Muszę się zgodzić z noblistką - tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono. Widzę po swojej rodzinie, widzę po tym co się stało, jak babcia zaczęła chorować. Chorowała 2 lata, niedługo. Dzieci miała 4, wszyscy w Warszawie tak jak i ona. Wnuczków 8. No i większość z nas nie może być z siebie dumna, a rodzinka jak z obrazka.
Podziwiam was dziewczyny, wiele mądrości płynie z waszych słów :kwiatek:
Jeśli będę mogła zapewnić mojemu dziecku opiekę to ją zapewnię. Z matką pisałam już co jest ustalone. Poza tym nie czuję sie zobowiązana. Niech będzie zobowiązana moja siostra. Ojciec jest mi obca osobą.
Ja też nie chcę aby ktoś z mojej rodziny musiał się mną zajmować jak będę stara i sama egoistycznie też nie zamierzam się nikim zajmować 24h dzień w dzień... Po to są pielegniarki i specjalne instytucje aby zarówno osoba niedołężna/umierająca jak i jej dzieci/bliscy mogli kończyć życie godnie i spokojnie bez poczucia winy, że jest się dla kogoś ciężarem... Moja przyjaciólka poświęciła kilka lat umierającej na raka matce... W końcowej fazie, która trwała przeszło rok musiała rzucić studia, wrócić do rodzinnego domu i dzień w dzień od rana do wieczora zajmować się matką, która już tylko leżała... Umarła jej na rękach, pękły jej płuca... Kilka tygodni po pogrzebie koleżanka wylądąwała w psychiatryku i spędziła tam kilka tygodni... Pewnie do końca życie będzie się leczyć i walczyć z traumą... Sama mówi, że to, że matka umierała w domu to był błąd... Także... jak chcecie się tak poświęcać to poświęcajcie siebie, swoje życie, swoje rodziny... ale nie oceniajcie ludzi, którzy zapewniają im godną śmierć nie biorąc w tym udziału 24h/7...
Co to granicy 60'....😉 Moja mama jest po 60... Wygląda jak 40' wymieniamy się ubraniami, chodzimy razem na zakupy i jest dla mnie raczej jak koleżanka a nie 'starsza osoba'... Także wyznaczanie takich granic nie ma sensu... bo czasem ktoś w Twoim wieku może być 'duchem' staruszkiem a ktoś stary będzie korzystał z życia ile się da😉
Piszecie 'tyle wiemy o sobie..." etc. To czemu takie dziwne wrażenie, że... wiadomo kto co tu napisze? Dziwne bardzo, bo zazwyczaj rozrzut poglądów jest totalnie chaotyczny (u tej samej osoby) a w tym wątku jakby nie - jakby był spójny z "ogólnym wrażeniem", z ogólną/przeważającą postawą wobec życia.
Najławiej mówić teoretycznie. I wolę zdecydowanie czytać o doświadczeniach niż o teoriach. Upływ lat, sytuacje w jakich się znaleźliśmy, doświadczenia (własne i ludzi spotkanych w drodze) kształtują nasze poglądy. A te ulegają zmianom bo rzeczywistość jest tym, co weryfikuje masze postawy.
