safiePowyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym.Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym termin 07 lutego 2014 06:45
safiePowyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym.Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym termin 07 lutego 2014 07:09
O konie poszło... nagle sobie uświadomił, że jak będzie pogoda to będę siedziała cały czas w stajni (będę często, ale bez przesady), a on dla mnie z treningów rezygnuje. Nie raz i nie dwa sama go na treningi goniłam, a teraz mi tekstem rzucił, że musi się najwyraźniej pogodzić z faktem, że zawsze będzie drugi. Mam uczulenie na takie teksty i nie wiem czy lepiej teraz tego nie skończyć skoro po 2 miesiącach ma z tym problem
Ja przepraszam, że tak wyciągnę to publicznie. Nie znam Cię, nie wiem jaka jesteś, ale widziałam na fejsie ostatnio Twoje zdjęcie jak stoisz przy nasionach z jakąś kobietą. I myślę sobie "Taka fajna, babka, młoda, ładna, zadbana, niezależna, odnosząca sukces. Tylko dlaczego do cholery nie ma tego odpowiedniego faceta przy boku!"
widzisz Jara, wielokrotnie - bo praktycznie całe życie się nad tym zastanawiam… i wniosek jeden - i dotyczy on czasów obecnych, ale też sprzed 10 lat, sprzed 20 lat… po prostu nikt mnie nie chce
zawsze ja biegałam, starałam się, stawałam na głowie nikt ze mną sam z siebie nigdy się nie umówił, mną ewentualnie interesują się mega-lemury, kompletnie nie z mojej bajki - raczej podczepiacze, jakieś "obiboki"
w liceum nie miałam chłopaka, na studiach też nic wartego wspomnienia, oczywiście zawsze byli/są chętni "na jedną noc" ale nie jestem, nie byłam zainteresowana
osoby, które się mi podobają są poza moim zasięgiem,
nie sądzę by kiedykolwiek się coś zmieniło, mam naprawdę full znajomych, kolegów, przyjaciół ciągle poznaje dużo ludzi - może po prostu taki los
za mężem też ja chodziłam, aż wychodziłam i na dobre to nie wyszło….
Dodofon no jakbym była facetem to bym o Ciebie zabiegała 😂 Moze po prostu czas przestać szukać, latać i sam się znajdzie ten który będzie o Ciebie zabiegał. Babka z karierą, odważna i do tego pokazująca, że jej zależy może.. przytłaczać?
JARA, tyle, że babki z karierą są MAGNESEM dla takich siusiumajtków i obiboków 😉 Widzą - o! Babka jest samodzielna, ma kasę, taka niezależna i w ogóle - będę miał drugą mamusię, co wszystko za mnie zrobi! I byc może do roboty nie trzeba będzie iśc!
Moja mama jest teraz w dokładnie takiej samej sytuacji - kasy sporo zarobiła, to facetów jak mrówków 😉 Szkoda, że wszyscy liczą, że za darmo będą mieszkac w jej mieszkaniu i jeszcze do tego moja mama obiadek im pod sam nosek przyniesie :/
Dodofon no jakbym była facetem to bym o Ciebie zabiegała 😂 Moze po prostu czas przestać szukać, latać i sam się znajdzie ten który będzie o Ciebie zabiegał. Babka z karierą, odważna i do tego pokazująca, że jej zależy może.. przytłaczać?
ale ja już nie szukam, nie latam, nie staram się od dobrych kilku lat po prostu olałam kwestię, chociaż przykro samemu całe życie
Ja zupełnie różnie widzę ludzi po wojsku. 1) poborowi dawnych dwóch lat - sam mój chłop mówi, że w wojsku nauczył się zaradności, punktualności, "prasowania" łóżka (co ma do dziś). Fali jako takiej nie było, na początku przez miesiąc trochę starsi poganiali, żeby młodzież wiedziała że to nie przedszkole i tyle. W wojsku zrobił wszelkie możliwe prawa jazdy i został kierowcą generała. To taka pierwsza praca jakby. Nauczenie się podporządkowania. 2) poborowy roczny, co został na kilka lat zawodowym. Misja itp. Wielka odpowiedzialność ale i zamknięcie w sobie. Nie wiem kim by był, gdyby nie decyzja o odejściu z wojska po 6 latach. 3) poborowy jednego z ostatnich obowiązkowych roczników. Słynna fala, brak pomysłów co z tymi ludźmi robić. Przez rok chłopak siedział w jednostce i spasł się oglądając seriale. Nie mieli strzelań, poligonu, ćwiczeń - kasy brak. Tylko służby wartownicze 2 razy w tygodniu. Doszło do tego, że między służbami dostawał non stop przepustki, bo po co żywić żołnierza jak można go przenieść do jednostki najbliżej domu i niech mieszka i żywi się u rodziców. Nic to wojsko nie dało poza stratą roku, przerwaniem nauki i utratą pracy. (kończył szkołę po semestrze zimowym i czekał na maturę w maju i dalej miał iść na studia, a w kwietniu dostał bilet na 1 czerwca i nie było tłumaczenia "że jeszcze się uczy'😉.
