Oglądało się bardzo przyjemnie, pomimo poważnej tematyki. Odprężyć, nie odpręży, ale "wysysaczem życia" w rodzaju "Idź i patrz" nie jest. 🙂 W sumie jednak, to nihil novi - nie jest to jakieś szczególnie doniosłe osiągnięcie kina anty-wojennego (bo przesłanie raczej debatowalne nie jest 😉).
Niektóre rozwiązania fabularne trącą przez to naiwnością. Rzekomo "oparte na faktach"... ale jakoś nie chce mi się wierzyć, by autor scenariusza trzymał się kurczowo faktycznego przebiegu zdarzeń. Przy czym można dyskutować, czy jest to wada - pewnie znajdzie się multum jednostek, którym fabuła bardzo do gustu przypadnie. 😉
Zdjęcia/ujęcia śliczne, momentami czułem się jak podczas oglądania "Cienkiej Czerwonej Lini" Malicka. A to niezły komplement.
W sumie, największą atrakcją filmu jest to, że jest izraelski i toczy się w Libanie w roku 1982-im.
Generalnie, to "Liban" jest
sporo lepszy od "Beaufort". Jakoś trudno mi porównać do "Walca z Bashirem" - w końcu Bashir był paradokumentalną animacją... ale "Liban" wyrwał na mnie mniejsze wrażenie.
Taka solidna szkolna "czwórka" jak dla mnie. Warto obejrzeć, chociaż jakoś wielkiej duchowej straty z tytułu odpuszczenia sobie nie poniesiesz.
Muszę zdobyć "Kippur" bo jeszcze nie miałem okazji obejrzeć: