Forum towarzyskie »

Kto/co mnie wkurza na co dzień?

Majowa nie zgodze się że każdy człowiek chce być kochany. Jeśli przez 50 lat nie odezwala się do żadnego sąsiada inaczej niż bluzgami, nie przytulala i nie calowala swoich dzieci argumentując że dostanie liszajow, a moja mamę wielokrotnie wyrzuciła z domu ( najczęściej jak akurat była przy końcu ciąży), mnie i mojego brata od małego wyzywala od plebsu i bekartow o ku***ch nie wspomne., to ttaki cczłowiek pragnie być kochany? (lat wtedy ok 70 więc jeszcze nie taka stara)

Nie ma złośliwych staruszek? Nasza sra pod siebie a potem się cieszy że narobila problemu. Bo umie pójść do kibla i wie kiedy. Ale jak jej śniadanie nie smakuje to potrafi tak po złości. I sama się tym szczyci.przeblyski swiadomosci u niej to powrót potwora sprzed lat. Faktycznie wielce potrzebuje miłości. I przykre to ale tu nawet nie ma jak szukać powodów do wdzięczności. No xhyba że mój ojciec jest wdzięczny za komórkę jajowa. Ta przekochana staruszeczka sprawiła że mój ojciec też potrafi być takim potworem. Dzięki bogu już mnie wydzuedziczyl i po problemie.

Edit: i nie jestem do staruszkow uprzedzona - wręcz serce mi rośnie gdy spotykam takiego ciepłego starszego człowieka z którym można porozmawiać. Z ddrugiej strony rodziny mam normalnych dziadków wymagających opieki, ale to zupełnie inni ludzie.
Escada a ja tylko zapytam - a jakie życie miała Twoja babcia? Jakich rodziców, jaką rodzinę? Bo takie zachowania nie biorą się z niczego, zawsze gdzieś jest powód. Człowiek jest jakiś, bo coś.
I tak, każdy człowiek chce być kochany. Tylko nie każdy wierzy, że może być kochany.A całkowity brak wiary w to, że zasługuje się na miłość, rodzi samobójców, alkoholików, wariatów i toksyczne potwory.
Murat-Gazon, daj spokój, przeżycia jedno, szacunek do drugiego człowieka drugie. nie muszę kogoś kochać, żeby go nie krzywdzić.
można być różnie wychowanym, ale myśleć też można. zwłaszcza, że przez całe życie jest na to dużo czasu.
Opieka nad chorym członkiem rodziny to trudny temat. Ja widzę po kilku koleżankach jak zmieniły się, gdy zostały postawione przed takim problemem. Moja współlokatorka gdy mieszkała jeszcze u rodziców i opiekowała się babcią z demencją zrobiła się płaczliwa, marudna, nieszczęśliwa, a babcię chociaż kochała to jednocześnie potrafiła nienawidzić. Teraz gdy nie mieszka już z nimi chętnie babcie odwiedza i z nią rozmawia i nie ma problemu żeby pojechać raz w tygodniu popilnować babci. Ale jak pilnowała ją codziennie to zmieniła się nie do poznania i jej emocje w stosunku do babci też były inne. Ale też mówi, że pomimo tego nie chciałaby widzieć babci w domu opieki, bo była cudowną osobą i chce mieszkać z rodziną do końca (jak ma przebłyski świadomości to zawsze to komunikuje, że nie chce być oddana). U nich jest o tyle dobrze, że jej ojciec nie pracuje, matka zawsze może się wyrwać z pracy do domu, poza tym są ciotki i kuzynki, ma się kto nią opiekować i każdy ma moment kiedy może od tego trochę odpocząć, naładować baterie.

