A ja napiszę coś - no nie wiem - odwrotnego. Oczywiście dowiem się, że się nie znam 😁 Źrebaka wytłamsiłam od pierwszych godzin jego życia, wyruszałam, wygłaskałam, wyprzytulałam, przez parę dni usiłował mnie ssać. Po paru dniach sytuacja - nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmieniła się. Mały konik na mój widok zaczął chodzić po ścianach. Nawet założyłam taki temat, tylko nie mogę go znaleźć. Więc co? Zepsuł się koń, czy ja się zepsułam? Więc po moim - jedynym - jak do tej pory doświadczeniu nie mogę napisać, że wychowanie źrebaka od jego najwcześniejszych godzin daje rezultaty na przyszłość. Teraz laska ma prawie 3 lata i jest przytulanką niesamowitą. Metoda, jaką do tego doszłam - krótko i zdecydowanie, moja ulubiona.
mam coraz większą pewnośc,że Miller to niebezpieczny ideolog opetany jakąś niebezpieczną myślą... Ja tam słuchając go odniosłam wrażenie, że to całkiem normalny facet i nie zauważyłam, żeby dorabiał jakąś ideologię do tego, o czym mówił. Nie było w tym żadnego czary-mary i brzmiało to całkiem logicznie 😉 (wykłady na konf. "Jeździecto przyjazne koniowi", na kursie z imprintingu nie byłam)
ideologicznosć wynika z indoktrynujacej i postawioniej na fałszywych przesłankach treści, a nie z dziwakowatej szamańskiej formy... Karol Marks chodził w surducie, a Peter Singer nosi krawat...a obaj z faktami maja tylko tyle do czynienia, że słuzą im one do manipulacji ,a nie do poznania.
Miller mówił, że imprinting nie ma wpywu na więź matki i źrebaka. Źrebaki imprintingowane rosną tak jak inne źrebaki, tak samo są zżyte z matką, są normalnymi końmi w przyszłosci. Nie zanotował też nigdy przypadków odrzucenia czy agresji matki w stosunku do źrebaka. Ale mówił o swoim doświadczeiu i innych ludzi któzy imprinting robią( i to robią poprawnie, bo tych co robią niepoprawni ejest znacznie więcej wg niego... - opisywał też przypadki takie jak pokemon, gdzie niby dobrze przebiegnie imprinting, ale zabrankie konsekwencji w kolejnych dniach i źrebak sie znarowi), ale nie o badaniach. Moment krytyczny u koni to w każdym razie więcej niz jedna godzina, wiec jak klacz sie zetknie ze źrebakiem w tym czasie to wszystko będzie ok i będa mieć normalną relację. Natomiast jakby matka się nie zetknęła ze źrebakie przez piersze kilka-kilkanaście godzin może go nie przyjąć - ale coś takiego w przyapdku imprintingu nie ma miejsca. Odnosząc do ludzi, to kiedys było głosno, że dzieci które po urodzinach nie zetknęły się od razu z matką sa do nich potem gorzej przywioązane itp, że są bardziej agresywne, wyrastają na bandytów i nie wiadomo co. Ale znacznie wiecej badań pokazuje, ze to nieprawda - nie jest najważniejsza ta pierwsza sekunda czy nawet dzień, ale to wszystko co będzie się działo później w życiu matki i dziecka, pierwsze tygodnie są kluczowe, a nie godziny. Ale konie rodzą się juz dojrzałe, sprawne umysłowo i fizycznie, wiec trudno to bezpośrednio na nie przenieść i na pewno zbadanie u koni tego o czym mówi wrotki byłoby wartosciowe.
