Ascaia, no Ty to masz kobito serio jakiś dar. Ja tam wszędzie widzę super zajmujących się, zaangażowanych lub nawet przeczulonych na punkcie bezpieczeństwa rodziców, od których sposobem zajmowania się dziećmi mogę się uczyć. A tych olewających po prostu nie widzę, lub jednym okiem wpuszczam, drugim wypuszczam (bo czasami zdarzy się jakaś sytuacja-babol, jak każemu) 😉 A zapatrzeć się zdarza wszystkim, mi najczęściej 😉 I fajnie jest, jak z uśmiechem i widocznym w oczach roztargnieniem za coś przepraszam i ktoś odpowiada mi uśmiechem, a nie bulwersem 😉 No ale ja to ze wsi jestem, może tu na wsi i w małym miasteczku obok jakieś inne powietrze, czy coś...?
branka, to ja Ci powiem lepiej, apropos bulteriera i yorka. W bardzo znanej miejscowości niedaleko Wrocławia facet miał bulla, jako jedyny w mieścinie, a sąsiedzi za płotem mieli yorka. I ten york regularnie przechodził pod płotem do ogródka, w którym siedział sobie bulterier. To był samiec i nie tolerował żadnych psów. Odnosili yorka wiele razy, upominali, prosili, czasami latało futro. W końcu york został zagryziony jak po raz milionowy przelazł do bulla. Na drugi dzień bull był otruty 😉
kenna, nie wiem jak to działa. 😉 Jakbym miała jakieś proporcje oszacować to chyba jest tak pół na pół... Wiadomo, tutaj w temacie pisze się głownie o tym co nas zadziwia negatywnie lub wręcz bulwersuje. I na pewno ma znaczenie fakt, że z powodu lęków suki muszę być akurat na takich rodziców czujna, więc może ich bardziej wyłapuję. Chociaż dzisiejsza obserwacja tego chłopczyka była kompletnie na spokojnie. Plac zabaw za ogrodzeniem, z Werną szłyśmy stokami wąwozu, a placa zabaw na dole. Zwróciłam uwagę, bo ten chłopczyk dość głośno i "żałośnie" upominał się o zainteresowanie taty. Pewnie gdybym nie była z moją dziczką to bym podeszła i z tym małym pogadała, bo jakoś mi go było aż szkoda.
Ale kolejny przykład z czwartku. Muszę pracować z tym moim bidnym zwierzem, więc niestety robię "za pedofila" i chodzę z nią w okolice gdzie są dzieci. Teraz zaczynam mieć więcej spokoju, więc mogę iść, usiąść na ławce w pewnej odległości, żeby Wer mogła obserwować i się oswajać z krzykami, śmiechami, itd. I właśnie w czwartek usiadłam na ławce przy jednym z trawiastych placyków. Jest położony na narożniku mocno ruchliwej jezdni, głównej przejazdówki przez osiedle. Sytuacja - trawnik, ławka, chodnik ok. 4m, ulica. Siedzimy z suką, obserwujemy świat. Ok. 50 metrów od nas po chodniku krąży dwoje maluszków na chodzikach, takie maluszki ok. 2 lata. Kapitalnie się ze sobą bawiły, rodzice (od jednego mama, od drugiego tata) rozmawiali ze sobą. Tatuś uważny, tutaj rozmawia, ale cały czas na dzieci zerkał. Wszystko w porządku, ładna scenka. 🙂 Ale tatuś musiał iść, zabrał jedną z dziewczynek. Co zrobiła mama drugiej... łaps do kieszeni i wzrok w smartfon. Godzina ok. 16, ulicą jadą regularnie samochody, chodnikiem idą ludzie, przejeżdżają rowery... Mama zapatrzona w telefon zaczyna krążyć, a mała... zaczyna się nudzić bez koleżanki. *** Spodziewałam się co będzie dalej, ale nie odeszłam, ze względu na moje cele szkoleniowe. Nie mogę "uciekać" przed dziećmi, żeby nie pokazywać suce "tu jest problem, uwaga". Więc siedzę, Werna siedzi grzecznie u moich stóp, chociaż czujna. Ale tu się się powąchała z jakimś psem, który do nas podszedł (to tak w temacie obcych psów dodatkowo 😉 ). Nie warczała, nie reagowała. Czujna, ale spokojna, przytulona do mnie kawałkiem ciała. Dla mnie bardzo dobry efekt nauki. *** Znudzona dziewczynka zaczyna jeździć coraz bliżej naszej ławki, połowa odległości... Werna przyciąga wzrok, bo jest ładna. Przypomina psy z telewizji. Wiele osób ją zauważa, zaczepia. Dzieci oczywiście też. Więc mała porzuciła w końcu rowerek i jak to maluszek, chwiejnym biegiem łiiiiiiii! w naszą stronę z wyciągniętymi łapkami. Oczywiście, że suka momentalnie się spięła, wstała, itd. Ja też się już przyszykowałam do odskoczenia z ławki, bo wiem, że może zacząć szczekać, przestraszyć dziecko, itd. Więc krzyknęłam do mamusi "proszę żeby dziecko nie podchodziło, proszę ją zatrzymać". I ta kobieta dopiero wtedy podniosła głowę, ze spóźnionym zapłonem z resztą, podbiegła i wzięła maluszka za rękę. Przecież mała mogła zobaczyć takiego pieska po drugiej stronie ulicy...
Niestety, ale naprawdę takich sytuacji jest na pęczki. Przyznaję, tak jak napisałam, widzę to bardziej, przez sukę. Ale fakty są faktami. Dla mnie to bardzo źle, bo nie ułatwia pracy szkoleniowej. Bardzo trudne psu pokazać w takich sytuacjach, że nie trzeba się bać dzieci. Teraz mam zamiar pojeździć trochę po zawodach jeździeckich, po imprezach plenerowych. Na 15, na 20 minut, mam nadzieję na coraz dłużej. Ale przez tę bezmyślność ludzi suka niestety będzie chodzić w kagańcu. Bo to jak napisała jujkasek tylko zwierzę. Niby jej strach powoduje chęć ucieczki, wycofywanie się, nie jest psem agresywnym, ale nie mam gwarancji, że "przyciśnięta" nie ruszy do przodu. Do psów potrafi warknąć i pokazać zęby. Nie chciałabym, żeby kogoś przestraszyła czy zrobiła krzywdę. A niestety to, że ja ją trzymam krótko przy sobie na smyczy, że stoję na uboczu, nie ma większego znaczenia jak widać.
Mi wczoraj na czołowe na wózek prawie weszła nasza sklepowa pisząca coś na komórce 😀 Krzyknęłam tylko "halo, ziemia!" i obie się pośmiałyśmy - jestem ostatnią osobą do bulwersu na takie coś, bo sama non stop chodzę wgapiona w komórę ;P
Ascaia, moja suka reagowała podobnie. I też była raczej z tych uciekających. Któregoś dnia przyjechali do nas znajomi. Oczywiście wiedzieli, że mamy psy i że jest wśród nich suka, która dzieci się boi. Ostrzegałam kilka razy, że muszą pilnować syna, żeby do tego konkretnego psa nie podchodził. Olali sprawę. Psisko starało się uciekać ale kiedy piszczący kilkulatek zaczął ją ganiać po całym domu i pakować się za nią pod stół, sucz niewytrzymała i ugryzła małego. Na tyle delikatnie, że nic strasznego się nie stało ale też na tyle mocno, że dzieciakowi ślad został na dość długo. Znajomi nie odważyli się mieć do nas pretensji. Na pocieszenie dodam, że nasze osobiste dziecko suka toleruje bez problemu, chociaż wymagało to ogromu pracy. Zresztą pracujemy cały czas bo wciąż nie jest idealnie ale nie boję się już, że piszczącą, biegającą czy nawet przytulającą się do niej córkę będzie chciała skrzywdzić.
Dzionka, ogólnie komórkomania mnie nie bulwersuje. (w sumie jeśli tak dokładnie użyć tego słowa to mnie mało bulwersuje w życiu 😉 ) Ale smutno się na to patrzy. Szkoda że nie ma złotego środka. Wiadomo, że też mam jakieś urządzenie praktycznie stale ze sobą. Ale wgapiona nie chodzę. Na spacerach z psem właściwie nie wyciągam w innym celu jak sprawdzenie godziny, nawet nie zawsze odbieram telefon. A tak w ogóle to kocham moją komórkę-staruszkę starego typu, a nie dotykowy smartfon, bo można ją obsługiwać bezwzrokowo. 😉
Kurczak, mama nadzieję, że u nas nigdy nie dojdzie to takiej sytuacji. Ale dlatego wracam czasem ze spacerów zwyczajnie zmęczona, bo muszę mieć oczy dookoła głowy i czasem myśleć do przodu za innych.
Nie ogarniam jak mnie potraktowano wczoraj w szpitalu...
Przedwczoraj miałam operację ewakuowania potężnego krwiaka z najwrażliwszych okolic (kobiecych). Zabieg w pełnej narkozie. Po wybudzeniu poinformowano mnie, że założono mi "sączek". Jak już doszłam do siebie to zobaczyłam, że coś ze mnie wystaje... jakby chusteczka. Pociągnęłam za to, aż wyszło. Wyglądało jak pocięta gumowa rękawiczka.
Na drugi dzień na obchodzie dwóch lekarzy przyszło do mnie i się zaczęło... Zapytali mnie kto usunął "sączek"(miałam go nosić cały tydzień). Od słowa do słowa wyszło, że to białe coś (jak myślałam na początku, że to chusteczka włożona do zatamowania krwawienia po zabiegu) to ten zasrany "sączek" i że ja to nieświadomie usunęłam. Tylko, że ja nie zrobiłam tego celowo, po prostu nie wiedziałam... wiem, że powinnam była zapytać, MOJA WINA I GŁUPOTA.
Dowiedziałam się, że zniweczyłam zabieg, że za tydzień pewnie znów mnie będą musieli ciachać, że nie szanuję pracy lekarzy i tego jaką opieką mnie objęli odkąd trafiłam pod ich skrzydła po wypadku. Przyszedł ordynator, od razu poinformowano go, co zrobiłam. Zbadał i zarządził, że zostaje w szpitalu (miałam już tego dnia wychodzić). No i zapłakałam sobie z żalu na sobą i swoją głupotą. I wtedy jeden z lekarzy w jakąś wściekłość wpadł, że to jest szpital a nie więzienie! I zaraz wrócił i mi rzucił wypisem na szafkę, jakobym wymusiła ten wypis 🤔wirek: Mówię mu, że ja nie mam do nikogo pretensji, tylko do samej siebie. Ale nie chciał mnie słuchać, taki był wzburzony. Płakałam całe przedpołudnie, mój TŻ mnie zabrał do domu...
Czy lekarz ma prawo tak potraktować pacjenta? Zje*ał mnie jak burą sukę. Ja naprawdę rzadko płaczę, a tu się nie mogłam uspokoić, poryczałam się przy innym lekarzu i pielęgniarce po tym wszystkim.