Moja inna przyjaciółka z kolei ma chorego na parkinsona ojca, który do tego ma inne problemy zdrowotne i cierpi na ciężą depresję. Przyjaciółka pracuje, jej matka pracuje, siostra ma małe dziecko, a ojca samego w domu nie można zostawić. Ledwo wiążą koniec z końcem i czasowo i finansowo i coraz ciężej im się nim opiekować. Przyjaciółka zmieniła się strasznie przez ostatni rok, nie radzi sobie z emocjami, stała się arogancka, wyniosła, wszystkich na około krytykuje, udaje przed światem że jest wszystko super... czasem chce o ojcu pogadać, ale ogranicza się do komunikatów, że wolałaby żeby go nie było, itp. Jeszcze rok temu to była empatyczna, uśmiechnięta dziewczyna, teraz ten uśmiech jest tak sztuczny, że aż to boli. I wiem, że chcą z rodziną oddać ojca do domu opieki, są w trakcie załatwiania formalności. Bo sobie z tym nie radzą. Nie mnie oceniać, bo w takiej sytuacji nigdy nie byłam.. ale tu sytuacja jest taka, że ojciec gdy był bardziej świadomy sam komunikował, że nie chce być problemem dla rodziny, chociaż pytanie na ile to kwestia depresji (ma myśli samobójcze odkąd na nia choruje). Z drugiej strony... jeśli są w stanie zapłacić za ośrodek, to pewnie byłyby w stanie zapłacić za pomoc pielęgniarki, jakąś opiekę dochodzącą do domu, czy coś. Ale zdecydowały się, że nie dadzą rady dłużej z nim mieszkać.
Ja się biję z myślami, bo zawsze było to dla mnie nie do przyjęcia - oddanie członka najbliższej rodziny do ośrodka (w każdym razie członka, który gdy był świadomy był kochającym mężem i ojcem i przykładem dla córek). Ale dopóki się nie jest w takiej sytuacji to można sobie dużo myśleć. No i ośrodki opieki zaczynają wyglądać trochę inaczej z roku na rok, choć wciąż słyszy się o nadużyciach... W każdym razie ja podpowiadałam tej przyjaciółce żeby poszła, porozmawiała o tym wszystkim z psychologiem - była raz, ale więcej nie chce, bo mówi że ona nie potrzebuje psychologa, bo jest wszystko ok... a myślę, że właśnie takie osoby potrzebują go przede wszystkim. No ale jej wybór.

Moja rodzina też zresztą stoi przed momentem kiedy albo moja mama albo ciocia będą musiały wziąć babcię do siebie. Na razie jeszcze sobie radzi, ale to tylko kwestia czasu, ma prawie 90 lat, jest mocno schorowana, nie ma demencji czy innych zaburzeń psychicznych, ale po prostu fizycznie jest jej ciężko nawet zrobić sobie posiłek. Póki żyła jej najbliższa sąsiadka to sobie pomagały, niedawno ta sąsiadka zmarła.. póki co ciotka z mamą wynajęły panią, która przychodzi u babci sprzątać, no i robią jej cięższe zakupy, ale niedługo to będzie za mało 🙁  a jeszcze pech, bo na klatce gdzie mieszkają rodzice było mieszkanie do sprzedania i babcia bardzo chciała się przeprowadzić koło moich rodziców, ale niestety gość sprzedał je komuś znajomemu. Ale rodzice tak czy tak mają duże mieszkanie i wolny pokój i mama coraz częściej już wspomina o tym, że chciałaby mieć babcię przy sobie, tyle że babcia póki sobie jeszcze radzi na razie woli mieszkać sama.