Niektórzy mają jeszcze misz-masz w głowach 🙂 I co zauważam (nie tylko na forum) - im mniej lat, tym postawy bardziej radykalne. Jest czerń, jest biel i kompletnie nic po środku. Mając lat 15-20-30 ma sie odwagę pisać co będzie, gdy sie będzie miało lat 60,70 czy 80. Chciałabym tych młodych ludzi zobaczyć za 40 lat w domu opieki. Posłuchać co mają do powiedzenia. Spytać czemu jeszcze żyją. Stchórzyli ? 🙂 Nie posłucham i nie spytam bo mnie już nie będzie. Ja w ich wieku też byłam harda. Teraz czytając uśmiecham się. Nie śmieję ale właśnie uśmiecham
do glowy by mi nie przyszło nie zaopiekowac się wałsnymi rodzicami. I co czekac ,że brat się nimi zajmie. U nas nie byo problemu. Tata ciezko zachorował, diagnoza rak, chemioterapia a pozniej...pozniej już tylko opieka paliatywna.Cięzko było i to bardzo ale nikt z nas nie zwalał obowiązku na drugie. Ojcem zajmowalismy się wszyscy byla moja mama, byłam ja, był mój bra i moja córka. Kazdy z nas był przy tacie , było cięzko patzrec jak umiera, jak cierpi ale...to był mój TATA.Kochany, jedyny do dzis mi go brakuje, bardzo go kochałam i nie wyobrazam sobie ,że mogłabym nie opiekowac się nim gdy był stary i chory. Robilismy sobie dyzury, podzieliesmy się obowiązkami, brat tate golił, mył , musze powiedziec ,że w tym okresie wszyscy bardzo się do siebie zbliżyly. Moja mama nie dawno miala operację, po szpitalu zabrałam ja do siebie- nie wyobrazam soebie innego rozwiazania, teraz z mamaa jest okey ale (tfu, tfu) gdyby miała chorowac czy byc niedołęzna na 100% zostanie z nami. Nie am innego rozwiązania i nawet nie chcę słyszec o innym. Po to się ma rodzinę, nie tylko na dobre dni, rozina ma siew spomagac rózniez w nieszczęsciu. Nie potepiam tych któzry nie dają rady i oddają swoich rodzicó do domu opieki, ale potępiam tych ktorzy to robią i...zapominaja o sprawie nawet tych biednych rodzicó nie odwiedzą w tym domu opieki. Widziałam w szpitalu dziadka który codzien wyglądała za okno czekając na swoją córeczkę- nigdy nie przyszła. A dziadek (jak opowiadął) dał córeczce wszystko- dom, gospodarkę, dostęp do konta. Zal tych starszych ludzi, ja mam nadzieję ,że moja córka bedzie ze mną jak bede stara i niedołęzna ,że zajmie sie swoimi rodzicami a jak bedzie jej ciezko to wynajmie ludzi do pomocy ale chciałabym do konca swoich dni byc z rodziną.
A teraz taka moja refleksja, z życia. W ciągu pół roku dwóch moich zwierzchników straciło jeden ojca drugi matkę. Obaj lekarze. Jeden na super stanowiskach, delikatnie mówiąc apodyktyczni, pewni siebie i przekonani o własnych racjach. Oboje ci starsi ludzie po prostu zaczęli umierać nie jedli, tracili wolę walki, mówili że umrą itp. Panowie lekarze wciąź pewni siebie poruszali niebo i ziemię. Szpitale, lekarze, badania, opiekunki. Ich rodzice zmarli gdy każdy z nich był w pracy. Mam wrażenie że w obu panach coś pękło. Dziwnie patrzeć gdy tacy lekarze nie mogą uwierzyć w śmierć. I zamiast być przy rodzicach i dać im umrzeć godnie i w spokoju na siłę chcieli utrzymać pozory. Za mało oswajamy się ze starością i śmiercią? Może to jest problem czasów?
łatwo powiedzieć, że chce się umrzeć, póki jeszcze jest się sprawnym. mój dziadek byl bardzo sprawnym czlowiekiem, niestety dopadło nas raczysko. mimo bólu, operacji, pózniej paraliżu i ciąglej morfiny był świadomy (na koniec "w miarę" swiadomy) i nagle... nie chcial umierać. jak przyszło co do czego i wiedzial podswiadomie, że nadziei nie ma, on jednak umierać nie chcial, mimo, że wcześniej mówił, że on woli umrzeć niż wegetować, do konca nie opuszczała go nadzieja i chęć do życia.