Moja ciocia mówi, że powinnam wystosować konkretną skargę na tego pana. Ale ja się boję, że za tydzień znów tam trafię (po raz 3-ci już) i jeszcze się to na mnie zemści. Ten lekarz, co mnie tak ochrzaniał, to nawet nie był ten, który mnie operował...
smarcik, tylko boję się, że będę potrzebować jeszcze ich pomocy, a narobię sobie tylko wrogów, bo każdy stanie po stronie tego lekarza (to jakaś gwiazda tego oddziału, w internecie same top opinie na jego temat..)... dziś zaczęłam mocno krwawić świeżą krwią, czuję, że jeden ze szwów puścił... 😕
Kurcze, to może napisz skargę dopiero jak wyleczysz się? Straszne jest to co piszesz, trzymaj się mocno :kwiatek: Krwiak był związany z Twoim upadkiem z konia?
smarcik, tak 🙁 kto by pomyślał, że z jednego upadku będzie tyle problemów, powikłań, szpitala, zabiegów i L4..
Dostałam już nr polisy OC od ośrodka i nie wiem jak to teraz ugryźć z ich ubezpieczycielem, żeby chociaż cokolwiek dostać za te moje cierpienia (nie oskarżam tutaj akurat nikogo, to był nieszczęśliwy wypadek).
zdecydowanie zglos to do dyrekcji szpitala i napisz skarge do Izby Lekarskiej - bez jaj. Lekarze mysla sobie ze sa nie wiadomo kim i moga sobie mowic co im sie podoba - pojdzie na przesluchanie do Izby to moze sie 2 razy nastepnym razem zastanowi.
Jezeli nikt nie bedzie zglaszal, to nigdy sie nic nie zmieni.
Ja jeden z wiekszych horrorow zyciowych przezylam na oddziale chirurgii dzieciecej w szpitalu sw. Wojciecha w Szczecinie. W zyciu nie spotkalam sie z taka kumulacja chamstwa wobec rodzicow i samych dzieci. Nienawidze polskich chirurgow (oprocz kilku sztuk). Ja skarge napisalam, na ktora szpital mi nawet nie odpowiedzial. Bylam wyczerpana psychicznie wtedy, bo ja nie jestem przyzwyczajona do obcowania z takimi gnidami plus stres z powodu choroby dziecka. Zadna z tych biednych zastraszonych i upodlonych matek nie napisala skargi. A tak naprawde takie rzeczy musimy zmienic my- nie zgadzajac sie na nie!
desire, ale co w sytuacji kiedy ktoś noe ma swojej działki? Pies ma być całe życie skazany na smycz? To tak jakbyśmy koni nie wypuszczali na padoki. Myślę, że nie ma też co przeginać w drugą stronę. Jeśli kontrolujesz swojego psa i zwracasz uwagę na to czy ktoś się nie zbliża, to spuszczanie psa nie jest raczej problemem. Co do myśliwych, to nie mają prawa strzelać do psów biegających po lesie ot tak.
Konie nie są dla wszystkich, psy też nie są dla wszystkich. Nie ma właściciela w zasięgu, pies biegnie po lesie za zwierzyną, jest bez nadzoru - mają prawo odstrzelić (znaczy sie ustawa tego jaśno nie określa, jst w niej tylko wpis o prawie do 'usunięcia', co kończy się odstrzałem), to też reguluje regulamin danego nadleśnictwa. A jeśli jest właściciel - mandacik 500zł, a jeśli piesek pogoni zwierzynę to nie zazdroszcze. Takie jest prawo, a właściciele psów chyba nie są świadomi tego, że taka sarna pogoniona przez psa może paść z stresu. 