Forum konie »

Wasz pierwszy "koń nauczyciel" i rolę jaką odegrał w waszym życiu.

Nie mogłam się powstrzymać, wybaczcie. Dodaję najnowsza fotke mojego kochanego końskiego nauczyciela- któremu składam ten hołd.
Doruś jesteś wielki 🙂
Koni było wiele. Pierwszy, który zapadł mi w pamięć, który dał mi radość galopu to był niski, grubiutki wdzięczny wałaszek o imieniu Huncwot. Spotkałam go na obozie jeździeckiem w Janowie Lubelskim, jeździłam na nim ile tylko się dało, zgraliśmy się wtedy na miarę możliwości i mojego braku jakichkolwiek umiejętności. To na nim przeżyłam pierwszy w życiu cudowny galop w terenie, kiedy cały zastęp śmignął na boki a mój waleczny rumak ze stoickim spokojem dogalopował pod górkę i stanął czekając aż pozbiera się zastęp 😉 później go długo szukałam, wiem że teraz stoi przy wschodniej granicy na wpół zapomniany przez właściciela.

Ale jedna, jedyna klacz dała mi się pokochać. Latem 2005 roku szukałam pracy za jazdy, trafiłam do małej stajni kawał za Górą Kalwarią. Za kilka dni miałyśmy się przenieść pod Warszawę. Było tam kilka koni, ale po pierwszych jazdach tylko jeden z nich zapadł mi w serce. Tak zaczęła się nasza niespełna dwuletnia przygoda z Pobiedą. Pierwszy raz mogłam szczerze pokochać jakiegoś konia. Ona była oazą spokoju, uczyła mnie jazdy, obchodzenia się z końmi, tolerowała moje wybryki. Jedynie przełamania mojego strachu ( wtedy już kwitnącego na dobre) przed terenami nie dałam szansy jej pokonać. Nauczyłam się wcierek, wiele tygodni nie jeździłyśmy tylko oprowadzałam ją w ręku na spacery z powodu problemów z nogą. Poznałam co to znaczy, kochać za to, że istnieje a nie za to że mogę jeździć. Pierwsze kąpanie konia, pierwsze robienie meszu, pierwsze dopasowanie siodła, poznawanie budowy kopyt- to wszystko było z nią i dzięki niej. Słowa nie opiszą jak wiele dla mnie znaczyła ta kobyłka. W końcu jednak nie było mnie stać na płacenie za nią, po prostu się nią opiekowałam. Życie jednak plącze najprostsze ścieżki, niestety po niecałych dwóch latach musiałyśmy się rozstać z powodów ode mnie nie zależnych, później już miałam zdrowe młode konie, ale żaden nie odegrał w moim życiu takiej roli jak Pobiedka... Na szczęście ma dobrą właścicielkę, której gorąco wierzę, że zawsze będzie się nią zajmować tak jak Biedka zasługuje.
Nie opisze tutaj pierwszego konia, bo nie pamietam nawet ktory to byl ( 😡 ). Zdecydowanie jesli pomysle o ,,koniu nauczycielu" mam przed oczami klacz Drabę, ktora nauczyla mnie wiele. Nie chodzi tylko o wprowadzenie w swiat zawodow, wyrwanie z tej typowej rekreacji, ale takze o to, ze nie wolno sie poddawac i ze konie to jednak duze, silne i majace swoje zdanie zwierzeta  😁 Wspanialy kon, kochajacy skoki. Poczatkowo bano sie mnie na nia w ogole wsadzac bo byla strasznie temperamentna, brykajaca itd. a ja mała i chuda. jesli chodzi o skoki, to sama zawsze wyliczala sobie odskok i osobnik lat 12-13 niewiele mial do powiedzenia - pozostawala tylko siedziec i czekac ( niedlugo bo predkosc osiagala zawrotna)  😁  nauczyla mnie widziec i czuc odleglosci, mimo ze nie pozwalala mi sie regulowac. Pokazala czym jest wygrana, ale takze porazka kiedy medal jest na wyciagniecie reki na moich pierwszych wyjazdowych zawodach na mistrzostwach okregu ( to sie nazywa skok na gleboka wode  :hihi🙂. Po upadku na ww mistrzostwach ( w ostatnim konkursie drugiego dnia) mialam uraz do skokow i nie skakalam calutki tydzien - noge mialam do połowy fioletowa bo rozwaliłam sobą stojak. Pozniej przez rok skakalam bardzo asekuracyjnie.  Na moich pierwszych zawodach zrobila ZA MNIE licencje - ja tylko siedzialam  😁 Złapała za mnie lisa na hubertusie - rowniez tylko siedzialam i wyciagnelam reke. Miala to do siebie, ze skakała, skakała a nagle stwierdzala ze nie bedzie i robila taki numer, ze odbijala sie juz przednimi nogami i robila w powietrzu zwrot w bok... dosc trudno bylo to wysiedziec bo robila to przy duzej predkosci, ale spadłam z niej tylko raz. niestety problemy z nogami ( trzeszczki) wykluczyly ja z dalszego sportu. Teraz tupta sobie czasami w rekreacji nierzadko pod 6-8 latkami i jest uosobieniem ( ukoniowieniem?  :hihi🙂 cierpliwosci i spokoju. Oprocz tego spelnia sie jako mamusia z czego jest bardzo szczesliwa, bo zawsze jak w boksie obok byl zrebak, a ona swojego nie miala to byla obrazona. w ogole jest to kon ktory sie obraza - serio. W zyciu czegos takiego nie widzialam. Jesli cos jest nie po jej mysli, to stawala zadem do drzwi boksu i udawala ze nie slyszy, nic nie widzi i nie pozwalala wchodzic do srodka bo nie dawala sie przesunac. Marchewki i cukier nie wystarczaly  😁 Odwazna, ale zawsze musiala obfukac wszystko, caplowała strasznie i nierzadko lubila sobie puscic porzadka serie barankow. Stalo sie tak, ze kupilam jej syna i mam nadzieje ze da mi tyle rodosci co ona. Niestety charakteru nie odziedziczl ani po mamusi, ani po tatusiu czego zaluje, bo lubie konie ktore sa... szalone i nieprzewidywalne ( i maja *rwiki w oczach  :emoty327🙂. Cecha charakterystyczna, ktora przekazuje wszystkim swoim dzieciom sa wielkie długie uszy ( slynne helikopterowate Przedświtowskie uszy  😁 ), łazikowanie po boksie. Oprocz tego sa odwazne i skoczne
moje pierwsze zawody - konk. licencyjny