Znam też kilku żołnierzy zawodowych wśród pokolenia rodziców. Są i tacy co im palma odbiła i w domu wojskowe zasady wprowadzali, znam też normalnych co nie idzie do nich przykleić stereotypów.
Dodofon, czytając Twój post - jakbym o sobie czytała. Mi zależy, latam, magii pilnuję - a to chyba najgorzej, bo magia powinna być a nie istnieć na zasadzie: dopóki pilnuję działa, jak zostawiam to przygasa. A czasami też mam wrażenie, że obecny związek jest bo jest. Proza życia - nie jest męcząca. Bardziej to, ze ze sobą praktycznie nie gadamy. Chwile ciszy są fajne, ale czasami czuję, że to już nie "ten rodzaj".
Podobno powinno się być z kimś, kto do naszego życia wnosi magię, jakieś pozytywy. Ja nie wiem, gdzie u mnie są pozytywy, chyba mi się włączył proces zamykania się w sobie.
Powiem szczerze, że w ostatnich dniach jestem już tak "oddalona", że zaczynam się zastanawiać nad sensem (mam często takie huśtawki nastrojów i humorów - myślałam, że po odstawieniu tabsów będzie lepiej, a tu kaszanka.)
Kajula to chyba poznajesz nie tą co trzeba. Dziwnym trafem przez całe moje życie trafiałam na normalnych młodych ludzi z wartościami jednocześnie lubiącymi się zabawić. Tak naprawdę to nie ma co generalizować młodzieży ani nikogo, bo zawsze znajdą się ci 'źli' i 'dobrzy'. Więc co to ma za sens? Albo ktoś ma pecha i trafia na samych tych gorszych, albo tylko wie, że istnieją.
A tak związkowi to jesteśmy lekko pokłóceni, ale myślę że wszystko minie jak się dzisiaj zobaczymy.
ja myślę, że po prostu nie można mieć w życiu wszystkiego…. jedni dostają miłość- fajny związek, inni zupełnie inny pakiet po prostu ja otrzymałam ten inny pakiet
ja setek rzeczy nie robię - bo nie mam z kim, i co z tego jak sobie mogę jechać gdzieś, jak nie mam z kim,\oczywiście mogę jechać z koleżanką, dzieckiem, itd. ale po co...
Dodo, a ja się nie zgadzam. Są jeszcze Ci trzeci- co mają miłość, partnera, szczęście prywatno- zawodowe, no i pasje też. (znam takich prywatnie, a np. forumowa Dzionka mi na taką wygląda :P) Ci są jednak w mniejszości. No bo przecież na świecie nie jest idealnie, nie?
Mój ojciec to żołnierz zawodowy (teraz już emerytowany, pułkownik) i on zdecydowanie dostał w wojsku szkołę życia. Swoją drogą, pewne umiejętności z powodzeniem wykorzystał w późniejszej pracy, stając się - dosłownie - rekinem biznesu. Ponieważ wychowywałam się w "wojskowym środowisku", na wojskowym osiedlu, gdzie codziennie widziałam generałów, oficerów, którzy byli ojcami moich kolegów i koleżanek, mam spaczone podejście. Tyle, że to, co widzę teraz, a to, co było kiedyś - to dla mnie dwa różne światy.
Uwielbiam wojskowych, może dlatego, że naprawdę dużo widziałam i ojciec przemycał mnie jak byłam małym szczylem do jednostki. Siedziałam sobie pod jego biurkiem 😁 Mam sentyment po prostu. Ale jakbym miała mieć męża żołnierza to sorry, ale dopiero od korpusu oficerów 😉 A nie jakiegoś kaprala 😜 To tak pół żartem, pół serio oczywiście.
ps. mój ojciec jest specyficzny, jest mega konkretny, bardzo dużo wymaga, trudno się z nim dyskutuje - on wydaje rozkazy 😉 kocham go, bo to mój Tato, ale on też mi dał szkołę życia, choć jestem mu za nią wdzięczna 😉 przynajmniej jestem zaradna i staram się nad sobą nie rozczulać. Ale czy chciałabym mieć takiego PARTNERA? Nie wiem 😉
amnestria, myślę, że nie da się porównać kogoś kto odbył 2 letnią służbę w wojsku z kimś kto był zawodowym do emerytury. Wojsko miało swoje plusy kiedy trafiali tam młodzi chłopcy i uczyli się drygu. Ale czasy się zmieniły, dziś równie dobrze zaradnym można nazwać kogoś, kto zamiast latać po poligonach potrafi świetnie się poruszać w gąszczu przepisów (prawnik) czy ktokolwiek inny, kto daje sobie radę w życiu.
