To może i ja się pochwalę, co prawda nie swoim koniem, ale tym, na którym stawiałam pierwsze jeździeckie kroki.

Oto Riwa. 🙂
Kiedy zaczęłam na niej jeździć miała 17 lat, teraz ma 23 i niestety nie wiem, co się z nią dzieje. Dodam, że została kupiona za śmieszne pieniądze od jakiegoś "rylnika", u którego stała na półmetrowym gnoju i pomimo zaawansowanej ciąży (10 miesiąc) wyglądała jak szkielet. 🤔 Po kilku miesiącach wyglądała już tak jak na zdjęciu powyżej; ot, jak niewiele było potrzeba - dobrego owsa i odrobiny miłości. Niestety po dwóch latach przytrafił się bardzo poważny ochwat i nagle wesoły koń, który codziennie chodził pod siodłem mógł chodzić tylko na krótkie spacery w ręku. Przeżyła to strasznie, jak dla mnie było to takie końskie załamanie nerwowe; potem już nigdy nie była taka sama, straciła całą radość i chęć do życia. Dało mi to dodatkową przestrogę w kwestii postępowania ze starymi końmi: najgorsze dla takiego regularnie pracującego staruszka jest całkowite odstawienie od roboty, wypuszczenie na łąkę, co by sobie tam dożywał ostatnich dni. Taki koń czuje się niepotrzebny, a widziałam na własne oczy i nie ma nic smutniejszego od zdrowego, silnego zwierzęcia, które straciło wolę życia.
A w stajni, w której jeżdżę obecnie mamy dwóch weteranów:
20-letniego kuca, który nadal jest wrednym małpiszonem i do tego starym wygą, który wie, jak postępować z dzieciakami na swoim grzbiecie 😁

oraz 18-letnią klacz wielkopolską, która w swoich młodych latach pokonała nie jeden parkur klasy P czy N i pomimo tego, że już dobre 5 lat wozi na swoim grzbiecie kompletnie zielonych adeptów, gdy widzi przeszkodę przypomina sobie stare, dobre czasy. 😉