tutaj z tego samego dnia z Lki z rozgrywka 2 msc, za moim owczesnym trenerem






wiele koni moglabym tutaj opisac, ale mysle ze to jest ten najwazniejszy 🙂


hm.. edit. po chwili namyslu musze dopisac tu jednak jeszcze pare koni. Moze nie chronoligicznie ale tak jak mi przyjda do glowy:

zdecydowanie moj biegajacy kabanos Kros, ktorego historia nie bede was juz zanudzala. Kon ktory nauczyl mnie widziec oczami konia, sluchac koni, obserwowac, analizowac, rozwiazywac problemy praktycznie bez slow - samymi gestami. Nigdy nie bylam na zadnym kursie, szkoleniu, wykladzie, nie przeczytalam zadnej ksiazki o naturalu poprostu robilam to, co uznawalam w danej chwily w pracy z nim za stosowne. Nauczylam, ze czlowiek wcale nie rowna sie praca, dzikie galopy, bicie i krzyki. Bylam cierpliwa, ale on wytresował mnie tak, ze teraz nic mnie nie ruszy - jestem oaza spokoju  😁. a jak czuje ze wybuchne zaraz ( baardzo trudno jest koniowi doprowadzic mnie do takiego stanu ale raz - dwa w roku sie dazy) to poprostu wychodze na minute, dwie, trzy oddycham albo ide pobiegac i wracam uspokojona. A jako ze jestem uparta jak osiol a sercem skoczek, a wszyscy sie z niego smiali ze to tylko kn, to nawet ten ,,prymityw" skacze  😂





jeszcze jeden kon - Bekas - swiezo po ZT, praktycznie surowy. Ocena za skoki 2 albo 3... a mimo to (jak zwykle) ja na nim skakalam. Byl straszny, nie podnosil nog, wszystkie przeszkody rozwalal. Zawzielam sie i przez caly sezon skalalismy gimnastyki. Raz przewrocilam sie z im tak niefortunnie, ze przez trzy dni nie moglam siedziec, lezec ani stac. jechalam tylko na lekach przeciwbolowych i po nocach platalam sie po domu bo bol byl okropny - ale rodzicom sie nie przyznalam  😵 po tym upadku zaczal troche podnosic nogi i... nawet wystartowalismy w jakiejs LLce na zawodach w naszej stajni 😉






oprocz tego Mania kf, na ktorej mialam pierwsze niekontrolowane galopy, dropia młp ktora zrobila mi niezla szkole rodeo - dzieki niej zadne brykanie nie jest mi teraz straszne i wiele wiele innych koni, bo kazdy nauczyl mnie czegos innego.
Dawno temu Burza chciała znaleźć podobne tematy ze starej Volty. Oto one:
Wasz pierwszy rekreacyjny koń - http://www.voltahorse.pl/forum/viewtopic.php?f=1&t=2808&hilit=akryl+pierwszy+ko%C5%84...
Zdjęcia waszych pierwszych koni - http://www.voltahorse.pl/forum/viewtopic.php?f=1&t=4242&hilit=akryl+pierwszy+ko%C5%84...
... a ja chciałam tylko napisać, że świetnie się czyta ten temat 🙂
poza moim oddanym przyjacielem i nauczycielem, moim własnym, ukochanym Wichrem, duży wpływ na moje życie miały dwa konie.