Straszna ta starość, a to są wszystko przypadki, gdzie ma się rodzinę... nie wyobrażam sobie jak to jest jak człowiek stary a nie ma dzieci, wnuków, sióstr, braci... jak jest rodzina, to nawet jak się nie chce zająć, to chociaż zapłaci za przyzwoity ośrodek, odwiedzi.. co jak tej rodziny nie ma wcale? 🙁
madmaddie życie nie jest czarno-białe niestety. To nie jest takie proste, że powiesz komuś "ludzi trzeba szanować" i cyk, ona zaczyna to robić. A problem polega na tym, że wychowanie odbija się na człowieku na całe życie. Naszemu pokoleniu jest łatwiej, bo mamy większą świadomość pewnych rzeczy, możemy sobie chodzić na terapie, do psychologów itp. - a co miał zrobić ktoś, kto był w wieku, w którym można mu było pomóc, pięćdziesiąt lat temu? ...  🙁
50 lat temu może relacje między ludźmi były bliższe, nie było telewizji, internetu.. jak ludzie mieli problemy to rozmawiali między sobą, więc może też nie było takiej potrzeby by był ktoś taki jak psycholog. Teraz mam wrażenie ludzie są coraz dalej od siebie, relacje są jakieś takie powierzchowne. Coraz więcej ludzi czuje się samotnych pomimo że mieszka w blokach wypełnionych ludźmi i ma 500 znajomych na facebooku.
Chociaż pewnie w każdych czasach byli ludzie samotni i nieszczęśliwi, zresztą widać to choćby po literaturze i sztuce z poprzednich stuleci 😉
branka masz rację, ale z drugiej strony wydaje mi się, że te 50 lat temu wiedza o człowieku była dużo mniejsza. Oprócz tego nie jest to takie proste, że jak masz z kim porozmawiać, to już nie masz problemów psychologicznych. Bo drugi człowiek może nie rozumieć i nic ci nie pomoże, że z nim porozmawiasz. Opowiadała mi choćby o tym moja babcia - ona nie znała np. takiego pojęcia jak depresja, takie osoby za jej młodości traktowało się jak skończonych leni i wszyscy na nich wrzeszczeli w tonie "weź się w końcu w garść, ty niedojdo". I wiele innych tego rodzaju przykładów.
Wiem o tym, sama cenię sobie możliwość rozmowy z psychologiem, pomimo że mam kilku bliskich przyjaciół i rodzinę a nasze rozmowy nie ograniczają się tylko do sloganów "weź się z garść", czy "inni mają gorzej" 😉 ale mimo wszystko mam wrażenie, że to że tylu ludzi chodzi do psychologów to nie jest dobry znak dla obecnych czasów. I  m.in. wynika z tego że relacje międzyludzkie są jakieś takie spłycone. Zresztą są ciekawe badania na zwierzętach stadnych,u których oddzielenie od stada na dłuższy czas uruchamia aktywność tych samych obszarów mózgu co u ludzi z depresją. Nie jestem specjalistą i myślę, że depresja ma niejedno oblicze, ale poczucie samotności może być jednym z jej źródeł. Zresztą zataczając koło w tej dyskusji - wielu starszych ludzi choruje na depresję, może właśnie dlatego że czują się samotni i niepotrzebni światu..

[s]Miał być super dzień, ale oczywiście zawsze musi pójść coś nie tak. Kupiłam samochód, nie zdążyłam zapłacić OC (termin płatności na dzisiaj), bo u mnie o 14 już jest nieczynny bank. Przez internet nie zapłacę, bo zapomniałam hasło i prawie nie zablokowałam konta. No i jeszcze okazało się, że tylna wycieraczka w samochodzie nie działa  🤔 [\s]

