nymeria: Ja się z Tobą teoretycznie zgadzam.
Instruktor bezwzględnie musi być dobrym pedagogiem, może nawet psychologiem. Ale są pewne granice.
Instruktor nie jest nauczycielem w szkole, ani psychologiem szkolnym. Do szkoły chodzić trzeba, a na naukę jazdy konnej nie 🙂
Jeśli dziecko ma jakieś problemy psycho-emocjonalne, to można je zapisać na hipoterapię, tam się nim zajmą fachowo i będą wozić godzinę stępem, albo stać w miejscu i robić ćwiczenia "a uśmiechnij się do konika, bo jak nie to konikowi będzie smutno, a dosięgnij do uszka, a pogłaszcz po zadku... bla bla bla..." 😉
Moim zdaniem nawet jeśli instruktor jazdy konnej jest świetny w niańczeniu dzieci, to nie do końca od tego jest.
Oczywiście każdy przypadek bojącego się, czy marudzącego dziecka jest inny i nie można tu generalizować.
Ale tak jak już powiedziałam: Są pewne granice.
Tak w ogóle, to zauważyłam, że za granicą jazdy dla dzieci są prowadzone zupełnie inaczej niż u nas.
W Anglii, Irlandii i we Włoszech widziałam dobre przykłady. Mam na myśli takie dzieci poniżej 10 lat.
Przede wszystkim osobne godziny dzieciowe, nawet osobny mniejszy maneżyk, narozstawiane jakieś drążki, slalomy i zabawki... instruktor ma nawet kilka asystentek, które w razie potrzeby trochę poganiają kucyki, albo prowadzą je w ręku...
Tak to powinno wyglądać.
Moim zdaniem mieszanie małych dzieci z dorosłymi jeźdźcami to pomyłka.
Może mam lekkie skrzywienie z racji wykształcenia pedagogicznego ale nauczanie czegokolwiek właśnie dzieci obarczone jest ogromną odpowiedzialnością. Przypomnijcie sobie swoje początki, jeśli zaczynaliście jako dzieci. Ja uczyłam się podstaw jako ośmiolatka daaawno temu😉 Instruktor był dla mnie autorytetem, idolem, guru i powtarzałam ślepo wszystko co tamten powiedział lub zrobił. Wiele dzieci traktuje swoich nauczycieli bardzo poważnie a instruktor to właśnie taki nauczyciel, który ma na nie ogromny wpływ. Wydaje mi się, że warto to sobie uzmysłowić, przed podjęciem decyzji o tej ścieżce kariery. Generalnie chyba chciałabym aby została wprowadzona specjalizacja dla instruktorów prowadzących zajęcia dla dzieci i młodzieży właśnie, bo prowadzenie zajęć w tej grupie wiekowej zwyczajnie różni się od nauczania dorosłych.
Ja też jestem za. Powinni być osobni instruktorzy od małych dzieci. Ich umiejętności jeździeckie mogą być zerowe, muszą być bardziej hipoterapeutami i przedszkolankami.
Jak ja zaczynałam jeździć, jako ośmiolatka, to chyba było to jeszcze dawniej temu, bo za komuny.
Dzieci prowadziły lonże dzieciom, zjawisko zwane falą gorsze niż w wojsku, po lonży jazdy w korytarzu, a do grupy którą uczył już prawdziwy instruktor dotrwali tylko najsilniejsi 😀
Nie było mowy o marudzeniu i nie wykonywaniu poleceń instruktora.
I wiesz jak można podsumować to "dawniej i dziś"?
O tak:

Nie myślcie, że uważam, że za komuny było lepiej. Wtedy było po prostu przegięcie w jedną stronę, a dziś w drugą! 😉
A tak w ogóle, to przypomniała mi się pewna historia 😀
W pewnym znanym ośrodku jeździeckim w okolicach Torunia, wiele lat temu miał miejsce wypadek. Opowiadali go nam na kursie instruktorskim, ku przestrodze:
Jazda dla małych dzieci na kucykach, na specjalnym, małym placyku. Instruktor, kaski na głowach, kochane, grzeczne kucyczki...wszystkie zasady bezpieczeństwa dopięte na ostatni guzik, profesjonalne przygotowanie.
Ale jedno dziecko sobie spadło jakoś tak dziwnie, że zawisło z nogą w strzemieniu, ale nie po stronie tego strzemienia, tylko po drugiej.
Dziecko zaczęło wrzeszczeć i piszczeć jak zarzynane prosię. Normalnie najspokojnieszy na świecie kucyk, wystraszony wrzaskiem zaczął uciekać w kółko, dziecko wrzeszczało co raz głośniej, kucyk leciał co raz szybciej... Założony przez rodziców kask (ich własny) okazał się za duży lub za luźno zapięty i spadł.
Dziecko wisiało po zewnętrznej i waliło głową w metalowe słupki ogrodzenia placyku. Na skutek odniesionych obrażeń głowy dziecko zmarło.Dlatego nie lubię małych dzieci na koniach.
Oczywiście, nie chodzi o to, że dzieci nie mają jeździć na koniach. Niech jeżdżą. Instruktor musi sprawdzać kask i trzeba mieć bezpieczne strzemiona-koszyczki.
Tylko, że rodzice muszą się liczyć z tym, że koń to zwierzę, a dziecko to dziecko.
Któremu można powtarzać milion razy, że na koniu nie wolno wrzeszczeć. Ale dziecko nie jest w stanie w takiej sytuacji myśleć i kontrolować emocji.
Nad koniem jesteśmy w stanie zapanować, nad dzieckiem nie zawsze.
To tyle w temacie.