🙄 psy mogą paść również ofiarą kłusowników. Ci rozstawiają sidła i pułapki na zwierzynę, która zazwyczaj chodzi swoimi drogami, nie używając ścieżek czy traktów leśnych – z tego powodu pies biegający luzem, wyczuwający stałą drogą poruszania się dzikich zwierząt, również może wpaść w zastawioną pułapkę. Warto pamiętać również m.in. o szczepionkach przeciw wściekliźnie. Są one zostawiane dla lisów, jednak pies nierzadko również się na nie połasi – mogą mu poważnie zaszkodzić. Zazwyczaj są wystawiane komunikaty o rozrzuceniu szczepionek, jednakże czasami możemy je przez nieuwagę pominąć. Nie wspomnę już o głupocie, jaką wyróżniają się właściciele psów, zabierając czworonogi na tereny oznaczone jako zagrożone tą śmiertelną chorobą. Zagrożenie może przyjść również ze strony zwierząt leśnych. Sama spotkałam na mniej uczęszczanym szlaku w górskim lesie lisa z objawami, jak się potem okazało, wścieklizny. Było to w czasach „przed psem”, jednakże nie chcę nawet myśleć, co by było, gdyby na zwierzynę niesioną w pysku przez tego lisa (czy samego lisa) połasił się jakikolwiek pies, biegający luzem. Ogromnym zagrożeniem są również wszystkie samice z młodymi, zwłaszcza zaś samice dzików, które lubi generalnie się nie boją i nie mają problemów z atakiem. Część psów, czując zapach dzika, po prostu zawróci, część jednak będzie zainteresowana wonią i pobiegnie wprost w paszczę zagrożenia. I nie ma tak, że 'ten pies nigdy', bo w lesie jak poleci za sarną to raz i tyle go widzieli. Więc sorry, ale według mnie to trzeba być naprawdę głupim żeby puszczać psa w lesie. Znów zacytuje ten sam artykuł: No to gdzie w takim razie pies ma się wybiegać?!
Jest to główne pytanie, które zadaje większość psiarzy upominanych, że pies w lesie powinien być na smyczy. Szczególnie lubię to pytanie, ponieważ zawiera mój ulubiony zwrot o „wybiegiwaniu się” psa. W pierwszej kolejności przykro mi, że właściciel psa nie jest w stanie zaplanować mu odpowiedniej aktywności i musi dbać o to, aby pies sam siebie wybiegał. W przypadku lasów, mamy kilka opcji do wyboru. Pierwsza opcja to aktywność fizyczna razem z psem. Na przykład bieganie czy jazda na rowerze. Jeżeli ma to być nasza częsta aktywność, można kupić do tego odpowiedni sprzęt, m.in. pas biodrowy czy smycz z amortyzatorem – pozwala to mieć wolne ręce. Na zwykłe spacery warto zainwestować w dłuższą linkę, która pozwoli psu na oddalenie się od nas, a jednocześnie zatrzymanie go w razie, gdy poczuje zapach. Dobrze jest również zainwestować w elementy odblaskowe – np. obrożę, naklejkę na rzepy do szelek, nakładkę na obrożę czy odblaski na łapy. Pozwoli to również ewentualnym innym spacerowiczom czy leśnikom na stwierdzenie, że pies (prowadzony np. na słabo widocznej lince czy widziany z daleka) jest pod kontrolą. W zależności od miasta, istnieją również różne tereny, na których można psa puścić luzem. Przykładowo we Wrocławiu przepisy pozwalają na luźne bieganie psa w miejscach słabo uczęszczanych, pod warunkiem, że pies jest posłuszny, czyli reaguje na przywołanie. Wymagacie szacunku dla siebie i swoich psów, a nie szanujecie innych zwierząt, dla których las to DOM. Zacznijcie każdego z drogi zapraszać do domu i zachęcajcie żeby chodził sobie po nim 'luzem'. 😎
branka, to ja Ci powiem lepiej, apropos bulteriera i yorka. W bardzo znanej miejscowości niedaleko Wrocławia facet miał bulla, jako jedyny w mieścinie, a sąsiedzi za płotem mieli yorka. I ten york regularnie przechodził pod płotem do ogródka, w którym siedział sobie bulterier. To był samiec i nie tolerował żadnych psów. Odnosili yorka wiele razy, upominali, prosili, czasami latało futro. W końcu york został zagryziony jak po raz milionowy przelazł do bulla. Na drugi dzień bull był otruty 😉