Baszara - xo, ur. 12.04.1999r., Baszta xo / Dresk xo, hod. SK Kalników.
byłam do niej naprawdę przywiązana i ufałam jej niemal bezgranicznie. łączyło nas coś naprawdę głębokiego. zajebiście odważna, bystra i cholernie uparta. w tereny niezastąpiona, z takim przyspieszeniem, że klękajcie narody, byla w stanie nawet w zapamiętaniu przeskoczyc asfaltową drogę. wlazła w każdą wodę czy inne dziadostwo. specyficzna do jazdy przez sztywnośc na prawo i duże ograniczenie ruchowe. skoki na Baśce to byla walka o przetrwanie. tup.tup... ile było mordęgi i stresu... raz nawet w ferworze walki wykonałyśmy fikołka do tyłu😉 do tej pory zastanawia mnie ta jej sztywnośc. czasem nic nie dało się zrobic, nie rozciągala się wcale, przewalała nad przeszkodami. 1,20 bylo tak nieosiągalne, że do tej pory pamiętam radośc, kiedy raz je pokonałam, oczywiście w koszmarnym stylu, bo Baśka do skoków ani ujeżdżenia, ani tym bardziej do zaprzęgu serca ewidentnie nie posiadała, chociaż ustępowania na niej robilam xD. taki bardziej ułański koń. szabelkę i hejaaaaa po polach. każdy długi teren był udany. do tego jej uroda - mimo tego jednego ślepego oka, tytul miss stajni miała w kieszeni. skarogniada, dumna, wysoka, harmonijnie zbudowana. do tego, pamiętam, zawsze straszny był z niej żarłok. otwierała sobie boks zawsze, choz zamykaliśmy go na wszelkie sposoby, dopiero przy śrubie się poddała. raz wylazła w nocy, pożarła pół worka owsa i potem byla doprowadzona do porządku dwa tygodnie, na kroplówkach. są takie momenty, że bardzo za nią tęsknię. kiedy przypomnę sobie te wszystkie wspaniałe chwile, które mi dała, chce mi się po prostu, w sposób bardzo infantylny, wyc...! z całego serca chciałabym, żeby Baszarka zaznała spokojnej emerytury na zielonej trawce, gdzie mogłaby ustawiac kobyły ze stada do pionu, jak to zawsze robiła. brakuje mi jej, teraz dopiero uświadomilam sobie, jak bardzo. moja pierwsza i jedyna jak dotychczas końska przyjaciółka, bo zawsze wolałam chłopów. drugiej takiej kobyły w życiu nie znajdę...
wiem, że żyje i póki co ma się dobrze.




Czaprak, ogier wlkp, ur. 1994r., Unitra wlkp / Czagos wlkp
kochane, szczere konisko. wszyscy się go bali, a jak już ktoś wsiadł, to zaraz zsiadał, bo chłopak miał jakąś kontuzję i zamiatał zadem na jedną stronę, przez co był oszałamiająco niewygodny. grzeczny, energiczny, przesympatyczny, przekochany koń, który nauczył mnie cierpliwości, wyrozumiałości i dzięki któremu przestałam bac się ogierów. także dzięki niemu pokochałam zaprzęgi, do tej pory pamiętam, jak cudwonie wyrzucał nogi do przodu, zaprzęgnięty go pojedynki. to jedyny srokacz, który mi się kiedykolwiek naprawdę podobał.
rozstaliśmy się dawno temu, obecnie stoi w lubuskiem i spełnia męskie obowiązki. chciałabym go kiedyś odwiedzic.

Koń którego ledwo pamiętam, moja kochana Panama. Byłam mała gdy rodzice się rozwiedli, a ona znikła. Płakałam, śniła mi się, a ja się budziłam z płaczem. Nie raz gdy byłam sama w domu to w kącie płakałam. Praktycznie przecież powinnam jej nie pamiętać, a jednak. Wspomnienie które zachowała mi się bardzo trwale choć zamazane był galop na jej grzbiecie. Zawsze gdy sobie to przypominam widzę jej falującą grzywę i obraz, który po bokach jest rozmazanymi prędkością drzewami, wiem że tato siedział za mną, a ja się śmiałam. Zaczęłam jej szukać w internecie. Chyba z dwa razy dostałam znak od kogoś o jakiejś srokatej klaczy, ale to nie była ona. W końcu wchodzę na volte w wiadomości. Patrze, znów ktoś prosi o kontakt bo zna Panamę. Znowu serce bije ponad normę. Ta osoba wysyła mi zdjęcia. Tak! To moja Pam! Taka inna, ale to dalej moja Panama! Płakałam przed monitorem. Okazało się że jest chora, ma coś z kręgosłupem, jest na emeryturze. Stoi teraz w fundacji. Szkoda tylko że tak daleko. Teraz tylko czekam aż będę mogła tam pojechać, uściskać, przytulić się. W dalszym ciągu jak o niej myślę i o tym co mogło się jej przytrafić (np. rzeź) stają mi łzy w oczach, a gardło zaciskało mi się nawet to pisząc. Może nie nauczyła mnie nic z jazdy, ale to z nią mam takie mocne związanie emocjonalne, tak bardzo ją kocham.

