Osman Guli przyjęła jeźdźca. W sensie że mnie. Ciąg dalszy, jeśli pogoda pozwoli, pewnie nie szybciej niż w niedzielę. A Dalie są dwie... 😡
Edit: Żeby nie było wątpliwości od prawej, leżą: Margire, zwana także Małą lub Maleństwem, Osman Guli częściej zwana Bubą, Bubcią, Bubusiem, Bubuszem, ostatnio: Bubulencją oraz Melesugun powszechnie znana jako Ziółko, Złotko albo Królewna (Śpiąca: regularnie przesypia pory posiłków, a że MUSI dostać owies jako druga, zaraz po Szefowej, to wszyscy na nią czekają…). W tle stoi Dalia wlkp, czasami, ale to bardzo rzadko, zwana jeszcze Kwiatuszkiem, szefowa całej ekipy… Na żadnym ze zdjęć nie ma Glusia, ale nasz weteran – emeryt po prostu cały czas chodził za strzelającą fotki Lepszą Połową mnie – więc nie zmieścił się w kadrze.
Maleństwo:
Bubulencja:
Królewna: (Edit2: kilka tygodni temu Królewna raczyła się zapoprężyć. W głowę zachodziliśmy dlaczego, objawy wystąpiły ponad dobę po ostatniej jeździe - i, zresztą, po niespełna dwóch tygodniach całkiem przeszły. Jak patrzę na to, gdzie ona trzyma kopyta śpiąc, to zachodzę w głowę, czy aby na pewno do zapoprężenia koń potrzebuje mieć zapięty popręg..?)
Doma nic się nie stało 😉 Jacku no widzisz , tego nie wiedziałam 😉 Chociaż można było się domyślić po tym , jak napisałeś Efekt 4-miesięcznej pracy Dalii z Osman Guli na lonży:
Wiesz, one nie mają stajni, a nawet najbardziej ruchliwy koń czasem musi się położyć - to kładą się tam, gdzie im akurat wygodnie. Najczęściej zresztą pod wiatą, gdzie mają pościelone (w niedzielę szlag trafił mi kółko od taczki - nie do pojęcia jak trudno w takim grajdole zdobyć oponkę i dętkę lub całe kółko do taczki z Praktikera bo, jak się okazało, ma niestandardowy rozmiar! W efekcie trzeci dzień mają nie sprzątane - i warstwa ściółki jest tam już gruba i ciepła 🙄 ). Poza tym, nie jest prawdą, że koń śpi 2 do 3 godzin na dobę. Koń, jak ma spokój i ciszę, to drzemie sobie kilka, czasem kilkanaście minut do pół godziny co dwie - trzy godziny o różnych porach dnia i nocy.
Dziś zresztą mieliśmy Wielką Ucieczkę: coś spłoszyło Dalię wlkp i w efekcie całe stado pooszłooo... Niedaleko poszło, bo po zrobieniu kółka o promieniu jakichś 500 metrów wylądowały ostatecznie na naszym większym, jeszcze nie ogrodzonym padoku, gdzie jest najlepsza w okolicy trawa (co z tego, że pod śniegiem). Historia Wielkiej Ucieczki jeszcze się nie skończyła zresztą, epilog nastąpi po wschodzie słońca, ale to już nie temat na ten wątek.
Dostają od dwóch miesięcy po dwie miarki owsa (jeszcze zeszłorocznego, nowy będę dopiero kupował i stopniowo mieszał), to będzie jakieś 500 gram trzy razy dziennie, a oprócz tego mają nieograniczony dostęp do siana (no, w praktyce od pewnego czasu nie do końca nieograniczony, bo jak zjedzą, to muszą poczekać, aż im nową kostkę wyłożę - ale rzadko się zdarza, żeby czekały długo) i, póki co jeszcze, do tych nędznych resztek trawy, jaka została na starym padoku. Jak tylko stopnieje ten śnieg (a ma, zdaje się, stopnieć zaraz po Świętach), wbetonujemy pozostałe 30 z 47 słupków, jakie są nam potrzebne, żeby zamknąć zimowy padok i tam już trawy nie będzie, ale za to dostaną marchewkę. Taki jest plan.
z filmiku zrozumiałam że w okresie komuny (ten film to chyba jakoś z lat 80-tych) w rejonie skąd te konie się wywodzą był zakaz ich hodowli? A jak była hodowla, to konie szły na mięso.
