A ta kwarantanna domowa jest kupe warta. Nie dalej jak na poczatku lutego zaczelismy zbiorowo ( ja , syn i maz ) przechodzic hardcorowa grype zoladkowa. Po badaniu kalu okazalo sie ze ja i dziecko mamy rotawirusa. A maz... salmonelle. Ofc kwarantanna domowa, bo zanim byly wyniki, to maz juz zaczal byc zdrowy. Poza tym ze cos na podobienstwo sanepidu dzwonilo do nas 2 razy dziennie i pytalo czy nadal mamy sraczke, oraz mowilo o tym zeby myc rece i starac sie nie kontaktowac z ludźmi, to nic poza tym sie nie dzialo. Ofc maz mial ponad miesiac L4, ja wrocilam do pracy po ponad tygodniu, a dziecko do zlobka po 3 tyg tak na wszelki wypadek. Ja jedyne co zrobilam to poinformowalam sasiadow, zeby uwazali i w pracy wszyscu zrobili badania. I w mojej i meza.
Codziennie w naszym kraju na grypę i z powodu powikłań po niej umiera kilkadziesiąt (!) osób. Dlaczego nie wpaść z tej okazji w panikę? Ano dlatego, że to grypa. No jak to brzmi - "grypa"? A tu mamy "koronawirusa". "Koronawirus" - to brzmi dumnie. 😁 To jest medialne. I media w dużej mierze za tą panikę są odpowiedzialne.
Jedyny plus jaki widzę z koronaafery to zakaz odwiedzin na oddziale, więc nie połączą się po korytarzu stada ludzi i nie odrywają mnie co pięć minut od pracy 😜
Trochę smutno to zabrzmiało biorąc pod uwagę fakt, że po drugiej stronie jest przerażony pacjent i jego równie przerażona rodzina (domyślam się, jakie to musi być irytujące dla lekarza, ale to wciąż ludzie).
Nawet bardzo. Ja po zwykłej operacji zespolenia obojczyka nie byłam w stanie wytrzymać sama, miałam załamanie nerwowe. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co przeżywają ludzie z zagrożeniem życia, nie mogący spotkać się z najbliższym.
smarcik, wyobraź sobie sytuację kiedy o jednego pacjenta przychodzi pytać niezależnie od siebie córka, żona, syn, matka. Mam np 10 pacjentów. Upoważniona w dokumentacji jest jedną osoba. Do tego na drzwiach jak byk jest napisane w jakich godzinach udzielane są informacje (12-14).W sytuacji kiedy od 7 rano zanim odbędzie się poranny raport jestem bombardowana pytaniami o stan zdrowia pacjenta zanim zapoznam się z nowymi badaniami, zlecę kolejne, zanim zbadam pacjenta, zanim zapoznam się z dokumentacją nowo przyjętych pacjentów (na wszystkich moich salach), często zanim zdążę nawet fizycznie zobaczyć dana osobę. No serio? 😉 i pomóż to x10 i x ilosc osób z rodziny które chcą zaczerpnąć informacji niezależnie od siebie (niezgodnie prawem zresztą). Aaa. Do tego telefony. I prośby o udzielenie informacji telefonicznie, co jest niedopuszczalne (chyba że sytuacja jest wyjątkowa, stan jest ciężki lub pogorszy sie). Rodziny do pacjentów w stanie jak wyżej są wpuszczane na wyjątkowych zasadach bo sytuacja jest oczywista. Można przynieść czyste ubrania, jedzenie. Zostawić i wyjść. Informacje są udzielane, ale nie pod drzwiami gabinetu po ciągłym pukaniu do drzwi i ładowaniu się do gabinetu, a za drzwiami prowadzącymi do oddziału. (a pukanie w sprawie pacjentów pomóż sobie x50 bo mniej więcej tyłu mamy na oddziale). Bezduszność, serio 😉
Edit. Osobiście uważam że przydałaby mi się własna sekretarka do umawiania rozmów z rodzinami i dzwonienia/odbierania telefonów 😜
Edit. Rok temu zaczęłam prowadzić notes. Opisuje sytuację dziwne, denerwujące, zaskakujące, powodujące radość albo chęć mordu. Do szuflady. Żeby się "wygadać" pisząc. Sytuacja głodnego nie zrozumie. 😉
Jak jeszcze kilka dni temu ci najbliżsi rzeczywiście nie mogli zrozumieć ani zaakceptować zakazu odwiedzin w oddziałach, tak teraz sami z siebie ewentualnie przekazują rzeczy dla pacjentów przez drzwi do oddziału i szybko odchodzą, często nawet nie widząc się z pacjentami, nawet tymi chodzącymi i w dobrym stanie. Rodziny wcale obecnie nie są takie chętne do odwiedzin. A obecna sytuacja jest o tyle dobra dla nas, że wreszcie nie musimy się użerać (tak, użerać) z niektórymi ludźmi odwiedzającymi. Którzy pomimo darmowej szatni w szpitalu tuż przy wejściu głównym, wchodzą na oddział w kurtkach (mimo dużego napisu na drzwiach). Wieszają te kurtki na stojakach na kroplówki. Siadają na czystych łóżkach (niezajętych przez pacjenta). Przychodzą od rana do wieczora (mimo wyraźnie wypisanych godzin odwiedzin, od 14 do 17 akurat). Przychodzą po 10 osób (nie, naprawdę nie przesadzam) do jednego pacjenta. Przychodzą z objawami przeziębienia i grypy. Przyprowadzają małe dzieci (nawet takie kilkumiesięczne) i nie potrafią zrozumieć, czemu sugerujemy opuszczenie oddziału (sugerujemy, bo nikogo nie wyganiamy). I oczywiście nie mówię, że ze wszystkimi odwiedzającymi musimy się użerać. Absolutnie. Ale takie osoby wcześniej przeze mnie wymienione, naprawdę są obciążeniem i najzwyczajniej w świecie przeszkadzają w pracy.