edit: Wszystko ogarnęłam, oprócz tej niedziałającej wycieraczki...
Murat- rodzina była normalna. Tylko w tamtych czasach nie diagnozowali wariatów jak dzisiaj a jjestem pewna że coś by u niej znaleźli. Ciężko jest tak oceniać póki nie tkwi się w takiej sytuacji latami. Dla mnie dzieciństwo z babcią to był horror choć się nami nie zajmowala. Mój ojciec pozwalał jej na wszystko łącznie z zabieraniem sobie naszych rzeczy np mojego pamietnika. Miałam 10 lat a ona chodziła i szydzila z tego co tam pisałam. Tak dla zabawy. My musieliśmy ja szanować a ona nas nie, bo to Babcia. Reszta jej dzieci zwiala jak się tylko dało. Nawet jej nie odwiedzają, tylko pod przymusem. A moi rodzice pracują, są w wieku 50-60 lat i nie mają już siły  zwłaszcza moja mama która doświadczyła tylko nienawiści z jej strony. I rrozumiem ich decyzję że jak będzie jeszcze gorzej to będzie dom opieki.
branka, wg mnie z tą bliskością to nie do końca tak. Mimo, że nie było tv, internetu etc to tez było inne podejście do dzieci. Moi dziadkowie byli wychowywani na wsi, tam dzieci głownie były do pracy, nie mieli takiej więzi z rodzicami czy rodzeństwem, rodzice byli bardziej oschli, surowi. Dużo rozmawiam ze swoimi dziadkami i widzę, że ze wszystkich pokoleń to właśnie moja siostra i ja jesteśmy najbliżej z rodzicami. Kiedys się rozmawiało? Pewnie o pogodzie, bo było tyle tamatów tabu. Moja mama wiele razy mi mówiła, że jako nastolatka nie mogła ze swoją mamą o wielu rzeczach porozmawiać, a internetu przecież nie miała. Nie weim, może tylko ja mam taką dziwną rodzinę, ale relacje dzieci-rodzice są wg mnie teraz o wiele lepsze niż były te 50 lat temu.
szemrana, A dlaczego zakładasz, że dom starców to od razu zero kontaktu z rodziną? Naszych pacjentów w większości rodzina odwiedza codziennie lub co drugi dzień. Do jednej pacjentki przyjeżdża regularnie co 2 tygodnie straszy bra Zainteresowanie i miłość da się okazać nawet jeśli bliska osoba mieszka na drugim końcu świata, to nie miejsce jest problemem tylko więzi rodzinne.


Ja tylko pisałam, że jest różnica między: chcę do domu starców a oddano mnie do domu starców.

Wolę moją mamę mieć przy sobie a nie jeździć ileśtam kilometrów 2 razy w tygodniu.
I moja mama też tak woli.
Dla ludzi przedwojennego pokolenia dom starców jest umieralnią. Miejscem, w którym
jest się już niepotrzebnym śmieciem, odpadem.
Oczywiście są różne sytuacje. Są na tym świecie dzieci tak schorowane, że nie są w stanie zaopiekować się leżącą matką.
Ja to rozumiem i domów dla starych ludzi nie potępiam w czambuł.
Są potrzebne (wręcz niezbędne) dla wielu rodzin.
W życiu bywają różne sytuacje.

Ale kiedy zdrowa, pełna rodzina nie ma ochoty zmieniać pampersów stareńkiej babci bo ......nie.
Bo dla wnucząt niewygodna jest ta bliskość starości i śmierci w pokoju obok,
Bo córki zmęczone pracą a synowie tym bardziej.
Kiedyś Ci staruszkowie dokładali nam do mieszkań, pralek i lodówek. Dawali małolatom grosz na własne wydatki.
Wtedy byli ok.
A dzisiaj kiedy potrzebują pomocy....

Mam taki a nie inny stosunek do opieki nad starszymi członkami rodziny, bo tak mnie wychowano.
Moje nastoletnie życie to stareńcy rodzice mojej mamy u nas w domu.
Musieliśmy im zrobić miejsce. Mój samodzielny pokój stał się pokojem moim i brata.
Dziadek żył od mometu zabrania go do nas 4 lata. Leżący, z astmą uniemożliwiającą zrobienie kilku kroków.
Babcia  żyła jeszcze 10 lat. Upierdliwa babcia, wsadzająca swój ciekawski nos we wszystko.
Czasem chciałam ją zabić  😁 ale nigdy nie przyszło mi głowy, żeby ją oddać.
Moi dziadkowie umierali w domu, wśród bliskich.
Pochowałam ojca, a potem ojczyma, pochowałam dziadków ze strony ojca.
Pochowałam teścia i teściową.
Wszyscy byli otoczeni rodzinną opieką.
Wiem jak jest czasem trudno, wiem jak jest ciężko ale wiem także, że w rodzinie siła.
Że można i da się tak zorganizować życie, żeby mieć chwilkę oddechu.
No chyba, że wychowało się własne dzieci na nieczułe bestie a za męża ma się Piotrusia Pana.
Można się zorganizować, można się wspomagać. Zaręczam, że takie rodziny wychodzą zwycięsko z takich sytuacji.
To ich łączy, wzmacnia, jednoczy i daje cholerną pewność że w razie potrzeby jedno może liczyć na resztę.

