moim pierwszym koniem nauczycielem, wielką końską miłością był szkółkowy angloarabski wałaszek o imieniu Dżinn (ur. 05.02.1997)
szkółka w której jeździłam była malutka - 4 koniki rekreacyjne. Dżinn jest koniem dość charakternym, podczas czyszczenia i siodłania trzeba było bardzo uważać, gdyż nie tolerował prawie nikogo, lubił ugryźć i bardzo często straszył. czyściła go zwykle instruktorka (i właścicielka), albo pilnowała go, gdy robił to uczeń. podczas jazd też pokazywał różki - bryknięcia, odskoki. z drugiej strony jeżeli czuł, że jeździec nie jest bardziej zaawansowany i nie wymaga, to stwierdzał że nie ma się co wysilać i czasem trudno było na nim zakłusować, jeżeli nie było się konsekwentnym. w skrócie konik dla bardziej zaawansowanych, na początku dla mnie nieosiągalny. pierwszy raz siadłam na niego przypadkiem - jechaliśmy w teren, a klacz na której zwykle jeździłam w tereny, Erna, miała problem z nogą. pamiętam wielki strach czy sobie na nim poradzę i później radość, gdy instruktorka mnie pochwaliła, że sobie na nim poradziłam. od tego czasu coraz częściej dostawałam go do jazd.
jako że szkółka była mała, instruktorka tworzyła sobie "załogę", czyli jednego opiekuna do każdego konia. zadaniem takiego opiekuna było przyjeżdżanie do konia jak najczęściej, czyszczenie przed jazdami, siodłanie, oprowadzanie i czyszczenie po jazdach. nagrodą były darmowe jazdy. zaczęłam ubiegać się o stanowisko opiekuna Dżinna, chociaż zdawałam sobie sprawę, że będzie ciężko, a mogłabym wybrać sobie każdego innego konika spośród tej czwórki, bo był to okres czasu, gdzie stara załoga wykruszyła się. jednak wiedziałam to ten malowany kasztanek, którego wszyscy się bali, to właśnie ten 😉 po roku starań udało się - zostałam oficjalnym opiekunem Dżinna ;D
cały czas gdy byłam z nim docieraliśmy się nawzajem. raz było lepiej, a raz gorzej. mam nawet na ramieniu bliznę od ugryzienia. ale w końcu osiągnęliśmy to, że do grona osób, które w 100% akceptował w swoim stanowisku (właścicielka - instruktorka i jej tata, który zajmował się karmieniem) dołączyłam i ja 🙂 tworzyliśmy naprawdę zgraną parę. pozostał dzikusem, ale pozwalał na coraz więcej, łagodniał. w jeździe ciągle był typem "niepokornym", ale kiedy ja wsiadałam na niego widać myło, że byliśmy to MY, nikt inny 🙂 głupie radości, typu zagalopowanie ze stój, kiedy innym rozpędzał się do niewyobrażalnego kłusa, ale za nic nie chciał galopować. pierwsze skoki, kiedy innym zatrzymywał się, albo spływał. z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że ten koń nauczył mnie jeździć i kochać. w pełni zrozumiałam znaczenie słów "nie kocha się za coś, ale pomimo że" nauczyłam się cieszyć z drobiazgów 🙂
byliśmy ze sobą przez blisko 5lat. teraz cały czas go odwiedzam 🙂 z ręką na sercu mogę powiedzieć, że te 5lat spędzone z Dżinnem i całą Załogą to jedne z najpiękniejszych chwil w moim dotychczasowym życiu 🙂
dużym sentymentem darzę też resztę koników ze szkółki - Iskrę, Brendę i Ernę.
Dżinn

zima 2007

w październiku tamtego roku, po zdaniu w sierpniu odznaki, postanowiłam się przenieść, aby jeszcze się czegoś nauczyć. i tak trafiłam do Szwadronu Rzeczpospolitej Polskiej im. V Pułku Strzelców Konnych stacjonującego przy SO Klikowa. jeździłam razem z ułanami, trafiałam na różne konie, ogiery ze stada. najmilej wspominam klikowskiego Sprinta (sp. ur. 1995) i Elfa (młp. ur. 1998). na Elfie pojechałam pierwszego Hubertusa, to on pokazał mi, ile jeszcze muszę się nauczyć. często schodziłam z niego z płaczem, ale przez te kilka miesięcy nauczył mnie uporu w dążeniu do celu 🙂
zdjęcie z Hubertusa, my najbardziej po prawej

"kto nie miał kasztana ten nie miał gałgana" - po tych koniach w 100% zgadzam się z tym powiedzeniem 🙂
zawsze miałam sentyment do kasztanów. byłam pewna, że kiedyś, gdy będę miała własnego konia, to na bank będzie to kasztan. jednak życie płata figle i obecnie najważniejszym koniem w moim życiu jest mój własny, siwy Bazyl 😉 (NN, ur. 2006)