edit. Pisałam wiadomość jednocześnie z galopadą. Rzeczywiście chciałam dodać, że w uzasadnionych przypadkach, gdy stan jest ciężki, umożliwione są odwiedziny. Ale zgodnie z obowiązującymi zasadami.
safiePowyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym.Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym termin 05 marca 2020 20:53
Nie wyobrażam sobie, jak babcia była po udarze, żeby ktoś z rodziny przy niej nie był przez większość dnia - dwie pielęgniarki na cały oddział nie były w stanie jej w każdej chwili pomóc chociażby przez podanie picia, czy potrzymanie za rękę i powiedzenie, że wszystko będzie dobrze. A wsparcie psychiczne dla niej było bardzo potrzebne.
galopada_, z całym szacunkiem, wyobraź sobie że masz na oddziale dziecko, albo mamę, która jest w podeszłym wieku, to taki przykład i nie możesz odwiedzić. Nie wiem co się dzieje z ludźmi, niedawno ciocia (wiek 84) złamała sobie szyjkę kości udowej. Przesiedziała na SORze 10 godzin, dosłownie, zanim umieszczono ją na oddziale, nie skomentuję zachowania tam pielęgniarek, bo koło 23, po prostu poryczałam się z bezsilności.
Watrusia, wystarczy przeczytać ze zrozumieniem to co napisałam. SOR rządzi się swoimi prawami.
No będę oceniać przypadku Twojej cioci, ale złamanie szyjki kości udowej nie jest równoznaczne z natychmiastowym wjazdem na salę operacyjną. Nie znam sytuacji, nie będę się wypowiadać.
Jakby nie ludzie, którzy ładują na SOR z katarem czy sraczką od miesiąca to wszystko dzialaloby sprawniej. Ale nawet tu na rv widziałam wpisy: aaa costam mi dolega ale to pójdę za trzy dni na sor. No paranoja. Ja mam nadzieję, że nigdy w życiu nie będzie mi dane być pacjentką SOR. Bo pacjenci SOR to z definicji ludzie z zagrożeniem życia. Wszyscy inni powinni być leczeni w POZ, NiŚOL albo kierowani na Izbę przyjęć do przyjęcia na oddział w trybie pilnym albo do ustalenia terminu przyjęcia w trybie planowym. Kropka.
galopada_, czytam ze zrozumieniem, za to Ty przeczytałaś TYLKO przypadek cioci, pomijając początek mojego postu. Co nie zmienia faktu że to "przygoda życia" wylądować na SORze. (Niestety, nie tak szybko ląduje się na stole operacyjnym, nawet z takim złamaniem) Pomijając już SOR, chodziło mi o to, że trochę empatii by się przydało, a nie cieszyć się że tłum odwiedzających nie będzie pętał się po szpitalu, w którym leżą ich bliscy.
