Skoro tak, to może jednak coś napiszę 😉
Przede wszystkim praca między mną, a panią Morsztyn przebiegała na zupełnie innych warunkach, niż w przypadku chociażby Parkana. W przypadku naszej pary największym problemem konia był jeździec 😀 . Bo miałam okazję jeździć na bardzo dobrze wyszkolonym, miłym i szczerym koniu.
Pierwszego dnia przybliżyłam trochę swoją końską sytuację. Jest wam raczej znana; dzikus z lasu, bez trenera od zawsze (nie licząc krótkich epizodów), jeżdżący na koniach, które sobie własnoręcznie ujeździ albo wyrwie z łąk. Pierwszy 'prawdziwy' chód boczny przeżyłam dopiero podczas tych wakacji, by potem w zawrotnym tempie dojść do ciągów w galopie, zatrzymań z galopu, czy początków lotnych zmian nóg. Chciałam sobie te wszystkie sztuczki usystematyzować, poukładać ładnie na półeczkach w głowie. No i, jeśli już by się czepiać konia, to galop był jego najgorszą stroną. Tyle że w chwili konsultacji z Morsztyn za nami już było 1,5 miesiąca pracy nad tym nieszczęsnym galopem i właściwie już tylko ja się go czepiałam 😂
Zaczęło się od tego, że miałam sama pokazać, jak go rozprężam- bez wskazówek Morsztyn. Jak zwykle, w tej fazie treningu postawiłam na wypuszczanie do dołu, zgięcia i inne takie. Morsztyn nie miała uwag, przynajmniej z tego, co pamiętam. Potem zaczął się trening z nią, i pierwsza uwaga: mam więcej myśleć nad trasą przejazdu, rysowaniem drogi wzrokiem. Bez tego nigdy nie będą mi wychodzić dobre chody boczne. Mam też być bardziej skupiona, bo zdarza mi się niechlujnie wyjeżdżać narożniki.
Potem pierwsza kompromitacja. Busch nie ma pojęcia, jak wytłumaczyć Morsztyn, w jaki sposób się robi łopatki, ciągi i trawersy 😵 . Dobrze określa, jak powinien koń wyglądać, nawet w praktyce jest chwalona za luźne i solidne boczniaki, ale wysłowić się nie może, co takiego robi rękami, nogami i tyłkiem

.
No ale nic, wspólnymi siłami jakoś zdefiniowałyśmy, co zrobiłam że koń poszedł bokiem. Potem zajęłyśmy się galopem. Morsztyn wzięła mnie na lonżę- chciała mi pokazać, że moje działanie ręką nie jest konieczne do fajnego galopu. Ten galop na lonży musiałam skomentować. Wszyscy mogli usłyszeć, że moim zdaniem ten koń "galopuje jak glizda" 😵 Potem zaczęłam robić chińskie dosiadowe akrobacje, żeby osiągnąć dobry galop na tej lonży, ale dopiero jak dostałam w łapy wodze i pojechałam częściowo po swojemu, a częściowo jak Morsztyn kazała, to efekt mnie zadowolił.
Dnia drugiego rozwinęłyśmy temat moich zbyt ruchliwych łapek, przygarbionych plecków i wzroku wbitego w konia. Najpierw sesja na lonży, rozluźniająca i rozciągająca. Porste ćwiczenia typu wyciąganie ręki, czy robienie kół. Moje plecy znielubiły te ćwiczenia (dostały przez wakacje w kość i po rozruszaniu z Morsztyn mnie zaczęły bardziej boleć). Potem zostałam wypuszczona na wolność tylko z cordeo w łapce. Zaczęło się niewinnie, od zmiany kierunku po przekątnej, ale potem miałam sama sobie wymyślać ćwiczenia i się rozkręciłam. Robiliśmy serpentyny, 8-10 metrowe wolty, półwolty, zatrzymania z kłusa, zmiany kierunku po krótkiej ścianie i wszystko, co mi tylko przyszło do głowy- łącznie z wjazdem na linię środkową. Jak dobrze ujeżdżonyy był koń, na którym się woziłam, świadczy fakt, że naprawdę nie miałam problemów, żeby sterować nim dosiadem z lekką asystą cordeo. Pomijając ten moment, w którym pomyliłam trenerkę zen z paa 😡 i Morsztyn myślała, że straciłam kontrolę nad koniem. Wielkim finałem było polecenie od Morsztyn, że mam zrobić kilka takich samych kół dwudziestometrowych - i zrobiłam, w tym chyba trzy w galopie. Czym się steruje koniem? Wzrokiem i tyłkiem, ręce do kierowania okazały się zupełnie niepotrzebne.