PS Miller to rzeczywiscie normalny facet, mający dużą wiedzę, ale nie popisujący sie nią, choć jak dla mnie zbyt szumnie mówiący o ruchu naturalnym jako o rewolucji w jeździectwie. Natomiast na pewno jest to bardziej praktyk jak teoretyk i z Singerem to on ma mało współnego. I do badań sie mimo wszystko odnosi w wielu kwestiach, szczególnie jeśli dotyczą one procesu uczenia się przez konie. A imprinting to też uczenie sie,, tylko takie troche inne, bo niesamowicie szybkie i trwałe i w pewnym krytycznym momencie życia.
Gęsi są niesamowite! 😲 Tylko zaczęłam się zastanawiac czy to przypadkiem nie skończy się dla nich źle, jak zaczną płynąc za innym kajakiem czy człowiekiem...
No, Lorenz opisywał, ze to że za nim tak podążały stawało sie uciażliwe, bo musiał je wpuszczać do domu, bo inaczej chcąc się do niego dostać za wszelką cenę(instynkt podążania u gęsi jest bardzo silny), robiły sobie krzywdę, także wszędzie po domu łaziły u niego najrozmaitsze zwierzęta 🤣 Nieprzemyslany imprinting ptactwa wodnego może sprawić, że zwierzaki wyginą, szczególnie jeśli je zimprintingujemy, a potem zostawimy samym sobie. Pewnie dzis by się o nim mówiło, że jest nawiedzony - ale z drugiej strony był z niego wnikliwy badacz, a nie tylko szalony miłośnik zwierząt, on wlaściwie stworzyl etologię w takiej postaci jak jest dzisiaj. Większosc ludzi zna jego sympatyczne opowiadania, tymczasem on publikował wiele prac stricte naukowych - zresztą dostał Nobla 😉
Lorenz to obiektywny naukowiec przyrodnik, opisujacy swoje badania bez wzgledu na wynik, to naukowiec który pisze o celach badań, stawianych tezach, stawianych znakach zapytania i o wynikach, które nie zawsze potwierdzały tezy i nie zawsze były zgodne z przypuszczeniami. ...Miller rózni sie od Lorenza tak, jak krzesło elektryczne różni sie od krzesła...różni sie,choćby sposobem reagowania na analize i krytykę- nie przypominam sobie ,aby Lorenz nazywał kogoś nietolerancyjnym ciemniakiem (swoją droga jakie to naukowe stwierdzenie :hihi🙂 ps. czy drób się rodzi?...jak wyglada inprinting u kangurów?dlaczego drapieżne ssaki inprintingują się "ograniczenie" 😎?dlaczego Miller sądzi ,że konie sa jak gęsi?
No tak, to prawda, że Miller i Lorenz sie róznią, choć Miller opiera sie na badaniach, wlaśnie m.in. Lorenza. Też uważam, że konie i gęsi się różnią diametralnie, ale myślę, ze i Miller to wie 😎 Lorenz imprintingował też inne zwierzęta, ale koni nie i inni etologowie też koni nie badali(choć z tego co pamiętam badano chyba zebry i na pewno jakieś tam antylopy pod tym kątem). Teoria dotycząca koni, w takim wydaniu jak prezentuje ją dr Miller, powstała na gruncie doswiadczenia, ale z tego co wiem nie została zbadana naukowo - Miller na wlasną rękę robił eksmerymenty porównując źrebięta imprintingowane i nie, ale nie było to rzadne porządne badania i nie było replikowane - no ogólnie ni ebyło to naukowe. Są wprawdzie współczesne badania odnosnie uczenia się źrebiąt, ale kilkutygodniowych. Zresztą niektórzy(np jeden zmoich profesorów) uważają, że to co robi Miller to ni ejest imprinting w takim znaczeniu jak sformuował to Lorenz. Inni uwarzają, że jest. To co robi Miller działa, jeśli zrobi się to tak jak on podaje, ale nie każdy uważa, ze do wdrukowanie - bo okazuje się, że efekty tego pierwszogodzinnego szkolenia można zmienić - tzn jak sie 'zepsuje' źrebaka to można go 'naprawić' - a teoretycznie w przypadku wdrukowania ni ema prawa byc tak, ze jak źrebak sie czegoś nauczy w krytycznym momencie, to można to zmienić. Teoretycznie powinno być tak, ze jak odczulisz konia na dzwięk mazynki w pierwszej godzinie jego zycia, to nigdy nie będzie sie jej już bał - a sam Miller jak go spytałam przyznał, że jeśli ktoś w przyszłosci będzie sie źle obchodził z takim źrebakiem, to może go do maszynki zrazić, choć nie byłoby to takie łatwe jak w przypadku źrebaka nieimprintimgowanego.