opieka nad nim była trudna, byłam nastolatką i musiałam przywyknąć do widoku kroplówek, ampułek morfiny czy masaży zwiotczałych nóg. musiałam zaakceptować, że nie mogę wyjść z koleżankami, bo trzeba pomóc przy dziadku(babcia miała wtedy około 75-78 lat, więc to był mój obowiązek, żeby wraz z mamą wykonywać większość rzeczy, bo babcia z racji na wiek nie mogła np dzwigać). i jakoś... nie żałuję. kompletnie nie żałuję, że musiałam przemywać poszpitalne odleżyny, kąpać, czy wycierać tyłek. to był człowiek, który był mi ojcem, mimo, że tak naprawdę nie dzieliły nas żadne wiezy krwi (nie był prawdziwym ojcem mojej matki).
matka zapytała mnie wtedy, co zrobimy, gdyż dziadkowie mieszkali na śląsku, my w Łodzi, więc trzeba było coś postanowić. albo ja miałam zostać sama w łodzi i sama sobie radzić, a mama pojechałaby do nich albo bierzemy dziadków do nas, decyzja nie była trudna. oczywiście, że nie chcieli, ale się udało. i nie żałuję nawet chwili. załowałabym, gdyby dziadek umieral a ja bawiłabym się z koleżankami, nie wiem czy bym sobie to kiedykolwiek wybaczyła. i jakoś naturalnie odbierałam fakt, że nie ma np prezentów pod choinką, bo trzeba bylo kupić dziadkowi materac p/odleżynowy wysokiej klasy, czy nie mam nowych butów, bo leki są drogie.
teraz nie mam tego "zmartwienia", bo mojej rodziny nie ma. ale są rodzice mojego M. póki co 60 letni, sprawni, pomagają nam w wielu pracach. ale będzie trzeba się nimi zająć. i podejmę się tego, jeśli będzie trzeba, i liczę, że nasze dzieci wychowamy dość dobrze, żeby to zaakceptowały i uznały za prawidłowe.
oczywiście, czasem nie ma jak. nie da się tu kategoryzować. żal mi samotnych, starszych ludzi w domach opieki, ale zdaję sobie sprawę, że nie zawsze są pieniądze/czas/warunki na to, żeby obłożnie chorego mieć "przy sobie", i nie potępiam. jak nadejdzie ten moment, rozważymy, gdzie opieka będzie lepsza i które rozwiązanie zapewni lepsze warunki rodzicom. jeśli się uda, chciałabym ich nie opuszczać, jeśli nie będziemy w stanie zapewnić im finansowo bądz warunkowo odpowiedniej opieki, wtedy poszukam najlepszego dla nich rozwiązania.
liczę na to, że przekażę dobry model postępowania moim dzieciom i gdy ja będę potrzebować pomocy, nie zostawią mnie samopas, bo jeśli zobaczą, że dla własnej wygody a nie z głębszych powodów porzucimy rodziców, to jak pózniej mam liczyć na ich pomoc?
Strasznie smutny temat. Dawniej wielopokoleniowe rodziny mieszkały współnie. Może było inaczej? A może nie? Pamiętacie Jagustynkę z "Chłopów" Reymonta?
omnia, tak, nie jestesmy oswojeni ze staroscia i smiercia. Starosc jest brzydka, na pogrzeby dzieci sie nie zabiera, starzy i niedolezni mieszkaja w domach opieki. A zdania nie mam. szemrana ma racje...Jeszcze 10 lat temu mialam pewniki, nigdy i zawsze goscily w moim slowniku. Dzis wiem, ze nic nie wiem, i nigdy nie mowie nigdy, nie osadzam, nie doradzam...Wiem, ze dopoki czlowiek nie znajdzie sie w podobnej sytuacji, nie moze wiedziec co by zrobil. A mowic komus, co ten powinien? Tego juz w ogole nie wolno, bo w TEJ SAMEJ sytuacji znalezc sie nie mozna, chociazby osoby dramatu inne...Nie odnosze tego do Gilian, ona bardzo dokladnie zaznaczyla, ze o jej zycie chodzi, po prostu mowie do wszystkich.