Dlatego mój brat (czy ja, jak się opiekuje jego bullem) wychodzimy z mieszkania zawsze w kagańcu. Drudzy denerwujący sąsiedzi są u moich rodziców - mają amstaffa, totalnie niewychowanego, który rzuca się do ludzi i psów (na szczęście nie gania kotów) - potrafi lekko chapsnąć, naszczekać, nawarczeć - sunia rodziców boi się większych psów, więc się omijają, ale jak akurat brat przyjeżdża do rodziców z bullem i idzie z auta do domu, to nieraz się zdarzało że ten amstaff latał, warczał no i co, bull brata się rzucał w odwecie - tylko że na smyczy i w kagańcu, więc brat go mógł łatwo opanować. A że ten amstaff kagańca ani smyczy nie ma i sobie w najlepsze gryzie w takiej sytuacji... to jest to mocno niefajne. rozmawialiśmy z tym sąsiadem, że jak ma takiego psa to niech go nie puszcza pod domem, gdzie jest dużo psów, ale nie da się mu nic przetłumaczyć. Ja tam nie mam nic do amstaffów, bulli, czegokolwiek i do puszczania psów luzem, uważam że jak najbardziej powinno się psa puszczać - ale wypada go wychować, a jak nie jest wychowany to niech chociaż nosi kaganiec czy będzie na długiej linie... a 5 min spacerem od domu jest ogrodzona łąka, na której nikt się nie pojawia, nigdy tam psa nie spotkałam, mówiliśmy tym ludziom o tej łące, idealne miejsce dla takiego psa żeby go wybiegać, tylko trzeba zamknąć furtkę jak się wejdzie, ale sąsiadowi nie chce się tam iść, woli puścić psa pod domem i się dziwi, że ludzie się wtedy chowają... a bull brata tak naprawdę zrobił się niemiły dla psów po tym jak został pogryziony przez puszczonego luzem owczarka. Wcześniej to był złoty pies. Brat przy pomocy zoopsychologa dużo z nim przepracował, ale niestety jak jakiś pies się do niego rzuca, to on też się rzuca... i o ile dużemu psu nic nie zrobi będąc w kagańcu, to malutkiego psa może poturbować 🙁 (dobrze chociaż, że wiele małych psów omija te większe i ich nie zaczepia)
desire - ja tego nie rozumiem. Myśliwi strzelają do saren i im nie przeszkadza ich śmierć - a jak pies zagryzie sarnę to nagle jest, że o matko co za tragedia. Owszem, ja też uważam, że las to dom zwierząt i trzeba podchodzić rozsądnie do puszczania tam psa - ale akurat oburzania się myśliwych, którzy sami do tej zwierzyny strzelają nie rozumiem...
Potwierdzam to co pisze desire, pies w lesie puszczony luzem to duże ryzyko. I odstrzelenia, i mandatu, i tego że zostanie zaatakowany przez zwierzynę. Sama osobiście widziałam jak młody koziołek na końskim pastwisku rozgromił moje psy. A to tylko niewinny koziołek. A taki pies który popsztyka się na stronie z lisem, może potem przynieść wściekliznę do domu. Znam ze słyszenia też przypadek gdy pies biegł gdzie go oczy poniosły aż wpadł w jakiś dół i uszkodził kręgosłup. Ja mieszkam przy lesie ale moje psy mają kategoryczny zakaz zbliżania się do lasu. Zresztą, mój psiak pod własnym domem dostał zębami od lisa i pamiętam jaki to był strach czy lis był aby na pewno zdrowy. Niby psy szczepione ale w końcu nie tylko na wściekliznę chorują dzikie zwierzęta.