Filmiku, przy moim łączu nawet nie próbowałem otworzyć. Za władzy sowieckiej hodowla achałtekińska przeszła dwa naprawdę wąskie gardła. Najpierw w latach 1928 - 32, w czasie kolektywizacji. W Turkmenii trwała wtedy zresztą jeszcze wojna partyzancka przeciw bolszewikom (ostatnich turkmeńskich partyzantów - razem z 1/5 całej populacji, oczywiściej tej bogatszej, więc i na lepszych koniach - wyparto do Iranu i do Afganistanu w 1939) i konie, których prywatnego posiadania Stalin zakazał w 1928, były po prostu rabowane Turkmenom. Ze stad liczących nie mniej niż kilkadziesiąt tysięcy (do, maksymalnie, ok. 200 - 300 tysięcy) sztuk, do dalszej hodowli użyto 468 klaczy i 287 ogierów - przy czym nie była to żadna świadoma selekcja i nie wybierano wcale najlepszych, tylko te, które dało się złapać, a przypadkowo nie zostały od razu zmarnowane (bo większość konfiskowanych koni, jeśli nie była od razu zjadana, trafiała do oddziałów liniowych wojska i tam ginęła). "Dolano" też wtedy sporo obcej krwi - głównie marnej jakości folblutów i różnej przypadkowej zbieraniny, jaka się w stajniach Armii Czerwonej w tym rejonie znalazła - na szczęście, w połowie lat 30. konie z dolewem obcej krwi większym niż 1/8 zostały z dalszej hodowli wyeliminowane tak, że współcześnie "stopień zanieczyszczenia" rasy jest marginalny.
Do 1952, pomimo poważnych strat w czasie II wojny światowej, udało się rozwinąć populację do ok. 5 tysięcy głów. Przy czym konie te były wtedy hodowane wyłącznie w Azji Środkowej: w kołchozach i sowchozach Turkmenii oraz w Aszchabadzkim Konzawodzie im. Komsomołu, a także w niektórych konzawodach (stadninach koni) Kazachstanu. W roku 1952 zlikwidowano w ZSRR kawalerię, a Chruszczow, który 2 lata później objął władzę, postanowił, że konie też się zlikwiduje. W praktyce zlikwidowano wtedy, poprzez ubój, hodowlę koni achałtekińskich w kołchozach i sowchozach. Hodowli turkmeńskiej ostateczny cios zadała budowa Kanału Karakumskiego, która pozbawiła tę republikę pastwisk.
Na szczęście od 1960 roku stopniowo rozwijała się hodowla tych koni poza miejscem ich pochodzenia. Zrazu w Dagestanie, gdzie do końca lat 80. działał Włodzimierz Szamborant, potem także i w stadninach północnego Kaukazu, a od upadku komuny, w całej praktycznie Rosji - w tej chwili wszystkie stadniny koni w Rosji (przynajmniej achałtekińskie!) są prywatne, radzą sobie raz lepiej, raz gozej (co jakiś czas zdarza się spektakularne bankructwo 😉 ), a zlokalizowane są na całym terytorium Federacji, z dość lodowatymi okolicami St Petersburga i Uralem włącznie...
Szerzej o sowieckiej hodowli koni będzie w moim tekście w "KT" - pewnie w lutym, bo numer styczniowy będzie się pławił w "SOS-ie" (forumowicze, których pytałem się o zgodę na wykorzystanie wypowiedzi, jakie tu padły, zobaczą je w druku - anonimowo, oczywiście 😉 )
dzięki Jkobus. Na pewno nie omieszkam wypatrywać tego artykułu w kolejnych numerach KT, jak i tego o SOSie. Przeczytałam to co na blogu zamieściłeś - o SOSie - i powiem ci że się fajnie czytało.
Zgaduję, że to może być córka pani Grażyny Kasehaube (czy Kasechube, jak piszesz, nie jestem w stanie zweryfikować...), dawnej właścicielki Bazarbaja i Sułtana. Bezpośredniego kontaktu nie miałem, ale koleżanka jeździła w wakacje w ich stajni i nawet, o ile dobrze pamiętam, bodaj Bazarbajem stratowała swoją kuzynkę... Stajnia była zlokalizowana na Pomorzu Zachodnim, bodajże na Pojezierzu Drawskim.