PS zazdroszcze tym, ktorzy mowia" ja nigdy". "moja siostry nigdy", "moj maz nigdy by"" ja na pewno". "jestem pewna". Och, jak bardzo zazdroszcze. I tez chcialabym zyc jescze w tej uludzie, najdluzej jak sie da. Nie dane bylo.
mój dziadek (grubo po 70tce) przeszedł przepukline, wycięcie woreczka żółciowego, trzy zawały, zator płucny, bajpasy... niewiele po bajpasach przyjechał do polski (na stałe w Niemczech mieszka) i stwierdził, że musi iść w góry; powoli się wydrapał do schroniska; teraz też gdy przyjeżdża to heja w góry, wciąż remontuje coś w swoim domu w górach, a u siebie pomaga kumplowi remontować mieszkania. nonstop jest w ruchu, jak kiedyś powiedziałam mu żeby zwolnił z tym swoim tempem życia, bo to ono go wykończy to stwierdził, że on może i jest starej daty, ale w porównaniu z podejściem oraz sprawnością dzisiejszej młodzieży to on ma niewiele ponad 20 lat. 🙄 moja babcia też po 70tce zwiedziła prawie cały świat - została jej jeszcze Australia, Kanada, Nowy York, Wielka Brytania i Grenlandia, sztuczny łokieć ma - roztrzaskała się w wypadku, ale widze zbytnio się nie przejęła. 😜 Ciotka moja też ponad 70 lat - ile ona to miała wypadków itp., 🙄 ale nic jej nie zatrzymuje - wyciąga całą rodzinke na rowery, gdzie może tam "rzyić wrazi" i korzysta z okazji, które daje jej życie.; dziś dzień kobiet, więc idzie na striptiz do klubu. 😁 jeśli o mnie chodzi to bardzo bym sobie życzyła, żeby mi się chciało w ich wieku tak jak im, żebym maiła taką sprawność - nie tylko fizyczną ale i umysłową... 😀
Pewnie zaraz kogoś to zbulwersuję, ale napiszę: - popularność Radia Maryja (przynajmniej na początku) też w dużym stopniu wzięła się z samotności starych ludzi. Znałam panią 90+, ociemniałą i leżącą. Umysł kryształowo jasny. I to radio towarzyszyło jej cały czas. I przynosiło ulgę. Nie czuła się aż tak samotna. Dlatego w ocenie słuchaczy RM jestem bardzo ostrożna.
Marysiu, bardzo bym się chciała z Tobą zgodzić, bo kiedyś sama byłam za domami starości, ale nie potrafię Cię poprzeć. Nie wyobrażam sobie sytuacji w moim życiu, że chorują moi najwspanialsi rodzice, czy dziadkowie, czy dzieci, a ja ich zostawiam u obcych, żeby to ktoś mógł im pomóc, bo na mnie nie mogą liczyć. Miałabym wyrzuty sumienia do końca swojego życia, że to nie ja pomagałam. Wychowywali mnie przez tyle lat nie po to, żeby ich w takiej sytuacji zostawić obcej osobie pod opieką. Gdyby nie daj Boże taka sytuacja przytrafiła się moim rodzicom to zdecydowanie potrafiłabym siedzieć z nimi całą dobę, robić wszystko byleby tylko czuli w tych ostatnich dniach, że do końca są kochani. Że zawsze byli, są i będą najwspanialszymi osobami na świecie, w moim całym życiu.
Może to będzie drastyczne, ale jeżeli ja kiedyś będę stara i schorowana, a moje dziecko odda mnie do domu opieki to będę załamana, bo to będzie tylko znaczyć, że źle je wychowałam... Nie wyobrażam sobie też sytuacji, kiedy to będę musiała pomóc mojemu dziecku. Mam je oddać do domu opieki? Nigdy w życiu. Tam ludzie umierają, bez nadziei na lepsze jutro... Dla mnie taki dom, to tylko i wyłącznie pożegnanie z życiem. W dodatku w obcym miejscu, bez bliskich. Nie, nigdy nikogo z rodziny tam nie wyślę, jeżeli nie będzie to konieczne. Nigdy.