Moim zdaniem puszczanie psa luzem w lesie,to jest skrajna nieodpowiedzialnosc wlasciciela psa...,bo pies obojetnie jakby nie byl ulozony moze pobiec za zwierzyna....zreszta LAS to jest DOM dzikich zwierzat a my jestesmy tam JEDYNIE GOSCMI 🙄
branka, - bo jest różnica, między usystematyzowanym odstrzałem, a tym, jak piesek sobie zagryza zwierzaka. Różnica w po pierwsze planowaniu tego odstrzału - nadleśnictwo określa ile zwierząt danego gatunku należy odstrzelić, żeby utrzymać równowagę, no i są sezony łowieckie - nie zawsze każde zwierze można odstrzelić, bo ma młode/jest ciężarne, nie strzela się też do lochy prowadzącej stado itd - pies raczej o tym nie wie, po drugie w tym, że myśliwy zabite zwierze zabiera i bada, a nie zostawia padline w lesie - pół biedy jak zdrową, jak jest chora to pięknie się ta choroba może roznieść, po trzecie zwierze zabite przez myśliwego jest wykorzystane - na mięcho, skóry itd, a zagryzione przez psa nie, po czwarte myśliwy płaci za bycie myśliwym (członkostwo w kole, odszkodowania dla rolników, za odstrzał i inne) i ja się tam nie dziwię, że chce mieć porządek w swoim okręgu, po piąte skąd myśliwy ma wiedzieć, że piesek bez oznaczenia jest domowy, a nie zdziczały. Kuźwa, ja wiem, że myśliwi nie mają dobrej prasy, ale może warto czasem przemyśleć temat, a nie ulegać stereotypowi myśliwego-krwiopijcy?
A od siebie chciałabym jeszcze dodać, że łatałam kilkukrotnie psy podziurawione przez dziki. Psy były myśliwskie, używane w nagonkach i do dochodzenia postrzałków, więc ryzyko wliczone nieco w cene, ale raz, zdarzyło mi się być po prostu na spacerze koło domu i pies wlazł w dzika w krzakach - i miał taką pikną dziurkę tuż koło aorty, po tym jak go dzik na kłach podrzucił. Od tego czasu, mimo, że psy trzymały się raczej blisko prowadzącego, perfekcyjnie reagowały na komende "wróć" i były odwoływalne nawet od pościgu za zwierzakami, to chodziły na smyczkach na spacery. I mimo rasy porzebującej bardzo dużo ruchu, to dało się zrobić. O wnykach i pułapkach kłusowników, jakie zdarzało mi się znaleźć mogłabym elaborat napisać. Wierzcie mi, najgorzej, jak znajdywało się wnyki ze zwierzakiem... straszny widok 🙁 A niestety nie wie się, na co pies w krzakach wejdzie.
Ja nie ogarniam z kolei używania psów do polowań i narażania ich na utratę zdrowia lub życia i udawania, że to tacy towarzysze i przyjaciele. No ale przecież zawsze można zaszyć.
Averis, - ja ogarniam, tj. w nagonce można je zastąpić ludźmi nieco, ale do dochodzenia postrzałków już nie. No kurcze, lepiej wyszkolić tego psa i iluś zwierzaków nie zostawić na powolną śmierć, bo niestety, nawet najlepszy strzelec nie zawsze oddaje 100% czyste strzały. Wypadki to naprawdę mały odsetek, jeśli robi się to z głową. To tak jakby mieć pretensje do sportowców, że koń odniósł kontuzje na treningu, na zawodach czy w transporcie. To, że coś się stało nie znaczy, że się tego konia nie szanuje i nie kocha.
ner, Naboo, pomyślę jeszcze o tej skardze. Czasami żałuję, że nie jestem tak asertywna jak moja wspomniana ciocia. Ona każdego cwaniaka potrafi ustawić do pionu. Mnie ktoś musi doprowadzić do ostateczności, ale wtedy nie reaguje już asertywnie, a agresywnie... i żałuję tego potem.