Nie oddam mojej schorowanej mamy ! Będę ją ratowała, kiedy zepsuje się lodówka, zawiozę do lekarza kiedy trzeba.
Będę obok kiedy będzie ją bolało i będę kiedy będzie uśmiechnięta. Będę jej podcierała tyłek i będę z nią do końca.
Będę z nią do końca tak jak ona była do końca ze swoimi najbliższymi.
Chyba, że ja padnę, zachoruję......ale to już byłaby inna opowieść.
Będzie post pod postem ......choćby i za cenę ostrzeżenia.
Bo emocjonalnie podeszłam do tematu starych ludzi.
I wróciłam do słów, które są mi bardzo bliskie...

Na stu ludzi

wiedzących wszystko lepiej
– pięćdziesięciu dwóch;

niepewnych każdego kroku
– prawie cała reszta;

gotowych pomóc,
o ile nie potrwa to długo
– aż czterdziestu dziewięciu;

dobrych zawsze,
bo nie potrafią inaczej
– czterech, no może pięciu;

skłonnych do podziwu bez zawiści
– osiemnastu;

żyjących w stałej trwodze
przed kimś albo czymś
– siedemdziesięciu siedmiu;

uzdolnionych do szczęścia
– dwudziestu kilku najwyżej;

niegroźnych pojedynczo,
dziczejących w tłumie
– ponad połowa na pewno;

okrutnych,
kiedy zmuszą ich okoliczności
– tego lepiej nie wiedzieć
nawet w przybliżeniu;

mądrych po szkodzie
– niewielu więcej
niż mądrych przed szkodą;

niczego nie biorących z życia oprócz rzeczy
– czterdziestu,
chociaż chciałabym się mylić;

skulonych, obolałych
i bez latarki w ciemności
– osiemdziesięciu trzech
prędzej czy później;

godnych współczucia
– dziewięćdziesięciu dziewięciu;

śmiertelnych
– stu na stu.
Liczba, która jak dotąd nie ulega zmianie.

Wisława Szymborska (jak zwykle)
Przyczynek do statystyki
A mnie się w głowie nie mieści jak można tak oceniać tego typu wyboru u innych ludzi. Wkurza mnie to, że obcy ludzie zawsze doszukują się powodów, dla których innych powinni postąpić inaczej i z jakąś taką... pogardą (?), złością (?) krytykują, osądzają.
W wkurza dlatego, że kilkanaście lat temu w takiej samej sytuacji była moja mama. Oboje rodzice pracują, mama, o zgrozo! w pogotowiu rat. Ma więc w sumie kwalifikacje i inne potrzebne rzeczy, żeby w tamtym czasie opiekować się swoim ojcem z Alzheimerem. Ale "dziadek" trafił do hospicjum.
Mimo sprawnej w sumie w tym czasie babci w domu, mimo sprawnych rodziców i dorastających "wnuczek". Bo ani nie był dobrym ojcem, ani mężem, dziadkiem żadnym. Stwarzał zagrożenie dla siebie, dla "bliskich" i zwyczajnie - nikt nie miał tyle czasu, żeby odpowiednio zająć się osobą z tą chorobą. A miał w sumie trójkę dzieci.

Ile było oceniania, złośliwych uwag za plecami, oczerniania...
Przecież to tylko nieszkodliwy staruszek, nie? Pewnie marzył o kochającej rodzinie, bliskości i innych takich. I nie, nigdy nie powiedział, że gdyby coś, to żeby go oddać do hospicjum czy domu opieki.
Czytam.  I czytam o różnicy między miłością a nienawiścią.
Wychodzi, że lepsza profesjonalna opieka niż "poświęcanie się" dla znienawidzonego. Takiego, który "ciężko pracował" na tę nienawiść.

