Podwinięty łeb konia był tuż przy ziemi, zadnie nogi w pionie - ja nadal w siodle, tuż nad ziemią 🙁 A "przytrzymanie" w ruchu było tak duże, że wektora ruchu nie było, żadnej możliwości odbicia się w bok - widziałam już szczyty drzew - głową w dół. I wtedy koń uratował siebie i mnie - jakimś niemożebnym wysiłkiem pociągnął zadnie nogi jak zając, zgiął się w kłębek, wystawił je przed przednie i łeb - dźwignął się i obrócił mnie z powrotem do pionu - pojechaliśmy dalej. Trzy dni bolała mnie szyja (kręgi) od szarpnięcia przy powrocie do pionu. Konia też dużo to kosztowało - na dłuższy czas zrobił się bardzo podejrzliwy i niechętny do żywych galopów, też musiało go zdrowo łupnąć.
halo miałaś wielkie szczęście,  dobrze że wam się udało wyratowac
Aż po przeczytaniu tej dyskusji rozmyślam nad zapisaniem się na judo. 🤔 Większość moich upadków była dość... hm, spektakularna, ale na szczęście nigdy nie zdarzyło mi się nabawić przez nie żadnej kontuzji - najgorszą dolegliwością był obolały tyłek. A skoro nigdy się nie zdarzyło, to może się zdarzyć w każdej chwili, aby udowodnić, że wcale taką kaskaderką nie jestem.
Żółtodziobowe pytanie - czemu goli się konie?
Alladynka, bo konie pracujące w hali pocą się silnie w pełnej okrywie włosowej, a to nijak zdrowe nie jest.
chodzi o to, ze owlosiony jak mamut kon bardzo sie poci w czasie pracy potem dlugo schcnie i latwo o przewianie, a i wydolnosc takiego zwierzaka niespecjalna
wiec sie goli
cena za to jest koniecznosc derkowania konia, bo mu zimno
Logiczne. Dziękuję za wyjaśnienie. 😉
julka177, jako ekspert od gleb   😡 (na pewno ponad 200 w życiu) powiem wręcz przeciwnie : rozpaczliwa walka o pozostanie w siodle kończy się zazwyczaj źle, gdy się polegnie 🙁
Zasady: pójść na judo albo aikido dla początkujących = poćwiczyć pady aż wejdą w krew, za wszelką cenę unikać spadania na zewnętrzną (optymalne obciążanie wewnętrznej bardzo pomaga), za żadne skarby nie trzymać wodzy!!! - "latający" koń, nawet ogier, to mniejszy problem niż potrzaskane kości - np. żebra pod kopytami czy obojczyk od szarpnięcia ręki w tył.


też mogę się nazwać ekspertem od spadania - wiele lat spędzonych przy zajeżdżaniu młodziaków i o ile pierwsze wsiadanie ok, to czasami pierwsze skoki, pierwsze samotne tereny...
ale mimo wszystko uznaję podstawową zasadę - wodze w ręku trzymaj!

uważam się za osobę o dobrym i stabilnym dosiadzie. Nie spadam z "byle powodu". Jeśli juz lecę, to powód (zwykle) jest i nie jest to mój brak równowagi.
Dlatego wodza trzymana w ręku daje mi po pierwsze - natychmistowe skarcenie konia za złe zachowanie. Bo wiadomo, żadne inne skarcenie (czy, to po upadku) nie ma najmniejszego sensu. A nagradzanie konia tym, że udało się, pozbył się jeźdźca też jest mało "szkoleniowe" nawet jak zaraz wsiądziemy.
Jeśli zostanie mi noga w strzemieniu (co, odpukać, nigdy nie miało miejsca), tak ostre, silne i gwałtowne szarpnięcie za wodze niemal zawsze zatrzymuje konia.
No i najważniejsze dla mnie, lecąc niejako "zawisam" na wodzach. Dlatego też nigdy nie uderzę bezpośrednio głową w ziemię, a uderzenie plecami bardzo mocno amortyzuję. Jest to zdecydowanie ważniejsze niż potencjalnie naderwane ramię i czy obojczyk.
zielonaroza, a nie miałaś takiego przypadku, że przez trzymanie wodzy koń może na Ciebie nadepnąć? Bo mnie to bardzo zastanawia, sama chyba puszczam z reguły wodze i nie wiem czy to jest dobre.
Miałam edytować, ale odpiszę...

Sęk w tym, by w czasie upadku wodze trzymać... Ale jak się glebnie, umiejętnie je puścić (nie zawsze, czasami)


edit. a trzymania wodzy uczyłam się jako dzieciak jeżdżąc ogiery w SO, gdzie wpajano mi nie tylko moje bezpieczeństwo, ale także co może się stać, gdy spadnę, a mój "groźny i niebezpieczny młody ogier" ucieknie.
Nawiasem mówiąc, wiele terenów była z upadkami (nie tylko moimi), zwłaszcza na początku trwania zakładu 🙄
Hm... lece przestudiować moje zdjęcia z upadków 😉
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się