Kochani, dziękuję bardzo za wsparcie, za piękne słowa. Dwa razy się poryczałam... To są dopiero początki Alzheimera, ale już mnie przerażają. Zaczęło się rok temu, kiedy dziadek mnie nie poznał. Jak babcia mu powiedziała, że wnuczka do niego przyszła, to zaczął o mnie mówić "jaka piękna kobieta", a nie wnuczka. Do końca życia chyba nie zapomnę tamtego dnia, był przerażający. W Wigilię podobnie nie pamiętał, że pół godziny temu dzielił się z babcią opłatkiem, przyszedł i po raz kolejny powiedział "to może podzielimy się opłatkiem?". To nie występuje na co dzień, ale co jakiś czas. Nie pamięta, że był w sklepie, co kupił, ile zapłacił. Nie pamięta, że dzień wcześniej byłam i prosiłam, żeby zgolił brodę. Bardziej martwią mnie jego ataki agresji względem babci. Ale z babcią ustaliłam, że przyjdzie psychoterapeuta, bo innego wyjścia nie ma.
Kajula, trzymajcie się . Bardzo trudne chwile przed Wami. Wyszukaj gdzieś książkę "Iris" - John Bayley, wybitny krytyk literacki, był przez ponad czterdzieści lat mężem znanej angielskiej pisarki Iris Murdoch. Z głębokim uczuciem odtwarza historię ich związku, pełnego wzajemnej fascynacji, a zarazem tolerancji i szacunku dla indywidualności partnera, i opisuje w przejmujący sposób ostatnie lata Iris, dotkniętej chorobą Alzheimera, która nieuchronnie i ostatecznie odgrodziła ją od świata. Mimo to Bayley potrafił do końca odnajdywać w ukochanej żonie przebłyski dawnej, wspaniałej i tajemniczej kobiety, która stała się miłością jego życia. Naprawdę polecam. To niezwykła opowieść o życiu z bliskim z tą chorobą. Napisana tak szczerze i uczciwie. Prawdziwie. Pozwala wiele zrozumieć.
Taniu nie zbulwersujesz. Ja też zauważyłam że RM czy TV Trwam po prostu trafiają do ludzi często samotnych, jakoś wykluczonych... 🙁. Co do rodzin wielopokoleniowych - nie wiem. Są rodziny trzypokoleniowe gdzie wszyscy żyją z emerytury babci a babcia nawet zupy nie ma :/. Dla mnie to brak szacunku dla starości, dla śmierci. Kiedyś Kaczmarski napisał: ... A ty czcij co źyje radośnie, a ty szanuj to co umiera". Staram się pamiętać o tych słowach.
To też jest problem - skazywanie na wcześniejszą śmierć przez zaniechanie, bo tak wszystkim wygodniej. Nie chcę więcej pisać - zbyt dużo męki dookoła, a przecież wiem, że z każdym dniem będzie więcej i więcej.
Dokladnie tak, w przypadku moich i meza dziadkow slyszelismy od lekarzy to samo. Ze starzy i trzeba im pozowolic umrzec. W przypadku dziadka pierwsza diagnoza byla w skrocie rzecz ujmujac "starosc", w rzeczywsitosci byl to nowotwor, co udalo sie wykryc w miare wczesnie bo nikt nie zamierzal sie poddawac.
a ja generalnie nie życzę nikomu żadnego wyboru typu dziecko-starsza osoba... bo jak tygodniami nie ma możliwości widzenia swojego małego dziecka, które ciągle wisi na Tobie i mówi - dlaczego ciągle Cie nie ma, dlaczego nie masz dla mnie czasu, dlaczego ciągle jeździsz do babci, dlaczego się za ną nie bawisz...
naprawdę życzę wszystkoim teraz "teoretyzującym" by nie miały dylematów...