Cud. On nauczył mnie że należy być bardzo cierpliwym. Kiedy po galopie uświadomiłam sobie że ja na nim zagalopowałam to po prostu miałam ochotę się śmiać na cały ośrodek (mało kto na nim dał radę zagalopować, co dla mnie było niewiarygodne że ja prawie bez problemu go rozbujałam). Pogłębił to że należy przy koniach uważać, że on nie jest pieskiem do kochania, który najwyżej uszczypnie ząbkami. On potrzebowała jasnych informacji o tym że to ja tu żądze, nigdy mnie nie ugryzł mimo że miał opinie gryzącego. Był koniem do pchania, ale mimo to potrafiłam się nim dogadać i zastawialiśmy zastęp z tyłu. On idąc po kałuży stawiał nogi tak, by chlapać na około błotem, i wcale nie obchodziło go że jego jeździec (czyt: Ja) ma właśnie piękną jasną, świeżą bluzkę 😁. Wiele razy odbywały się w ciągu tych dwóch tygodni między nami kłótnie. Ale i tak jedną godzinę z dwóch zawsze spędzałam na jego grzbiecie. I mam nadzieje że w następnym roku też będę mogła na nim jeździć. Udało mi się nawet na nim skoczyć malutkiego krzyżaczka 😁, co było dużym wyczynem, musiałam się sporo namęczyć (i spocić :lol🙂.
Kurczę, uczyłam się jeździc na wielu, wielu koniach, ale zaledwie 3 odegrały największą rolę w mojej edukacji:

Ikar NN (od którego częściowo pochodzi mój nick, a nie, jak niektórzy sądzą, od Ikarusów :hihi🙂

Koń, który był dla mnie kubłem zimnej wody, kiedy wydawało mi się, że jestem wszechwiedzącą specjalistką. Nauczył mnie najważniejszego - pokory. Ile razy z niego zleciałam... Mimo to był moją wielką "miłością". Na nim po raz pierwszy skakałam jakieś poważniejsze przeszkody. Kochał skakac całym sercem. Czasami okazywał to tym, że ponosił mnie i przeskakiwał ze mną przez płot ujeżdżalni, kiedy nie daj Boże próbowałam zrobic mu jazdę desażową. Niestety, pewnego dnia przyszłam do stajni i go nie było w jego boksie. Został sprzedany za moimi plecami 😕

Bolero (mam nadzieję, że właściciel się nie obrazi) rasa: Sp, matka: Baltona po Bojkot (mama Bataliona) ojciec: Historyk

Największy miś pluszowy, z jakim miałam się okazję spotkac. Bardzo dobrze ujeżdżony, sympatyczny charakter.  Dzięki niemu zawdzięczam mój obecny stajenny przydomek "Dressage diva". Bardzo się cieszę, że dane mi było obcowac z tak cudnym koniem.

Ark Lion, rasa KWPN/Irlandzka matka: Noble Lion, ojciec: VDL Arkansas

Ten koń dał mi dopiero szkołę życia!!! Najtrudniejsza kobyła, jaką przyszło mi jeździc! Przez pierwsze 2 miesiące musiałam jeździc ją na martwym wytoku, w innym przypadku dostałabym jej łbem w nos. Mimo to koń - marzenie do krosu i na parkur, jednak ponieważ miałam nią jeździc wkkw, nieźle się namęczyłam z dresażem.
Było ciężko, ale po całym sezonie mamy na koncie parę małych i dużych sukcesów. To ona wprowadziła mnie w świat zawodów.
No, i w grudniu będziemy w telewizji 🏇


było kilka takich koni..na których siedziałam pierwszy lub kolejny raz w życiu.
jednak najbardziej pokochałam Lotara. bułanego ogierka..miał coś z arabka...typowy kucyk..i najlepszy charakter jaki można sobie wyobrazić. w sumie nawet nie był zajeżdzony..wiecie jak to na wsi. ktoś wsiada..zakłada siodło ogłowie..i jedzie. ja starałam się z nim pracoać tak jak się powinno..wdrażać coraz to nowsze elementy itd..charakter miał cudowny..akceptował każdego na swoich grzbiecie..czy ważył 30 kilo...czy 80. nigdy mi nie bryknął.nigdy mnie nie kopnął..jeden jedyny raz z radości mnie poniósł w terenie..jeden jedyny raz.
smutno mi o tym mówić..pisać. któregoś dnia przyszłam do stajni i go już nie było. sprzedany. lecz teraz..po przeszło 8 miesiącach go odnalazłam. i bardzo się ciesze z tego powodu. 🙂


Ja pierwszy raz w życiu siedziałam na Maxie na Wrocławskiej Grobli. Ja miałam ze 130cm on ok 180  😁 Swoją drogą, ktoś wie co się z nim dzieje ?