Czy achałtekińce które widziałam w latach 90-tych z klubu spod Białegostoku mogą jeszcze żyć? Nie pamiętam jak było z nimi wiekowo. Jeden nazywał się Sputnik???
Super, wreszcie w innej niż statyczna, wersji. 😀 Podbiłeś Osman Guli oko? 😎 Widzę, że złe uroki odpędzasz. 👍 Marzy mi się sznurek dla mojego półkrewka, ale póki co, nie ma skąd. 😉
Sznurki to prezent od Petry. Ale ona je po prostu uplotła z jakiejś włóczki! Pierwszy raz je do zdjęć założyliśmy i chyba wreszcie odkryłem, do czego naprawdę służą: spokojnie mogą zastąpić kantary... 😉
Masz pojęcie, ile się musieliśmy nabiegać, żeby te leniwce zechciały ruszyć zadami..? Przynajmniej było nam ciepło przez chwilę 😁
Osman Guli oba oczy ma podbite i dlatego grzecznie pod siodłem chodzi 🏇 Na razie tego nie mam jak pokazać, bo z braku lonżownika, póki co chodzi jeszcze na lonży, więc all hands on deck i pstryknąć nie ma kto.
Swoją drogą, sokole oko masz, że w ogóle te sznurki udało Ci się dostrzec. Niezbyt nam wychodzi fotografowanie na śniegu i w ruchu i jeszcze w dodatku z pewnej odległości 🤔
Wyobrażam sobie, bo nasze tekińce też nigdy nie były zbyt skłonne, by ruszyć tyłki same z siebie. Pelhana widuję zawsze spokojnie pasącego się i mającego wszystko w d... 🤣 Niezawodny jest w takim sytuacjach szeleszczący worek, ja używam na Posmanie podczas robienia zdjęć, a właściwie dziewczyny, które mi zawsze pomagają (Bóg im zapłać za cierpliwość :hihi🙂 podczas sesji zdjęciowych. Jednak trudno by było biegać z ciężką lustrzanką, jednocześnie pstrykać zdjęcia, szeleścić i pilnować, żeby koń gdzieś nie "wyemigrował" poza ogrodzenie z tego wszystkiego. 😂
Ja mojemu też swego czasu podbiłam:
Ale nie tak bardzo jak Ty swojej! 🏇
Mam nadzieję, że kiedyś w końcu uda mi się Was odwiedzić. Z aparatem. 😜
Przy jakiejś okazji mógłbyś się zapytać Petry z czego dokładnie i w jaki sposób można coś takiego spleść? 🙂 :kwiatek:
Hej, Moja babcia, która mieszkała pod Suwałkami plotła takie sznurki "na uroki" i zakładała koniom i węzły takie plotła i wieszała w domu. Ona to robiła z własnej wełny (robiła wełnę ze swoich owiec) a niektóre też robiła takie nie tyle plecione, co na taśmach z czarnego sukna wełnianego wyszywane, ale te to chyba były typowo ozdobne. Pamięta tylko z dzieciństwa (jak przez mgłę bo to daaawno było😉, że nie z każdej wełny (nie od każdej owcy) można było wełnę na te sznurki na uroki brać. I babcia zawsze coś tam jeszcze domieszywała (doplatała do tej wełny)...
W takim razie nie jak krajka. Coś podobnego kiedyś plotłam ale zupełnie nie pamiętam jak to się robiło. Znalazłam natomiast jakiś rok temu w sieci stronę dziewczyny, która się w podobne rzeczy mocno angażuje.
Krajkę przypominały mi te szerokie kolorowe taśmy na szyjach. Czasem było ich kilka, czasem jedna.
Edit: Już sobie przypomniałam jak coś podobnego się plecie. Troszkę podobnie do bransoletki przyjaźni. Przy czym kolorową nić owija się wokół pasma nitek i zawiązuje z jedną. Potem bierze się kolejną nitkę i powtarza czynność. Powstaje taki zwinięty sznurek z, nie wiem jak to nazwać, przepleceniem, jak na tych zdjęciach.
Pursat, masz może zdjęcie z avataru w większym formacie?
potrzebuję jeszcze lepszego zbliżenia na sznurek. czy to nie jest po prostu taka "spiralka"? spiralke robi się tak: dowolną ilość pasm skręca się w jednym kierunku, gotowe zaś łączy się, pozwala się im skrecić w kierunku przeciwnym i wszystko się trzyma 🙂