Moja kuzynka wiek 60+ i jej mama 90+. Kuzynka mieszka na wybrzeżu, duży wygodny dom. Opiekuje się trójką wnuków w tym jeden chory. Pomaga, żeby dzieci, syn i córka, mogły pracować. No i jej mama.... Uparła się, żeby mieszkać u siebie. Bagatela -okolice Lublina odległość 600 kilometrów. Bo TAK i już. Koniec dyskusji. Kuzynka wyremontowała za ciężkie pieniądze dom mamy. Ogrzewanie, łazienki dostosowane do niedołężności etc. Płaci za całodobową opiekę z dojazdem na wieś. Bajońskie sumy. No i jeździ co tydzień. 1200 km w obie strony. Mama 90+ w wyniku demencji zieje nienawiścią do niej. Zamyka się w domu, wyrzuca jej rzeczy. Opowiada sąsiadom o wymyślonych pobiciach, kradzieżach. Trwa to już całe lata. Kuzynka praktycznie jest u kresu sił. A mama ma się dobrze fizycznie i nie zanosi się na wyprawę na niebieskie pastwiska. Jej mama, moja prababcia żyła 103 lata. Tak jak pisze Dodo- dopiero jak się stanie wobec realnej sytuacji to się zaczyna rozumieć. I moja osobista opowieść z tego tygodnia. Noc 02:15 telefon. Dzwoni moja mama i sapie do słuchawki. Rozłącza się. Oddzwaniam. Odbiera i bez słowa się znów rozłącza. I tak kilka razy. Mam do niej 350 km. Do rana trzęsę się jak pies ze strachu. Rano przy kawce odbiera. Okazuje się, że obudziła się i komórka jej irytujaco .... migała. No to chciała skasować miganie. Owszem, słyszała mnie, ale się nie odzywała bo..... nie miała mi nic do powiedzenia. Komórki przykryć, choćby gaciami, nie mogła, bo NIE. 🙁
p.s I jeszcze dodam teoretyzującym optymistom-mama mojej kuzynki, zanim zdziwaczała była najmilszą, najukochańszą osobą, jaką znałam. Taką ciepłą, cichuteńką Ciocią . Wiecznie uśmiechniętą. I dla sąsiadów wciąż jest. Dla córki stała się Bestią.
Moja babcia widząc swojego umierającego w hospicjum brata (pochowała trzech, w tym tego najukochańszego, najmłodszego), poprosiła nas o jedno - żadnych rurek, żadnego sztucznego podtrzymywania przy życiu. Tylko, to inaczej wygląda, jak dochodzi co do czego - ciężko taką decyzję podjąć, bo nadzieja umiera ostatnia, bo co, jeśli jednak zdarzy się cud? Mój Dziadek kupując mieszkanie dla mojej mamy i dla mnie uparł się, że mają być trzy pokoje. Mama mówiła dwa, bo taniej. Nie, miały być trzy, bo jeśli któregoś z nich zabraknie, to mamy wziąć do siebie to, które zostanie. Dziadka nie ma już z nami od prawie 11 lat, babcia mieszka sama w ich mieszkaniu, moja mama przeprowadziła się w zeszłym roku do siebie (mieszkaliśmy wszyscy czworo razem, był "pokój dziewcząt" i "pokój dziadków"😉. Póki co babcia daje sobie radę, jest schorowana, ale samodzielna. Jedno, co jej doskwiera, to samotność, bo mimo, że z moją mamą widuje się prawie codziennie, to jednak brakuje jej człowieka, który był z nią ponad 45 lat.