Drugi był mój kuc. Pierwsze kłusy, galopy i zawody towarzyskie. Hak xx. Przywieziony z Rosji, bywał wstrętny, ale i kochany. Aktualnie ma 19 lat i obija się na emeryturze. Mam pare zdjęć z samych początków, ale nie mam jak na komputer wrzucić. Miałam go 9 lat.


No i teraz aktualne stadko 😉
Sprzedałaś Haka? Ja pamiętam jeszcze czasy jak jeden z wrocławskich wetów jeździł na tym koniu rajdy 🙂
epk miałam taki zamiar, ale ostatecznie oddałam go Panu pod Wrocławiem razem z kucykiem sztlandzkim stoi i się obija 😉 Rajdy chodził za czasów jak stał u Pana ... nie pamiętam nazwiska  😡 tego od arabów 😉 Trochę mu to zdrowie nadpsuło: zęby i wrzody, ale trzyma się dzielnie.
A to akurat dla niego dobrze 🙂
epk zasłużył sobie 😉 Po rajdach, rekreacji i mnie należała mu się emerytura. Zresztą charakterek ma ciężki. Potrafi sobie poradzić z mniej sprawnymi delikwentami na swoim grzbiecie w bardzo skuteczny sposób  😎
.
[quote author=neśka link=topic=7435.msg577987#msg577987 date=1273151887]
ona młoda miała z 2.5 roku a ja wtedy ok.5 i powoli na nią siadałam na parę kółek,
. Pamiętam, że jak miałam 11 lat to pojechałam na niej wierzchem na hubertusa (ok.70 km od naszego domu) i w dwa dni zrobiłam na niej ok.150 km, bo jechałam całą trasę + gonitwę.

[/quote]

ogolnie histroia piekna ale chyba nieco podkoloryzowana...  🙄
.
neśka, ciezko jest wogole zrobic wierzchem 70km jednego dnia. tzn da sie, ale jest ciezko i nie sadze, zeby 11 letnie dziecko dalo rade. a skoro byly postoje to wybacz, ale po ciemku gleboka noca chyba jechaliscie.
a jesli ktos sadza 5 letnie dziecko na niezajezdzonego konia, to czy to jest jazda, czy tylko siedzenie na nim, jest to wielka nieodpowiedzialnosc.
.
Wiesz katija, znam kobietę, która ujeżdżała młodego ogiera sadzając na nim swoje dziecko (było to jakieś 20 lat temu). Ludzie czasem robią takie rzeczy. Mądre to nie jest. Nie mówię, że jest. Ale się zdarza. Dodam, że wszystko dobrze się skończyło. Koń był świetnym wierzchowcem - teraz zbliża się do emerytury. A dziecko zostało świetnym jeźdźcem i instruktorem jazdy konnej🙂
A ten wątek nie jest do krytykowania, a do wspominania🙂
Pomyślmy... gniady... arabofiord... w typie arabskim... ze stadniny w Janowie Podlaskim...
Jeśli komuś się chce - można zadzwonić, bo księgi hodowlane na pewno są prowadzone.
A świstak siedzi...
Tak, ten wątek jest do wspominania, a nie do opowiadania banialuk.
Konia, na którym zaczęłam pobierać pierwsze lekcje jazdy konnej nie pamiętam, gdyż swą końską przygodę zaczynałam na obozie jeździeckim i tam przewinęło się wiele koni.
Kiedy wróciłam z owego, 2-tygodniowego obozu, pragnęłam dalej kontynuować naukę jazdy. I trafiłam do małej, przydomowej stajni, gdzie poznałam Bliznę- wielką, ciemnogniadą klacz, matkę konia, którego obecnie jeżdżę.
Przyznam, że nie był to zbyt łatwy koń do nauki poczatkujących. Kobyłka, gdy miała zły dzień, potrafiła skutecznie wykorzystać niezaradność jeźdźca i robiła wtedy to, co sama uważała za słuszne, czyli buntowała się i odmawiała dalszej współpracy. Jednak z natury nie była złośliwa- często wykazywała się wyrozumiałością i można powiedzieć, że też i życzliwością wobec jeździeckiego nowicjusza. 
To właśnie na Bliźnie przeżyłam swój pierwszy galop- pamiętam, że miałam zagalopować na wolcie i udało się! Poszła takim wolniutkim galopkiem-adekwatnym do sytuacji, tylko ja jeszcze nie miałam tej koordynacji i troszkę sobie obiłam pupkę 😉
Swoje pierwsze skoki przez przeszkody też wspomnę- wiadomo, nie były to jakieś powalające wysokości, bo i koń dość wiekowy i ja nieumiejętna, ale instruktor ustawił z 50 cm krzyżaczek, gdzie Blizna przeskoczyła go z zapasem, a ja zturlałam się przez szyję prosto przed jej nos 😀

