Witaj kąciku 🙂
Spełniłam swój szatański plan i zaprzęgłam Jasnulka 🙂 Musiał już wcześniej (minimum 6 lat temu) chodzić w zaprzęgu, czy orać pole, bo raz, gdy koleżanka zakładała mu szory, to obniżył głowę i sam wsadził łeb. Dwa - bez problemu zaczął ciągnąć najpierw stawiającego opór człowieka, a potem już podczepiliśmy sanki i pojechaliśmy do lasu 🙂 Absolutnie nie zrobiło to na nim wrażenia. Wyglądał jakby robił to codziennie 🙂
Wszystko było idealnie, dopóki w drodze powrotnej nie spotkaliśmy innego kuligu, dwa izabelowate konie, dzwoneczki, no coś mega ekscytującego. J był przerażony tym co zobaczył(stał i się gapił), a jak nas minęli, to nie wytrzymał presji i próbował mi się wyrwać i biec za tymi końmi. Ruszyć galopem mu się nie udawało, to zaczął raz po razie brykać, ale tak z czterech nóg, prawie kapriole mu wychodziły 🤔wirek: Wkurzyłam się, bo nawet mój ostry ton, czy próba zrobienia czegokolwiek nie dawały skutku. Po prostu przestał myśleć i skupił się tylko na tym, żeby dobiec do tamtych koni. Zeszłam z niego, poprowadziłąm w ręku, uspokoił się, wsiadłam, znów zaczął skakać, znów zsiadłam i za trzecim razem uspokoił się i pokłusowaliśmy dalej do stajni.
Stary, a głupi 🤔wirek:
Ale koleżanki siedzące na sankach miały mega radochę, bo za każdy razem jak J brykał i próbował mi wyrwać galopem, to te spadały 😉 Mi tam się to mniej uśmiechało, ale jestem z siebie dumna, bo w ferworze walki nie spadłam, choć byłam na oklep :P