Można zrozumieć bliskich, pokiwać głowami, ale z drugiej strony ten tłum bliskich uniemożliwia czasem skutecznie leczenie innych bliskich. Mój brat (lekarz na SORze) czasem nawet wysikać się nie ma czasu przez całą zmianę, o piciu nie wspominam. Jak słyszę, że się ktoś ze znajomych "wybiera" na SOR, to tylko odciągam i wysyłam gdziekolwiek indziej 😉 To jednak problem edukacji, ludzie nie wiedzą dokąd się mają udać, jak np. się wywrócą i im palec spuchnie (autentyk z wczoraj). Powinny wszędzie wisieć plakaty informacyjne, może by się coś zmieniło - bo np. ja też nie umiałam tej osobie powiedzieć dokąd powinna iść, żeby ew. na rtg palca mieć szansę. Wiem tylko, że NIE na SOR :P
Hehe.....ale to akurat jest przypadek na SOR. Inna droga, to poczekać aż rodzinny będzie przyjmował i iść do rodzinnego po skierowanie na RTG i z ewentualnym złamaniem potem do poradni ortopedycznej. Ale jeśli jest popołudnie, a palec boli i puchnie, to niestety ale na SOR. W większych szpitalach masz dwóch lekarzy na SOR-ze. Jeden obrabia internistyczne przypadki z drugi właśnie urazowe. I tak jak ze swoim palcem bym nie histeryzowała o ile naprawdę nie było z nim źle, tak już z mojego dziecka palcem poszłabym na ten SOR. Niestety.
We Wrocławiu jest nocna i świąteczna opieka ortopedyczna. Po 18 i w weekendy wszyscy kierują tam drobne urazy. Czasami niektóre nocne mają technika na dyżurze. Jak nie mają i nie ma tez poradni ortopedycznej, to z nocnej wyślą na rtg na oddział i wróci się ze zdjęciem. Naprawdę nie trzeba na sor. Szczególnie ze tam taki przypadek dostanie najniższy priorytet i 12 godzin może siedzieć.
Jak SOR to jest to dla mnie jeszcze bardziej niezrozumiałe, w końcu tam ludzie są najbardziej spanikowani.ja na SORze byłam raz - po wypadku motocyklowym. Oczekiwanie od 17 do rana, a finalnie wypuszczenie bez prześwietlenia (po wypadku motocyklowym!). Oczywiście dzień później jak szok przeszedł to trzeba było wrócić - pęknięty kręg.
Raz byłam tez na nocnej opiece, z gorączką ponad 40 stopni. Ale nie o mnie chodzi. Otóż przyjechała taksówką kobieta ze zgwałconym dzieckiem.. Kazano jej odjechać i wezwać karetkę, ponieważ nie mogli jej przyjąć poza kolejnością. Mam ogromną nadzieję, że była to jakaś skrajna patologia, a nie norma (to było jakieś 8 lat temu więc też pewnie sporo się zmieniło od tego czasu).
U nas duże miasto (Gdańsk) i patologia, bo jest teraz jeden lekarz tylko. Brak chętnych do pracy. Brat potwierdził, nie na SOR, nie u nas. To nie było dziecko, tylko starsza pani. W końcu jakoś załatwiła RTG i szczęśliwie złamania nie ma. No, fakt, że naprawdę informacji brakuje a SOR przeciążony...
A w Ostrołęce nie ma nocnej i świątecznej opieki ortopedycznej!
Nocna i świąteczna nie wysyła na badania RTG i na pewno nie skieruje takiego chorego na oddział ortopedyczny!
Jestem lekarzem i WIEM gdzie z jakimi schorzeniami się udać w moim mieście. Więc tekst "naprawdę nie trzeba na SOR" mam nadzieję że nie jest do mnie. Bo u nas właśnie NA SOR. Świeże urazy- na SOR. Bo jest u nas SOR-owiec urazowy do takich właśnie przypadków. I on po diagnostyce skieruje ewentualnie na oddział ortopedyczny.
I wygląda na to, że w każdym mieście tego typu sytuacje są bardzo różnie rozwiązywane. I warto się dowiedzieć zawczasu niż na ostatnią chwilę jeździć nie tam gdzie należy, w nerwach i złości.
No cóż, a ja jestem technikiem rtg i WIEM skąd, kiedy i jakie przypadki trafiają na rtg. Możemy się policytowac. Poza tym to nie jest jasno uregulowane i wszystko zależy od miejscowości, ilości szpitali, ich ustaleń itd.