Po jakimś czasie, pragnąc spróbować nowej przygody, przeniosłam się do ośrodka gdzie indziej, potem jeszcze do następnego (a że nie byłam z tego postępku zadowolona  to już inna bajka).
W zeszłym roku, po ok. 3,5 latach postanowiłam wrócić na stare śmieci i teraz znów jeżdżę w tej samej stajni. Blizna jest już sędziwiutką babcią (myślę, że ma teraz z 24-25 lat), trochę też chorowała, co po niej niestety widać, ale nadal jest bardzo żywotna. Rzecz jasna, pod siodłem już raczej nie chodzi, ale energia się w niej kumuluje aż zanadto i czasem można zaobserwować jakie hece odstawia na pastwisku 😉
Fotkę Blizny mam tylko jedną i to dość niewyraźną...
.
Halo, Janów hodował arabo-fiordy, a raczej hodował fiordy i krzyżówki czasem się im zdarzały. Z reguły te mieszańce są bułane, ale spotkałam już gniade, kare i siwe. Lubię te krzyżówki i tak jakoś wyszło, że życie często mnie z nimi łączyło.
A masz może zdjęcie jakiegoś "sierściucha" (tak je nazywaliśmy, gdy byłam młoda) w typie arabskim?  😍
Ja gdzieś mam halo i to własnie z Janowa - poszukam fotek i zeskanuję 😉

Co do tematu - koni było wiele, ale te które zapadły mi szczególnie w pamięć, to przede wszystkim matka mojego konia - Bajka xx. Specyficzna kobyła po torach, dla mnie - 11letniej dziewczynki w obsłudze raczej niezbyt bezpieczna, ale pod siodłem był to kochany koń. Na niej zaliczyłam pierwsze zagalopowania czy skoki. Była też pierwszym koniem, którym się 'opiekowałam'.

Potem był rudy Hikor - koń od klepania dupogodzin 🤣 Skakałam na nim pierwsze parkurki i pierwsze wyższe przeszkody i za jego anielski spokój i cierpliwość jestem mu bardzo wdzięczna.
Był też w tej samej stajni pewien Gniady, który do dziś nei wiem jak sie nazywał - trudny koń, szczególnie wtedy dla mnie, bardzo dużo mnie nauczył jeśli chodzi o działanie ręki w czasie jazdy na zaszarpanych koniach.

W tamtych czasach pojawiła się też Branka(a właściwie wczesniej, ale tamte konie wciąż były obecne  jak ją już miałam) - dostałam ją mając 15 lat, miała chyba 4 lata, ja mało pojęcia o pracy z młodymi końmi. Było różnie, raz lepiej raz gorzej, ale nauczyłam się od niej bardzo wiele - niestety pewne rzeczy zaczęłam doceniać bardzo późno. Na początku byłam zbyt zarozumiała by dostrzec jaki wspaniały jest to koń biorąc pod uwagę, że w takim wieku i z tak małym doswiadczeniem(mówię os obie) dała mi sie zajeździć, nigdy nic poważnego mi nie zrobiła i jeszcze śmigała pode mną grzecznie konkursy(oczywiście wszystko pod okiem trenerki).

Potem były 3 konie w Irlandii w różnych stajniach - jeden to connemara Clyde - cwany, ale cudowny do jazdy koń, który nauczył mnie przede wszystkim konsekwencji - bo bez niej na tym koniu, to można było zostac na najbliższym krzaku  🤣 Był też wałach po torach - Beauty. Bardzo wrażliwy koń, dał mi solidną lekcję łagodności.
Był tez Bill - koń, który przy każdym wyprowadzaniu na padok czy do karuzeli miał plan rozwalić mi głowę kopytami. Lubił też np odsadzać się przy siodłaniu na zawodach tak, że potem człowiek kilka dni ledwo ruszał ręką. Wkręcanie haceli było w ogóle najzabawniejszą czynnością, bo się dosłownie fruwało. A spacer wierzchem? chyba lot w kosmos 😂
Dogadaliśmy się jednak - tak jak zostało mi odgórnie nakazane - spokojnie, łagodnie, delikatnie. Ale i stanowczo.