Szkoda, że nie byłeś na konferencji Millera bo możnabyło zadawać pytania i dyskutować, ja ze swojej strony zadałam kilka, ale nie sposób spytać o wszystko co by się chciało, mnie zrsztą interesowały inne rzeczy trochę na tej konferencji, akurat imprinting był dla mnie mniej ważnym tematem.
PS Kogo Miller nazwal nietolerancyjnym ciemniakiem?
Nie chce burzyć tego wątku dyskusją z takim stylu jak była w tamtym, a w kazdym razie by dyskutować o tych konkretnych słowach Millera trzebaby go spytać o jakich ludzi mu konkretnie chodzi - i podejrzewam, ze nie o tych co siedzą w tradycji, a są fair wobec koni, tylko wobec tzw "łamaczy koni" z usa. No ale to już tak czy tak nie zmartwienie na watek o imprintingu.
Prawie 5 lat temu zrobiłam imprinting mojemu obecnemu koniowi.Nie planowałam tego.Poród był ciężki musiałam pomóc klaczy,leżała ponad godzinę jak nieżywa i nie mogła zająć się zrebakiem.Gdy się nim zajmowałam przyszło mi do głowy,że gdzieś kiedyś czytałam o wczesnym wdrukowywaniu(zawodowo zajmuję się od wielu lat szkoleniem psów).Pomyślałam o tym bo klacz matka(xx) ma bardzo trudny charakter.Wcale nie polegało to na mizianiu,tylko na pokonywaniu oporu(np.trzyma się nogę puki zrebak nie przestanie jej wyrywać).Robiłam odczulanie ok. pół godziny,po kilku godzinach jeszcze raz i następnego dnia jeszcze jedna sesja.Mieszkałam 120km od stajni gdzie przebywał zrebak,więc widywałam go kilka razy w miesiącu.Przyjeżdżając sprawdzałam efekty mojego"imprintingu".Zrebak łatwo dawał się odprowadzać od matki,od pierwszych dni dawał wszystkie nogi ,kowal pierwsząwizytę skwitował"grzeczny ,że szok".Gdy miał miesiąc wykąpałam go bez wiązania i niczyjej pomocy.To samo było z robieniem lewatywy czy zastrzyku-po prostu sobie stał.Od początku mogłam różne rzeczy na niego wkładać.Jak pierwszy raz weszłam do niego z odkurzaczem matka siała panikę a on dał się czyścić.Inne moje obserwacje były takie:1 więz z matką minimalnie osłabiona na moją korzyść,2 wszystko to można osiągnąć prawidłowym wychowaniem ale mnie zajęło to bez porównania mniej czasu, 3 z biegiem lat okazało się ,że odziedziczył pobudliwość po matce więc imprinting się przydał,4 nie jest to cudowne lekarstwo na wszystko ale z koniem łatwiej się dogadać chyba.Ogólnie jestem całkiem zadowolona z efektów.
przykro mi, ale bez próby kontrolnej tego doświadczenia, twoje wnioski dotyczące imprintingu są tylko subiektywnym domniemaniem, nie majacym żadnej podstawy do formułowania tez ogólnych.