Tak się zastanowiłam, to nigdy na dłuższą metę nie związałam się z facetem po studiach wyedukowanym, typem inteligenta. Za to każdy miał umiejętności techniczne, tzw smykałkę i większość rzeczy w domu robił sam. Czasem mi brakuje tego oczytania w P. Z drugiej strony nigdy nie znałam drugiej tak pracowitej osoby.
Oczywiście, że tak 🙂 Dużo zależy od rodziców i tego, na ile "wyręczają" swoje dziecko. Mam kolegów-życiowe kaleki, za których wszystko robiła mama, a pieniądze magicznie spadały z nieba. Mam kolegów, którzy mogli liczyć tylko na siebie i w efekcie bardzo szybko się usamodzielnili. To samo z dziewczynami zresztą.
Dodofon, czytając Twój post - jakbym o sobie czytała. Mi zależy, latam, magii pilnuję - a to chyba najgorzej, bo magia powinna być a nie istnieć na zasadzie: dopóki pilnuję działa, jak zostawiam to przygasa. A czasami też mam wrażenie, że obecny związek jest bo jest. Proza życia - nie jest męcząca. Bardziej to, ze ze sobą praktycznie nie gadamy. Chwile ciszy są fajne, ale czasami czuję, że to już nie "ten rodzaj".
Podobno powinno się być z kimś, kto do naszego życia wnosi magię, jakieś pozytywy. Ja nie wiem, gdzie u mnie są pozytywy, chyba mi się włączył proces zamykania się w sobie.
Powiem szczerze, że w ostatnich dniach jestem już tak "oddalona", że zaczynam się zastanawiać nad sensem (mam często takie huśtawki nastrojów i humorów - myślałam, że po odstawieniu tabsów będzie lepiej, a tu kaszanka.)
Thymos tak się zastanawiam jaką magię masz na myśli 🙂 Bo jeżeli chodzi Ci o tą magię z początków związku, kiedy nawzajem się ludzie poznają, odkrywają siebie, wszystko jest takie cudowne, w brzuchu ma się motylki i człowiek tylko ciągle chciałby się przytulać i nie może się nasycić widokiem drugiej osoby, to z czasem to mija. Z perspektywy 8-letniego związku mogę Ci powiedzieć, że nie ma w nim nic z tej początkowej magii. Ciężko zresztą żeby była, skoro mieszka się ze sobą kilka lat, zna się niemal jak łyse konie, zna się swoje wady i złe nawyki. Nie ma miejsca na magię 😉 Tylko, że ja nie widzę w tym nic złego 🙂 Wcale nie jestem mniej szczęśliwa niż wcześniej. W sumie to od tej magii, wolę pewność i poczucie bezpieczeństwa jakie daje mi związek z moim mężem 🙂 Jak mąż wraca z pracy, to nie rozmawiamy cały czas. Każde zajmuje się swoimi sprawami, czasem lubimy pomilczeć w swoim towarzystwie. Raz po raz, któreś z nas się przytuli, jak czuje potrzebę. Ale nie zabiegamy o to ciągle.
pamirowa no niby wiem, ale kurde, jakoś mnie to boli. wiesz, chodzi o to, żeby dobrze się czuć w swoim towarzystwie, czy jako gaduły, czy w ciszy; a tu u siebie widzę zapaloną lampkę. Teraz dopiero zaczynam myśleć najpierw o sobie, potem o Nas, i to trochę mnie smuci.
Dodofon, a nie zastanawiałaś się nigdy, że fakt, że masz męża ODSTRASZA większość facetów? Dla mnie żonaci faceci istnieją TYLKO jako kumple. Co z tego, że mówi, że "on już wcale z nią nie sypia". Ale w związku małżeńskim jest. Myślę, że z facetami jest tak samo.
Poza tym... nie trzeba o kogoś zabiegać. To tak nie działa.