Meise, masz jakiekolwiek nagranie? to jest dowód. Bez twardego dowodu nie zaczynałabym nic tak szczerze mówiąc. Lekarz powie jak było - czyli pacjenta wyrwała dren i zniweczyła operację, zrobią z Ciebie idiotkę i tak się skończy. Lekarz wyprze się wszystkiego i wszyscy obecni wtedy poświadczą za nim. Sprawdzone tak wiele razy 🙂
Gilian, dokładnie tak samo myślę... Nikt się za mną nie wstawi, mimo, że lekarz, który mnie operował widział potem jak mnie to rozbiło. Na razie nie będę z nimi zadzierać, bo boję się, że za tydzień powtórka z rozrywki będzie (czyli kolejne ewakuowanie). Ale jak ten kutabong znowu przyjdzie do mnie na obchód to mu powiem: "Panu już dziękuję. Nie życzę sobie, by Pan się mną zajmował, proszę zawołać innego lekarza." O.
No dobrze, ale pacjentka wybudzona z narkozy ma prawo być otumaniona i nielogiczna. Gdzie była OPIEKA LEKARSKA skoro zauważono to dopiero drugiego dnia? Nie było żadnych pielęgniarek? Nikt nie zainteresował się jak wygląda szycie? I dlaczego na pacjentkę krzyczano wymuszając w pewnym stopniu jej wypisanie się "z własnej woli"? Czy pacjentka pozostawiona bez opieki, zainteresowania, po operacji - do tego zakrzyczana, miała jakiekolwiek podstawy by ufać opiece w tym szpitalu? A może miała podstawy by poczuć się zagrożona? 🙂
Luna_s20, to było już całkiem po południu jak doszłam do siebie i siedziałam z mamą. Pielęgniarki mnie doglądały. No i w pewnym momencie sięgnęłam po lusterko i zobaczyłam "chusteczkę". Pociągnęłam lekko i trochę wyszło. A potem delikatnie wyciągnęłam całą i zobaczyłam, że to jest jak biała, gumowa rękawiczka. Wiem, że to idiotyczne, ale myślałam, że lekarze ją tam niechcący "zostawili" 🤔 Moja mama też była zdziwiona i trochę się na mnie zdenerwowała, że to wyciągnęłam bez pytania.
W ogóle tam ciągle kto inny mnie oglądał, mnóstwo tam jest tych lekarzy... Nie miałam jednego prowadzącego mój przypadek, tylko chyba 15-stu.
Nie mogę powiedzieć złego słowa na opiekę pielęgniarską tam, czy również lekarską. Bo poza tym jednym lekarzem reszta otoczyła mnie mega troskliwą opieką. Pielęgniarki niemal płakały jak tak cierpiałam po wypadku, na głowie stawały, żeby mi ulżyć.
Ten jeden typ zepsuł całe wrażenie...
Dodofon, ja też rozumiałam podenerwowanie lekarza. Ale nie taką złość i rzucanie mi wypisem na stolik i wmawianie, że sama go wymusiłam.
Meise, ty nie masz obowiązku wiedzieć, co zrobić w takiej sytuacji ani znać się na medycynie. To zadanie lekarzy. Jeśli opieka pielęgniarska była taka dobra, to któraś z pielęgniarek raczej powinna poinformować lekarza, że pacjentka usunęła sączek.
No właśnie, ja już nic z tego nie wiem... Tam każdy co chwila był informowany o moim przypadku i historia opowiadana była od początku. Nie wiem, dlaczego nie miałam 1-2 lekarzy, który by się mną zajmowali. Tego dnia (gdy miałam zabieg) był jeszcze obchód popołudniowy. Przyszło dwóch nieznanych mi lekarzy, zapytali co mi dolega ( 🤔wirek🙂 i zarządzili zostanie w szpitalu. Nie pytali o sączek, ani o nic. A na następny dzień była ta cała sytuacja z tym wielkim lekarzem, ordynatorem i resztą...
Tak naprawdę obraza była, bo śmiałam się rozpłakać. I to był moment zapalny.