Ej, ale czemu wy się (na siebie?) wsciekacie, bo nie ogarniam i jestem w temacie 🤣 Serio, taki czarny humor. Ja nie widzę powodu, żeby się na siebie wkurzać, bo w różnych miastach jest różnie. Ale super, że to piszecie, bo to pokazuje, że nawet nie ma sensu edukować, bo jest taki burdel, że nie ma jedynej słusznej procedury. W Gdańsku nie na SOR (info od lekarza SOR, aktualnie nie ma drugiego lekarza i nie ogarną), w Ostrołęce absolutnie na SOR. gdzieś indziej jeszcze inaczej trzeba. To skąd pacjent ma wiedzieć? Masakra to jest! Ciekawe czy ktokolwiek to kiedykolwiek da radę uporządkować... Tak szczerze jak mam jakiś stres to dzwonię na 112 i mnie kierują. Może też ich absorbuję, ale jakoś się dowiedzieć muszę... W każdym razie poważnie rozciętą dłoń u dziecka ogarnęłam w domu pod kierunkiem brata - też odradził SOR :p
Ja to w ogóle służby zdrowia nie rozumiem. Wiem, że mało lekarzy i jest sporo ludzi z pasją i oczywiście ogromny szacunek dla ludzi w tym zawodzie, zwłaszcza dla pielęgniarek (one robią taką robotę, że po prostu szok...), ale... zgięła mnie sytuacja sprzed 2 tygodni. Moja babcia 90 lat dostała bardzo silnych drgawek i wysokiej gorączki (babcia taki typ, że na nic absolutnie nigdy nie chorowała poza alzheimerem, a tak to ani katar, ani cukrzyca, ani żadne zwyrodnienia, nic!), ciocia, która z nią mieszka zadzwoniła po karetkę, bo nigdy babci w takim stanie nie widziała. Karetka przyjechała po 3 godzinach, kiedy babci przeszły drgawki, ale gorączka jeszcze była. Sanitariusze zrąbali ciocię, że ich w ogóle wezwała, dali przeciwgorączkowe i pojechali. 15 min później przyjechała policja wlepić cioci mandat, że wezwała bezprawnie karetkę! Na szczęście policjant zobaczył starowinkę, zobaczył spanikowaną ciocię, uśmiał się, że to jest chore, a cioci kazał wzywać karetkę, kiedy jej się żywnie podoba. NIE OGARNIAM...
galopada_, doskonale wiesz, że nie o to chodzi, wybacz, ale za stara jestem na takie przekomarzanie się, po prostu stoję po drugiej stronie i dlatego tak to odbieram. Jak to w powiedzeniu, punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia.
Te więcej czasu dla pacjentow przy porodach tez obowiązuje? Bo z tego co czytam,, rodzinne,, zostaly w niektorych szpitalach wstrzymane. Ja osobiście tego sobie nie wyobrazam biorac pod uwagę co dzieje sie na porodówkach. I szczerze mega współczuję tym kobietom ktore musza temat ogarnąć same, bez bliskiej osoby.
Ja bym na miejscu rodzącej nie chciała, żeby w którymś momencie uwaga lekarzy była skierowana na mdlejącego, albo co gorsza awanturującego się męża. Taka nadliczbowa osoba, nieobyta ze szpitalem i procedurami tylko się plącze i przeszkadza personelowi. A panowie potrafią panikować, być roszczeniowi, agresywni. W dodatku nowonarodzone dziecko jest bardzo podatne na infekcje. Tym bardziej rozumiem ten zakaz w sezonie grypowym. Kobiety sobie radzą. Niektóre nie mają przy sobie ojców ich dzieci, bo uciekli, umarli, są w pracy i nie zdążyli dojechać lub ich po prostu nie ma. Moja teściowa rodziła 27 godzin, sama. Jej mąż był na statku tysiące kilometrów dalej, tak samo teść, oboje rodziców było za granicą w pracy, teściowa była ciężko chora. I dała sobie radę. Później tez była sama w domu przez dłuższy czas. W dodatku była bardzo młoda. Pociągnęła studia. Edit: zdałam sobie sprawę z tego, ile razy użyłam zwrotu „w dodatku”
kobieto ja nawet nie mam słów na to jakie ty głupoty piszesz. Wybacz, przepraszam, że wale z grubej rury... ale masz tak mgliste pojęcie w temacie, w dodatku wyrobione na jednej z miliona sytuacji jakie MOGĄ, zaznaczam MOGĄ mieć miejsce w trakcie porodu. No ręce i cycki opadają.
Facella, już nie róbmy z panów takich co to sobie z emocjami nie radzą, są agresywni no i panikują... Może kilku takich jest, ale zdecydowana większość radzi sobie w dorosłym życiu z trudniejszymi sytuacjami. To nie troglodyci z maczugami. Rozumiem, że cała rodzina na porodówce to przesada ale raczej mąż to co innego, nawet jeśli nie uczestniczy bezpośrednio w porodzie, bo i takie są wybory rodziców dziecka, to jednak przydaje się na miejscu, chociażby w celu ochrony praw kobiety rodzącej, które to niestety nadal są łamane w wielu miejscach. Super, że Twoja teściowa dała radę, niejedna kobieta też dała. Ale panowie też są rodzicami, też chcą uczestniczyć w narodzinach dziecka, też są kobietom w takich sytuacjach potrzebni i to że kobiety dają radę to nie znaczy że panowie mają nie uczestniczyć w tej całej sytuacji jeśli mogą, chcą i nie są w tym czasie na morzu... Wiadomo, jak mąż, partner jest chory to nie powinien się pokazywać...