Pół życia najbardziej się bałam opieki nad sparaliżowanym/bezradnym bliskim. Relacji z rodzicami wcale nie mieliśmy łatwych. Opiekę sprawowaliśmy w domu, wspierając się wzajemnie i wymieniając. Te doświadczenia zupełnie zmieniły moje życie. Na plus. Za każdym razem. Jednak, gdy jest Miłość, nie do uwierzenia ile może dać bliskim taka schorowana, bezradna najbliższa osoba. Taką... moc? Prostotę? Błogosławieństwo?

Zaczynam rozumieć co może się kryć pod "ludzie przeklęci". "Przeklęty staruch".

W drugiej rodzinie (męża) było inaczej. Opiekę sprawowano (też zbiorowymi siłami) dopóki się dało. Gdy, przy jednej osobie, wszyscy(!) zaczęli zawodzić - "rzucało się na beret", podjęto decyzję o instytucji opieki. To była dobra decyzja, podopiecznej było już wszystko jedno, a oni wyrwali się z czarnej... I tak po pogrzebie przetoczyło się masę emocji i wzajemnych pretensji (tutaj kluczowe było, że jedyny syn "sobie radośnie siedział za granicą"😉. Myślę, że gdyby przedłużano opiekuńczość ponad siły rodziny - rozwaliłaby się cała rodzina.

Tak sądzę, że dopóki opieka nad bliskimi: tworzy, buduje, wzmacnia, rozwija - to podołać można (i trzeba) niemożebnym wyzwaniom. Gdy rujnuje i prowadzi do nienawiści... co w tym dobrego?

Dla mnie "czas opieki" był bezcenny. Pozwolił tak wiele "przepracować" - w relacjach, w sercu... Dał dojrzałość. Umożliwił odważne "pójście w życie". Pogrzebał drażniące "zaszłości". Itd. Jasne, wolałabym, żeby najbliżsi nie cierpieli tak, jak im przyszło cierpieć (mimo znakomitej opieki paliatywnej) 🙁 A jeszcze bardziej wolałabym, żeby nadal żyli 🙁 Ale to niezwykłe doznanie: gdy twoja mama staje się... twoim dzieckiem. Swoją bezradnością. I możesz jakby... oddać nieco z otrzymanej miłości. Gdy kiedyś ty tuliłaś się do jej piersi, a teraz ona tuli się do twojej. Szukając otuchy.
Przede wszystkim na opieke trzeba miec czas -> jesli ludzie chodza do pracy od do, musza do niej jeszcze dojechac, no to sorry ale kto sie zajmie chorym od do? Jak np. opiekunki nie daja rady 😉

Fajnie sie ocenia ludzi, ja jestem od tego daleka. Nie kazdy sie sie do tego nadaje, nie kazdy moze, nie kazdemu da to cos wiecej niz zlosc i gorycz.
Ludzie sa rozni. Sytuacje sa rozne. Kazdy niech postepuje w zgodzie z sumieniem i tyle.
Dokładnie, a takie głosy, że jak to tak, naprawdę serdecznie polecam przeżyć a potem dziamgać.
Dokładnie, a takie głosy, że jak to tak, naprawdę serdecznie polecam przeżyć a potem dziamgać.
wcale nie tak. Bardzo mi sie nie podoba ton wypowiedzi poprzedniczki. A Tobie współczuję i wierzę że masz serdecznie dość. Szkoda że nie ma emotikony tulu- tulu.
Bardzo do mnie przemawia wypowiedź halo podpisuję sie pod nią obiema rękami.
A wracając do wypowiedzi Dava tu nikt nikogo nie ocenia. Ludzie dzielą tym jak widzą pewne trudne i bardzo osobiste sprawy.
tak, ale różnica jest w tonie a nie w rozumowaniu. Pisanie Alasce, że jest głupia bo ma złe doświadczenia jest bez sensu. spotka na swojej drodze i życzliwych staruszków, dowie się ze nie wszyscy są tacy. ale ja zanim zaczełam mieć kontakt z innymi staruszkami niż w rodzinie też myślałam ze większośc ma mi za złe że żyję. a teraz znam kupę starszych i mooocno starszych właścicieli psów którzy są niesamowici. zostawiają u mnie psa i wracają z szarlotką. co nie zmienia mojego zdania co do domów opieki. to nic złego.
Pisząc poprzedniczka miałam na myśli Dava.
kto się nie opiekował starsza np. leżącą osobą, cierpiącą - naprawdę nie ma pojęcia jak to kompletnie dysfunkcjonuje rodzinę
kilka uwag np. problemów:

=> nie ma gdzie wziąć takiej osoby bo się np. mieszka w małym mieszkaniu z rodziną i nawet nie ma gdzie łóżka wstawić
=> nawet jak się tą osobę weźmie - to trzeba utrzymywać jej mieszkanie - bądź wynająć = czyli remont, jak to ruina i usunięcie rzeczy (gdzie je przechować??)
=> pracuje się na cały etat - a z pracy nie można zrezygnować, bo nie będzie z czego żyć
=> praca (swoja i rodziny) i renta (np. idzie na leki) owej osoby nie pozwala na wynajęcie pielęgniarki na cały etat (powiedzmy 1500 zł na rękę)
=> dawanie leków, kroplówek, przeciwbólowych - ja nie umiem robić zastrzyków na zawołanie
=> podnoszenie takiej osoby, przewijanie itd = mój kręgosłup mi w kwietniu właśnie za to podziękował miesięcznym paraliżem

Codziennie (2x dziennie) jeżdżenie do takiej osoby przerabiałam. Z pracą ok 10-12 h jest się poza domem. I dzieckiem małym.
Dzień w dzień.
Czasami to trwa latami.

Po roku szpital - odział paliatywny był dla mnie zbawieniem…..


Wkurza mnie lekceważenie klienta, zamawiam pomnik dla dziecka, przez telefon wszystko pięknie ładnie. W końcu się decyduję, proszę o wycenę piszę na pocztę tak jak w umowie i co ? Cisza  😤 
Dzwonie dziś i słyszę ściemę, że komputer im się zepsuł, szkoda, że mam potwierdzenie odczytania wiadomości.

Latałam po różnych firmach, żeby poprawili pomnik teścia to nikt nie chce poprawić. Jezu nie rozumie tego, przecież chce zapłacić za usługę, chce kupić pomnik i wszyscy mają w dupie .

Teraz sami będziemy kombinować z poprawienie i sama muszę jechać po pomnik i sobie go postawić, bo nikt nie ma czasu  🤔wirek: 
A mnie od kilku dni do szału w pracy doprowadza reklama jakiegoś specyfiku (albo innego wynalazku, nieważne), do którego w gratisie dodawane są kulki do ćwiczenia mięśnia Kegla 👿
mundialowa a co Cię konkretnie denerwuje w kulkach do ćwiczenia mięśni Kegla?
Ano to, że radio słuchane od poniedziałku do piątku po 8 godzin dziennie transmituje reklamę o nich średnio co dwie-trzy piosenki.
mundialowa za miesiąc im przejdzie i inna reklama będzie nachalnie nadawana także luz 😅
-bibi22-, wiem, ale jakoś głos tej pani w połączeniu z kulkami... no drażni mnie 😉 Tak się zastanawiam, czy producent specyfiku z kulkami ma za duży budżet, że wykupił niemal cały blok reklamowy, czy innych reklamodawców im brak 😁 Ciekawe, co będzie za miesiąc...
Ciekawe, co będzie za miesiąc...


może... a nic, nie ważne  🤣
mundialowa mam to samo z tymi kulkami, a także z odbytem, upławami, pochwą i płonącymi konarami co 5 minut w każdej przerwie reklamowej 😉
mundialowa mam to samo z tymi kulkami, a także z odbytem, upławami, pochwą i płonącymi konarami co 5 minut w każdej przerwie reklamowej 😉


odbyt to moje ulubione słowo  🤣
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się