Skorupski podaje wyniki badań nad zachowaniem koni poddanych i nie poddanych procedurze imprintngu. Okazało się, że źrebięta "imprintowane" są bardziej ufne w stosunku do ludzi i łatwiej znoszą większość zabiegów pielęgnacyjnych i weterynaryjnych. Jednak już w drugim roku życia istotnych różnic nie było. (źrebięta obu grup poddano normalnej procedurze przyzwyczajania do obsługi po odsadzeniu)
Certyfikaty to jakaś zachodnia plaga. Co nie pojade na jakieś szkolenie lub nawet spotkanie informacyjne, to dostaje certyfikat. Ale też certyfikat certyfikatowi nie równy.
Mam bardzo podstawową wiedze na temat imprintingu tylko z jednej książki Millera - Jeździectwo naturalne bez tajemnic. Niestety nie czytam super biegle po angielsku 🙁 Czy znacie może jeszcze jakieś materiały polskojęzyczne o tej metodzie? Ciężko sobie wyrobić opinię na podstawie "a słyszałam, że...".
Z tego co zacytowałeś wrotki widać, że wyciągasz wnioski na podstawie szczątkowych informacji, które akurat Ci podpasują do wniosku. To chyba jeszcze bardziej niebezpieczne od półprawd i kłamstw. Proszę, przeczytaj książkę Millera to może jakoś się zorientujesz co Miller rozumie pod pojęciem "jeździectwa tradycyjnego". Choć już widzę Twojąm kwaśną minę, gdy przeczytasz, że dla niego klasyczne jeździectwo europejskie jest i zawsze było zgodne z zasadami naturalnego, a pisząc "tradycyjne jeździectwo" nie ma go zupełnie na mysli.
z tego co piszesz, to nie masz Cejloniaro pojecia ,na czm polega praca naukowca, a szczególnie przyrodnika- jakiekolwiek wartościowanie zjawisk, nawet jeżeli jest to na przykład kazirodztwo czy kanibalizm, dyskwalifikuje takiego "naukowca". a wyciaganie wniosków na podstawie szczątkowych informacji, to akurat w nauce pozytywna zdolnosc i zaleta często wymagająca dużej wiedzy interdyscyplinarnej...z tym ze trzeba potem te wnioski zweryfikować.
Wrotki ja żadnych wniosków nie formułowałam. Opisałam tylko to co zaobserwowałam, za wyjątkiem punktu 4,który opatrzyłam słowem "chyba". Zgadzam się też z wnioskami Skorupskiego co napisałam w punkcie 2.
Złota-całkowicie się zgadzam .Najpierw trzeba "urobić" matkę bo jakoś nie wyobrażam sobie trzymania jej,gdy ktoś inny zajmuje się zrebakiem przez pół godziny.Z matką mojego konia zajęło to trochę czasu ale efekt był.Najlepiej karmiła gdy byłam z nimi w boksie.Nikt inny (nawet właściciele) nie mógł wejść do stajni,bo od razu zaczynała biegać po boksie.Pierwszy jej zrebak (u poprzednich właścicieli) nie przeżył dwóch dni-podobno miał jakiś uraz głowy.Znając klacz możliwe,że sama go uszkodziła.Ogólnie rzecz biorąc pierwsze dni były nerwowe,potem już było normalnie.
Przepraszam ale jakie wartościowanie zjawisk masz na myśli? Możesz konkretniej? jeżeli pan X w naukowej publikacji dotyczącej przyrodniczego poznania rzeczywistości, pisze ,że coś jest złe, a coś innego dobre, to znaczy że dokonuje nadużycia i pisał to nie jako naukowiec przyrodnik, a jako stronnik jakiegoś punktu widzenia. nawet socjologia , która jednak zajmuje się ludźmi, nie pozwala na takie wartościowania...ewentualnie można mówić o porażeniu funkcji lub dysfunkcji, ale wtedy trzeba jasno określić cel, czyli funkcję. ...i właśnie tym różni się nauka od ideologi,że w nauce nie przeczytamy zdania np : " shoah to było zło"...bo pojecie "zła" jest nieobiektywne, ergo nienaukowe...i dlatego np etyka, nie jest nauka czystą (mimo przewrotnego, samego w sobie, istnienia pojęcia etyki opisowej :hihi🙂
Ale jaki Pan X i w jakiej naukowej publikacji pokazał wartościowanie jakich zjawisk przyrodniczych? 🙂 Znasz naukowe publikacje Millera? Zazdroszczę. Daj konkret, to będzie nad czym dyskutować.
