Witojcie!
Już
magdzie zdałam relację via fejs.
Warunki w Tatrach na szlakach spoko. Poza szlakami - zimowe. Myśmy mieli i grad, i śnieg, zamiecie, oblodzenia wszystko. Potrzebny cały sprzet zimowy (raki, czekany, etc.). Co ktoś chciał robić coś ambitniejszego (np grań Mięguszowieckich) i wpisywał się w książkę wyjść to potem czytaliśmy, ze same wycofy były. Bo mimo sprzętu - nie do przejścia.
My planowaliśmy Rysy, ale warunki arcyciężkie... Raki nie trzymały śniegu + praktycznie niemożliwe hamowanie czekanem. Zresztą w przeciągu paru dni było kilka akcji ratowniczych i ze 2 czy 3 wypadki śmiertelne. Inna sprawa, że ludzie zamiast iść rysą szli grzędą... Ewidentnie nie wiedzieli o czymś takim jak warianty wejść zimowych. No, ale mamy przecież czerwiec nie? 😵
My standardowo zeszliśmy ze szlaków. Na szlakach byliśmy jedynie "dojściowo". Pierwszy dzień lajtowo: Wrota Chałubińskiego i granią do Szpiglasa.
Drugi dzień (dużo gorsze warunki, opady śniegu, kiepska widoczność): grań Ciemniak-Opalone-Miedziane. Niestety nie polecam wychodzenia na takie granie bez znajomości topo. Ja kiedyś tę grań mocno obserwowałam, ale przyznaję AŻ TAKICH trudności się nie spodziewałam.
Dość dodać, że wspinałam się na ŻYWCA (!!!) nad przepaścią w stronę doliny Pięciu Stawów.
Ta grań jest mocno niestabilna jeśli chodzi o skałę - to widać nawet po żlebach. Kruszyzna, piargi, etc. Co znalazłam chwyt to zostawał mi w ręce. Dwukrotnie zawisłam na samych rękach, bo spod nóg wyleciały mi kamienie. Przyznaję, że przynajmniej 3 razy myślałam, ze zginę.
Zeszliśmy z grani chcąc ominąć te pierdzielone turnie, ale okazało się, ze trawersowanie zbocza wcale dużo łatwiejsze nie jest. We mgle 😎
Chcieliśmy dojść do Szpiglasowej Przełęczy, ale stromizny jakie napotykaliśmy zdecydowanie uniemożliwiały podejście. Plus zaczęło dochodzić zmęczenie, strach (ja miałam nawet jeden atak paniki). Zdecydowaliśmy się na wycof. Żlebem. Jakimkolwiek. Nie wiem czy znacie zasadę, że żlebami raczej się nie schodzi... Jak będę mieć fotę to pokażę Wam czy zeszliśmy.
Byłam przekonana, że w tym żlebie też się zabijemy. Bałam się też ze natrafimy na coś w stylu Drege'a czyli łagodnie-łagodnie, a potem JEB! komin...
Udało się zejść na szczęście. Ja jestem jedynie poobijana, dłonie mam poździerane do krwi, ale żyjemy. Od znajomych wspinaczy usłyszałam, ze jestem wariatka, bo tam są drogi V-kowe i więcej. No, a potem usłyszałam, że żałują, że ich ze mną nie było, bo by się tam chętnie pobawili hehe
Ostatniego dnia zrobiliśmy grań od drugiej strony. Pogoda jeśli chodzi o opady była gorsza, skała śliska. Ale widoczność lepsza. I już wiemy jak trzeba trawersować to zbocze, żeby zrobić całą grań. Okazało się, że byliśmy baaaardzo blisko. Tylko we mgle nie mogliśmy ocenić czy da się tamtędy wyleźć.
Jedna lajtowa fotka z okolic Opalonego