Teraz też jest pewna kobyła(jej stajenna ksywa to Kiełbasa, prawdziwego imienia nie znam), z którą pracuję w miarę regularnie i dała mi już niejedną lekcję. Przede wszystkim tego, że im silniejszy koń, tym mniej sensu ma używanie siły przez człowieka. Za każdym razem mam też wrażenie, że 'robi mnie w konia' 🤣 cudowne zwierzę tak naprawdę, szczególnie do jazdy bardzo przyjemna, ale cholernie wymagające od człowieka - przede wszystkim myślenia...
w moim życiu też było wiele różnych koni ale jedna kobyła odegrała w nim dużą rolę- Aura rasy śląskiej , wszyscy mówili na nią Karuzela. Poznałyśmy się w sk kalinówka ja jeździłam tam na obozy a ona była tamtejszym rekreantem dupoklepem który nie pogodził się z własnym losem.  Była po prostu wredna potrafiła ugryźć i kopnąć przy obsłudze z ziemi na początku strasznie się jej bałam ale z czasem okazało się że to normalny koń tylko po prostu nie lubi obcych, nauczyła mnie przedewszystkim cierpliwości i podejścia do "złośliwych" koni. w jeździe też mi dała szkołę życia był to koń raczej do pchania ale pierwsze stajniane zawody w sokach i parkur przejechany na czysto były tylko dzięki niej. Ale niestety pewnego razu gdy przyjechałam do sk kalinówki dowiedziałam że się od właściciela że sprzedał Karuzelę i za tą kasę zrobił sianokiszonkę na zimę, ryczałam jak bóbr chyba przez tydzień jechałam na uspokajaczach na ale w końcu przeszło zostały tylko miłe wspomnienia.
Dzięki tej kobyle zrozumiałam że ślązaki to najlepsze konie na świecie i zapragnęłam mieć swojego. Kupiłam młodą wredną kobyłkę( nie miałam tego w planach to było pod wpływem emocji) która po wielu latach wreszcie dała się wychować a pierwszego źrebaka po niej nazwałam na pamiątkę Karuzela. Dzięki Aurze-Karuzeli udało mi się wychować moją wredna małpę za to jej dziękuje.
mój pierwszy koń nauczyciel to jakby niepatrzeć dalej mój obecny koń  😉

Kogorta ur.1990r.
Poznałyśmy się w 2000r. Wcześniej już ją widziałam ale jeździłam wtedy na kucu. Jak już zaczynałam to pracowała w rekreacji i kilka LLek przekłusowała  😁
To na niej pierwszy raz galopowałam (nie licząc kuca), jakieś podskoki próbowałam itd. Zawsze była cierpliwa.
Najważniejsze dla mnie to, że nauczyła mnie kochać konie. Kochać nie przemotowo bo o koń to do jeżdzenia. Ale po jej wypadku. Poczułam ,że jestem z nią związana jeszcze bardziej. No i ona w sumie może ze mną też chociaż czasem się nie przyznaje  😎
Tylko jej ufam na tyle. Chociaż zrobiłą sie leniem i jest obrażona jak ma pochodzić to i tak  czuje ,że nie chce dla niej krzywdy.
Są tez i były inne konie ale wiem ,że nawet jak jej zabraknie to zawsze będe ja wspominać z uśmiechem i łzami w oczach. Bo tyle razem przeżyłyśmy. Poznałam koński świat z jej grzbietu, starałam się jak mogłam pomóc jej po wypadku.
Cóż może troche na słodziłam o niej. Ale to z tej bezgranicznej końskiej miłości do niej 😉


No i nie moge zapomnieć o kucynce Samancie.  🙂 Tak nauczyła  mnie też wiele. Oprócz samej jazdy itd. To tego ,że na jazdach trzeba być uważnym. Bo chwila nieuwagi i kucyk może zostawić Cie na płocie  😁