Czy naukowiec już nie ma prawa do swojej opinii? Oczywiście opinia to nie naukowe twierdzenie, ale (wracając do jeździectwa) wszystko co robimy z końmi było najpierw oparte na naukowych twierdzeniach? Zero instynktu? Wyczucia? Wiedzy własnej nabytej drogą doświadczenia? Czy jeśli szkoleniowiec się tym dzieli to jest nie ok? Co chcesz przez plątanie w to nauki wrotki uzyskać? A wykorzystująć Twój przykład kanibalizmu i kazirodztwa. Kto ma to wartościować? Tylko Ty?
Co do socjologii to nie jest tak prosto, jak piszesz. Nie wiem czy wiesz, ale jak powstała w XIX wieku to bardzo wielu filozofów oburzało się, że nie dość, że nazwa jakaś dziwna, zlepek łaciny i greki, to jeszcze nic nowego nie wnosi, bo przecież od wieków w filozofii zajmowano się społeczeństwem, to jeszcze totalnie nie naukowa. Socjologia wcale nie miała łatwego początku. I wcale nie wszyscy uciekają od wartościowania. Wszystko zależy od nurtu, a są baaardzo różne.
Co do tego, co uznać za naukowe a co nie, też nie ma jednoznacznego stanowiska w metodologii. Dla niekórych i socjologia i filozofia, nie tylko etyka, nie są naukami. Polecam wykłady Zybertowicza z metodologii nauk 🙂
Opiszę co dziś usłyszałam w stajni,bo to się wiąże z imprintingiem.Przychodzę do stajni a tu wszystkie konie w boksach oprócz mojego.Pytam chłopaka stajennego dlaczego tak a on opowiada"Zrzucaliśmy wczoraj śnieg z dachu karuzeli,konie się denerwowały i biegały jak szalone po padoku.Potem ich nie mogłem połapać,przez 2 godziny ganiałem za nimi po kolana w śniegu-tylko pani koń przyszedł ! Dziś zrzucamy z lonżownika to tylko jego wypuściłem,nie będę za tamtymi znowu biegał.Pani koń to jest taki...inny"
Wszystkie dwa moje źrebięta były imprintowane. W żadnym razie nie były to "doświadczenia" w rozumieniu nauk przyrodniczych. Moje achałtekinki są generalnie przylepne i wszystko można z nimi zrobić, imprintowana Margire niczym się więc nie różni od dwóch pozostałych. Dalia wlkp w głębi serca jest przytulnym pluszakiem i obaj jej synowie, starszy - nie imprinotowany i nie mój; oraz młodszy - mój, imprintowany - też były przytulnymi pluszakami. Mój był odważniejszy, uważniejszy i bardziej opanowany. Że jednak byli po różnych ojcach, niczego to nie dowodzi.
Tym niemniej, zamierzam takie "doświadczenia" kontynuować, jeśli Bóg pobłogosławi i wreszcie któraś z księżniczek zdecyduje się skutecznie zaciążyć. Nawet, jeśli to wszystko nieprawda, to czy to czemuś albo komuś przeszkadza..?
Generalnie, to nic mnie tak nie odrzuca jak fanatyzm. A kolega wrotki, którego generalnie wysoce szanuję i zwykle się z nim zgadzam, w swojej niechęci do wszystkiego, co używa przymiotnika "naturalne", popadł niestety w fanatyzm.