Potem dostałam swoje ukochane wodze i żużlowałyśmy biednego konia najpierw w kłusie pośrednim, a potem w galopie. Tutaj była wyższa matematyka z poleceniami, niektóre były pozornie sprzeczne, ale naprawdę do mnie trafiły i zebrałam pochwały za oba chody. Nadal swoim sposobem kombinowałam z wodzami (a nie sposobem Morsztyn- czyli zostawić wodze tylko do dojechania), tylko robiłam to mniej ostentacyjnie, żeby się nie czepiała. I znowu dopiero mix mojego widzi mi się i wizji MM dały efekt, który spodobał się nam obojgu 😀
Ogromnie podobał mi się w pani Morsztyn ten spokój przy przekazywaniu wiedzy i taki pozytywny 'brak ambicji'. To ja czasem chciałam za dużo i za szybko, i to pani Morsztyn musiała mnie okiełznać, że koń (nawet na takich superważnych konsultacjach) ma prawo coś zrobić źle, za późno lub nie teraz. Temat konsultacji został wybrany idealnie, ten sposób jazdy naprawdę jest przyjazny dla konia, daje mu czas na wszystko, w tym na rozluźnienie, relaks w ciągu jazdy. Pokazuje drogę, jak nie tylko skutecznie, ale przede wszystkim przyjemnie się ujeżdżać - i tutaj także jeźdźcy byli rozluźniani i uspokajani 😉
Jeszcze jedna bardzo dobra rzecz: na konsultacjach Morsztyn pytała, co chcemy robić, jaki chcemy postawić sobie temat zajęć - ale ostatecznie nie bała się odejśc od tego tematu gdy widziała, że problem wcale nie tkwi na przykład w koniu, ale w niestabilnym dosiadzie.
Trochę fotek:






Czy warto jechać tylko w charakterze wolnego słuchacza? Zdecydowanie tak! 🙂 Bardzo ciekawie pani Morsztyn pokazała, w jaki sposób pracować z Parkanem. Takie rozjechanie konia w kłusie dla poprawy ekspresji świetnie się nadało dla czekoladoworudego Walora, którego kłus stale trzeba pilnować, by nie zrobił się zakalec 😉
Kucuniowy trening dużo mi powiedział o prawidłowym wykonywaniu lotnych, o rysowaniu trasy przejazdu podczas treningu.
Romeo pięknie się zmienił pod względem rozluźnienia przez te trzy dni, zwłaszcza po wylonżowaniu go przed ostatnią jazdą (cenne wskazówki na temat użycia chambonu).
Było też trochę o strachliwym jeźdźcu, który generuje końskie strachy i mnóstwo innych ciekawych uwag. W tym wskazywanie, dlaczego kuc (tym razem ten prawdziwy, feliński) ma duży brzuch, opadnięte plecy, malutki zadek czy wielki mięsień na dole szyi - i co zrobic, żeby ten stan rzeczy zmienić.
Bardzo mi się podobało to, że niezależnie od poziomu pary, pani Morsztyn tak samo się starała jak najwięcej pomóc. W tym nieco 'awangardowymi' metodami (bieganie z kucem-felinem w ręku żeby pokazać jeźdźcowi, jak to jest mieć konia w ręku) - ale naprawdę docierającymi i pomagającymi. Z resztą, każda para progresowała 😉
Można było zadawać pytania odnośnie par, lub całkiem 'z kosmosu'. Pani Morsztyn na wszystkie opowiadała spokojnie (bez żadnych ironicznych usmieszków typu 'jeszcze tego nie wiesz?'😉, próbując jak najlepiej przekazać swoją wiedzę.