Jeszcze kilka koni by się znalazło na pewno.
moim pierwszym koniem nauczycielem, wielką końską miłością był szkółkowy angloarabski wałaszek o imieniu Dżinn (ur. 05.02.1997)
szkółka w której jeździłam była malutka - 4 koniki rekreacyjne. Dżinn jest koniem dość charakternym, podczas czyszczenia i siodłania trzeba było bardzo uważać, gdyż nie tolerował prawie nikogo, lubił ugryźć i bardzo często straszył. czyściła go zwykle instruktorka (i właścicielka), albo pilnowała go, gdy robił to uczeń. podczas jazd też pokazywał różki - bryknięcia, odskoki. z drugiej strony jeżeli czuł, że jeździec nie jest bardziej zaawansowany i nie wymaga, to stwierdzał że nie ma się co wysilać i czasem trudno było na nim zakłusować, jeżeli nie było się konsekwentnym. w skrócie konik dla bardziej zaawansowanych, na początku dla mnie nieosiągalny. pierwszy raz siadłam na niego przypadkiem - jechaliśmy w teren, a klacz na której zwykle jeździłam w tereny, Erna, miała problem z nogą. pamiętam wielki strach czy sobie na nim poradzę i później radość, gdy instruktorka mnie pochwaliła, że sobie na nim poradziłam. od tego czasu coraz częściej dostawałam go do jazd.
jako że szkółka była mała, instruktorka tworzyła sobie "załogę", czyli jednego opiekuna do każdego konia. zadaniem takiego opiekuna było przyjeżdżanie do konia jak najczęściej, czyszczenie przed jazdami, siodłanie, oprowadzanie i czyszczenie po jazdach. nagrodą były darmowe jazdy. zaczęłam ubiegać się o stanowisko opiekuna Dżinna, chociaż zdawałam sobie sprawę, że będzie ciężko, a mogłabym wybrać sobie każdego innego konika spośród tej czwórki, bo był to okres czasu, gdzie stara załoga wykruszyła się. jednak wiedziałam to ten malowany kasztanek, którego wszyscy się bali, to właśnie ten 😉 po roku starań udało się - zostałam oficjalnym opiekunem Dżinna ;D
cały czas gdy byłam z nim docieraliśmy się nawzajem. raz było lepiej, a raz gorzej. mam nawet na ramieniu bliznę od ugryzienia. ale w końcu osiągnęliśmy to, że do grona osób, które w 100% akceptował w swoim stanowisku (właścicielka - instruktorka i jej tata, który zajmował się karmieniem) dołączyłam i ja 🙂 tworzyliśmy naprawdę zgraną parę. pozostał dzikusem, ale pozwalał na coraz więcej, łagodniał. w jeździe ciągle był typem "niepokornym", ale kiedy ja wsiadałam na niego widać myło, że byliśmy to MY, nikt inny 🙂 głupie radości, typu zagalopowanie ze stój, kiedy innym rozpędzał się do niewyobrażalnego kłusa, ale za nic nie chciał galopować. pierwsze skoki, kiedy innym zatrzymywał się, albo spływał. z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że ten koń nauczył mnie jeździć i kochać. w pełni zrozumiałam znaczenie słów "nie kocha się za coś, ale pomimo że" nauczyłam się cieszyć z drobiazgów 🙂
byliśmy ze sobą przez blisko 5lat. teraz cały czas go odwiedzam 🙂 z ręką na sercu mogę powiedzieć, że te 5lat spędzone z Dżinnem i całą Załogą to jedne z najpiękniejszych chwil w moim dotychczasowym życiu 🙂
dużym sentymentem darzę też resztę koników ze szkółki - Iskrę, Brendę i Ernę.

Dżinn


zima 2007


w październiku tamtego roku, po zdaniu w sierpniu odznaki, postanowiłam się przenieść, aby jeszcze się czegoś nauczyć. i tak trafiłam do Szwadronu Rzeczpospolitej Polskiej im. V Pułku Strzelców Konnych stacjonującego przy SO Klikowa. jeździłam razem z ułanami, trafiałam na różne konie, ogiery ze stada. najmilej wspominam klikowskiego Sprinta (sp. ur. 1995) i Elfa (młp. ur. 1998). na Elfie pojechałam pierwszego Hubertusa, to on pokazał mi, ile jeszcze muszę się nauczyć. często schodziłam z niego z płaczem, ale przez te kilka miesięcy nauczył mnie uporu w dążeniu do celu 🙂

zdjęcie z Hubertusa, my najbardziej po prawej


"kto nie miał kasztana ten nie miał gałgana" - po tych koniach w 100% zgadzam się z tym powiedzeniem 🙂
zawsze miałam sentyment do kasztanów. byłam pewna, że kiedyś, gdy będę miała własnego konia, to na bank będzie to kasztan. jednak życie płata figle i obecnie najważniejszym koniem w moim życiu jest mój własny, siwy Bazyl 😉 (NN, ur. 2006)
Dla Halo

Dragon - 3/4 arab i 1/4 fiord: http://www.bazakoni.pl/horse_65966.html
i jego mama Draga - 1/2 arab i 1/2 fiord: http://www.bazakoni.pl/horse_32645.html

Półsiostra Dragi - Wraga - bardziej arabska: http://www.bazakoni.pl/horse_65775.html

I jeszcze Daria - 1/4 fiord, 1/4 arab, 1/2 anglik: http://www.bazakoni.pl/horse_71016.html

Same wspaniałe konie.
Draga jest na zdjęciu ze mną. Draga nie była "moim pierwszym koniem", ale wiele jej zawdzięczam. Na niej nauczyłam się jeździć na oklep i za jej sprawą znalazłam w sobie tyle wiary, by podejść do egzaminu jeździeckiego przed kursem hipoterapii. Teraz pracuję jako hipoterapeuta🙂
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się