Bardzo trudno jest spełnić kryteria prawidłowego eksperymentu w rozumieniu nauk przyrodniczych. Tak naprawdę, to nawet niewiele czynności wykonywanych w laboratoriach w pełni te kryteria spełnia - i stąd rozwinęły się rozmaite techniki i metody (statystyczne przede wszystkiem) eliminowania z doświadczeń wpływu różnych przypadkowych, a od eksperymentatora niezależnych wpływów. W biologii, a jeszcze w psychologii behawioralnej (bo do tego rzecz się koniec końców sprowadza), o czysty eksperyment prawie równie trudno, jak w socjologii - gdzie i tak da się eksperymentować jedynie na małych grupach i to w wąskim zakresie parametrów, nieprawdaż..?
Generalnie, to nic mnie tak nie odrzuca jak fanatyzm. A kolega wrotki, którego generalnie wysoce szanuję i zwykle się z nim zgadzam, w swojej niechęci do wszystkiego, co używa przymiotnika "naturalne", popadł niestety w fanatyzm. dla jednych fanatyzm, dla innych logiczna konsekwencja. żeby kontrolować czyjeś myśli, najpierw trzeba kontrolować jego język...dlatego ja z uporem dbam o to by nazywać rzeczy tak jak się nazywają...jest bardzo mała droga od tego,że jak będziemy przyzwyczajanie i oswajanie zwierząt nazywać imprintingiem , to nie będzie można protestować, że słowo małżeństwo dotyczy tylko i wyłącznie relacji miedzy osobami dwóch płci 🙄 imprinting został dowiedziony tylko u ptasich zagniazdowników i ssaczych (nie wszystkich) parzystokopytnych i jest to zdolność bardzo szczególna i bardzo precyzyjnie zdefiniowana ...czytanie o wdrukowaniach u kociąt czy szczeniąt, doprowadza mnie do panicznego wniosku,że największym cudem przyrody nie jest pojawienie się Homo Sapiens, a kolejne pokolenia kukułek 🤔wirek: naprawdę warto dbać o to jak się pisze i mówi bo to ma bezpośredni wpływ na naszą świadomość...a tu juz krok do "zbrodniomyślenia"!!! ...i to fantastycznie JKobus,że tak sie szybko i wcześnie oswajasz ze źrebiętami, to bardzo dobrze i zapewne bardzo pomocne i zdrowe, ale nic to ma do zjawiska wdrukowania! ps. i strasznie mi przykro że musiałem wszystko wyłuszczyć do końca i wprost...bo to że jacyś frajerzy łapią się na jakieś certyfikacje to tylko "kapelusze z głów"monseigneur Miller 😎
Nie rozumiem tego całego szumu, że niby potrzebujemy na wszystko potwierdzeń i badań naukowych nie wystarczy właśnie opinia ludzi którzy zastosowali imprinting czy zwał jak zwał, ja mam na koncie od trzech lat po 5 źrebaczków rocznie czyli jakieś 15 źrebaczków (stajnia hodowlana w której pracuje) wszystkie od urodzenia miziane głaskane kochane itd nie koniecznie w pierwszych godzinach po porodzie (niech ktoś spróbuje upilnować hucułkę przy porodzie) ale najszybciej jak się dało maluchy miały bezpośredni kontakt z ludźmi. Wszystkie jak do tej pory bez żadnych problemów dawały sobie zakładać kantarki rozczyszczać kopytka no poprostu zero stresu z obsługą takich młodzików. A spróbujcie wyjść u mnie na padok jak są źrebaczki na nim, od razu biegną przywitać się i pomiziać z człowiekiem. Jeszcze jeden plus jak zajeżdżam potem młode to jak się boją pierwszy raz gdzieś przejść np w terenie to wystarczy zejść je przeprowadzić wszędzie pójdą za człowiekiem. Dla porównania do stajni dorzucone zostały dwie klaczki kupione z wolnego chowu (czytaj róbta co chceta na padoku) Miały po 3 lata jak pierwszy raz człowiek na dobre zagościł w ich życiu, człowiek czyli w tym wypadku ja 🙁 , to była męka zanim klaczki przekonały się że człowiek nie pożera. Na dodatek jak do tej pory w mojej przygodzie z końmi pojawiały się tylko miłe konie akceptujące człowieka jako element ich świata. Matko wierzcie mi że czyszczenie konia szczotką na wysięgniku żeby w delikatny sposób przekonać go że ona nie pożera to była masakra, ale zadziałała (nie miałam innego pomysłu :lol🙂 Mnie takie doświadczenie wystarcza aby z całą pewnością stwierdzić że kontakt konia z człowiekiem najlepiej żeby zaczął się jak najwcześniej i kojarzył się jak najmilej (a to jak to ktoś nazywa i że robi na tym kasę to jak to ma ludziom i koniom pomóc to chwała im za to 😅.