To bardzo trudny temat. Pracując w szpitalu często widziałam sytuacje, które były tak smutne, że aż starszy personel był poruszony. Najgorzej jest wtedy, gdy rodziny specjalnie przed świętami/ wakacjami nie karmią starszych ludzi, żeby do odwodnionych wzywać pogotowie. Potem taka babcia jest przyjęta na oddział wewnętrzny, gdzie spędza kilka/kilkanaście dni. A rodzina ma wtedy wolny pokój i spokój. To straszne. Bardzo często też nie chcą podać swojego telefonu kontaktowego. Czasem, gdy transport odwozi ze szpitala do domu takiego człowieka, upierają się, że to nie jest ich rodzina. Straszne jest takie podrzucanie, bardzo jest mi z tego powodu przykro.
Z drugiej strony obserwuję, że wiele rodzin nie radzi sobie z opieką nad starszymi ludźmi. Nie radzą sobie z lekami, dawkowaniem, nie podają tak, jak powinni. Bardzo często higiena woła o pomstę. Więc jestem zdania, że czasem lepiej jeśli rodzina oddaje do odpowiedniego domu opieki taką osobę.
Mam jeszcze taki przykład z życia- mama kolegi przestała sobie radzić sama w domu, jej mąż umarł. Początkowo nie chciała iść do domu opieki, ale kolega znalazł bardzo fajny, pokazał jej zdjęcia, zgodziła się. Mieszka tam już ponad 2 lata. Ma narzeczonego, a do kolegi dzwoni żeby jej kupował nowe korale 😉 Odżyła, czuje się świetnie, jest otoczona ludźmi. Może to dobre wyjście?
Bestia nie bestia ale czlowiek, i to czlowiek, ktory zazwyczaj nie ma wplywu na swoje zachowanie (demencja, leki) i sam przezywa bardzo ciezkie chwile (przestaje byc samodzielny, nagle spada sprawnosc fizyczna, musi sie przeprowadzic, zaczyna tracic kontakt z rzeczywisotscia i jest komplenie zagubiony itp). Mlodemu, zdrowemu w tym tandemie zwykle jest latwiej, chociaz tak jak pisalo wiele osob sa to jedne z najgorszych doswiadczen w zyciu.
Julita- no to może spotkamy się w jakimś miłym domu opieki 🙂 Będziemy wspominać stare rowery.
Byłam na praktykach w w domu opieki. Różnie ludzie przebywający tam patrzą na koniecznosć bycia tam. Niektórzy mówią: A co ja będę w domu siedziała sama, tu mam z kim pogadać, do kaplicy mogę codziennie iść, ciepło, jedzenie jest..." Nie wszyscy są staruszkami stojącymi w oknie. To chyba zależy od typu człowieka.
Wiem, że tak jest. Niestety. U mojej babci choroba postępowała bardzo szybko- na jej własnie życzenie, a może właśnie na skutek choroby popełniła zaniedbania. W sierpniu było ok, 8 września nie wiedziała kim jestem. Szybko znalazła się w szpitalu- nie wyraziła zgody na badania. Powrót do domu- w ciągu kilku dni trzy dochodzące pielęgniarki, niestety nie chciały z nią pracować, poza tym stan się pogarszał. Powrót do szpitala na oddział opieki paliatywnej. Maksymalny czas pobytu - miesiąc. Kasa czyni cuda- miejsce się znalazło w domu opieki. Stan się polepszył : zaczęła jeść, poznawać, była zadowolona, że tam się znalazła. Koniec przyszedł po kilku dniach 29 października już nie żyła. Moja kochana babcia, z która przez jakiś czas mieszkałam, z którą spędzałam każde wakacje. Nawet nie miałam możliwości być na pogrzebie.
Tak nieco lżej w tym smutnym temacie. Komu przeszkadzała w telefonach komórkowych słuchaweczka zielona i czerwona? W klawiszach. No, żesz..... Nawet mnie się myli a już starsi ludzie to całkiem mają pod górkę. Szło o dyskryminowanie daltonistów ???