No właśnie, mnie to przypomina sztuke Moliera "Mieszczanin szlachcicem", której bohater w dojrzałym wieku dowiedział się, że przez całe życie mówił prozą! Ostatnio namnozyło się cwaniaczków, którym wystarczy coś pieknie nazwać (szczególnie po angielsku), aby dobrze sprzedać, chociaż p[rzewaznie są to rzeczy, o których starzy koniarze wiedzieli od dawna, tylko tak tego nie nazywali 🤣
vicevers dziki,Puszito, i jkobus, odnosząc się do fachowców z poprzedniej strony, to wszyscy którzy pisaliśmy o własnych doświadczeniach w tym wątku nie stosowaliśmy jedynego słusznego imprintingu, tylko opiekę nad źrebakiem albo poddawaliśmy co najwyżej końskie dzieciaki "imprintingowi". Grunt to nie dać się zwariować.
Wielu właścicieli koni eksperymentuje na oślep na swoich źrebiętach jednak należy zrozumieć że trening imprintingowy ma swoje wytyczne i zasady.
Trochę nie rozumiem, jak to się ma do tego: A umiejętność wyczucie czasu nabywa się przez wieloletnią świadomą pracę z końmi. Umiejętność wyczucia napięcia w ciele źrebiąt i oceny odpowiedniego momentu odpuszczenia można się nauczyć jedynie pracując ze źrebakami. Doświadczenie jest kluczową sprawą. Trzeba je zdobywać.
Ergo, skoro właściciele (źli do cna i niewątpliwie nieodpowiedzialni) eksperymentują, a macacze fioletowego jednorożca mogą się legitymować konkretnymi umiejętnościami dopiero po wieloletniej pracy ze źrebakami, to oznacza, że w trakcie owych lat ta druga grupa też tak samo eksperymentuje.
A jeśli mamy się już łapać za słówka, podkreślać terminologie i certyfikaty: Nie ma nic trudnego w głaskaniu źrebaka, stukaniu w kopytka i masowaniu torebką foliową. Będzie się to nazywało opieką nad źrebakiem. Jeśli masowanie torebką foliową jest opieką nad źrebakiem, to właśnie zaczynam mieć poczucie, że źle się opiekuję moimi końmi, bo masuję je torebkami raczej rzadko... 🤔wirek:
a ja nie rozumiem po co masowac źrebaka torebką foliową... nie lepiej delikatną szczotką mniej wiecej tydzien po urodzeniu, a do tego czasu ręką, sianem?
Jak to po co! Zeby dostał certyfikat! Bo taki zaimprintigowany torebką foliową dostanie certyfikat, że jest zaimprintigowanym źrebakiem. Inne nie dostaną. Ja nie imprintigowałam torebką foliową i nie ma certyfikatu 😕
a no tak... moje tez nie mają certyfikatu... ale moze by zdały i tak nie boją sie torebek.. niczego sie nie boją i polegną na pokazach bo w du...e mają folię ale moze chociaz certyfikat dostaną co?