Najlepsze jest to, że z chłopaków z którymi korespondowałam, o tym wiedziałam najmniej i w ogóle już się zastanawiałam czy nie odwołać randki, bo mi się wydawało, że pewnie nie będzie fajnie. A tu takie miłe zaskoczenie 🙂 Tylko żeby się to potoczyło dalej... 😁
Thymos Pamiętam, że gdy już jakiś czas mieszkaliśmy razem trochę mnie smuciło, że już niewiele muszę odkrywać, wszystko wiem, nawet to, że nie bardzo lubi po sobie zmywać 😉 Nie myślałam wtedy jednak o rozstaniu: ot, było to po narodzinach dziecka, myślałam o utraconym poczuciu swobody i w związku i w życiu. Minęło. Okazało się, że dziecko mnie nie ograniczyło. Bałam się wtedy, żeby nie uznano mnie za nieodpowiedzialną nastkę i chciałam dorosnąć szybciej niż było to potrzebne. Teraz często jestem dzieckiem razem z moim dzieckiem. Tylko czasem mu mruknę, żeby się nie darł tak głośno... ale chyba odeszłam od sedna 😉
Chodzi o to, że cieszy mnie to... głębokie uczucie jakie mamy. Z tym, że my nadal lubimy się przytulać, fajnie nam w łóżku, bawimy się sobą. Kochamy. Właściwie się nie kłócimy, raczej irytujemy na moment. Wiem, że brzmi to wręcz infantylnie i idealistycznie, ale ja nie mam nic przeciwko temu, żeby tak zostało. Choć był gorszy moment. I był straszny. Bo jednocześnie kochałam go nad życie i chciałam czegoś, czego nie umiałam zdefiniować. Wynik totalnej rewolucji w życiu, na szczęście sobie z tym poradziłam. Z jego pomocą z resztą.
Jeśli chodzi o zaradność życiową to w domu rodzinnym mojego męża był, choć nikt tego nie przyzna, taki typowy model rodziny: kobieta do garów, a facet do roboty. Mój mąż nigdy w domu nie musiał po sobie zmywać, ani sprzątać za to dużo pracował na gospodarstwie. Nie wiem jakim cudem, ale udało nam się dogadać, podzieliliśmy się obowiązkami (wciąż ja w domu mam o wiele więcej niż on, ale nie przeszkadza mi to). Na szczęście nie zostawia już brudnych rzeczy tam gdzie się rozebrał, a brudne naczynia odkłada do zmywarki. Jego stały obowiązek to wieszanie prania i nazwałabym to: sprzątanie za własnym tyłkiem. I dajemy radę. Za to on zdecydowanie więcej pracuje na gospodarstwie i dopóki dziecko nie pójdzie do przedszkola pewnie tak będzie. Jest to jednak system, który sami ustaliliśmy i dobrze się w tym czujemy.
Chodzi o to, że cieszy mnie to... głębokie uczucie jakie mamy. Z tym, że my nadal lubimy się przytulać, fajnie nam w łóżku, bawimy się sobą. Kochamy. Właściwie się nie kłócimy, raczej irytujemy na moment. Wiem, że brzmi to wręcz infantylnie i idealistycznie, ale ja nie mam nic przeciwko temu, żeby tak zostało. Choć był gorszy moment. I był straszny. Bo jednocześnie kochałam go nad życie i chciałam czegoś, czego nie umiałam zdefiniować. Wynik totalnej rewolucji w życiu, na szczęście sobie z tym poradziłam. Z jego pomocą z resztą.
Ja czuję, że to uczucie, jest, tylko ginie czasami przygniecione moimi huśtawkami (Bo On raczej z tych stałych jest). Ja chyba szukam guza w całym, bo lubię jak się coś dzieje. To jest złe, bo z pierdół czasami robię wielkie rzeczy. A co do dziecka; coś mi się wydaje, że ja mając maleństwo też bym się podobnie zachowywała. Ale ja mam taką infantylną naturę 😁
Z perspektywy 8-letniego związku mogę Ci powiedzieć, że nie ma w nim nic z tej początkowej magii. Ciężko zresztą żeby była, skoro mieszka się ze sobą kilka lat, zna się niemal jak łyse konie, zna się swoje wady i złe nawyki. Nie ma miejsca na magię 😉 Tylko, że ja nie widzę w tym nic złego 🙂 Wcale nie jestem mniej szczęśliwa niż wcześniej. W sumie to od tej magii, wolę pewność i poczucie bezpieczeństwa jakie daje mi związek z moim mężem 🙂 Jak mąż wraca z pracy, to nie rozmawiamy cały czas. Każde zajmuje się swoimi sprawami, czasem lubimy pomilczeć w swoim towarzystwie. Raz po raz, któreś z nas się przytuli, jak czuje potrzebę. Ale nie zabiegamy o to ciągle.
Podpisuję się pod każdym słowem wszystkimi swoimi kończynami! Poza mężem, którego jeszcze nie mam, a prawie 8 lat już za nami 🙂 Ale to prawda, po takim czasie nie ma już miejsca i czasu na magię. Każde z nas żyje codziennością, nawet wieczory spędzamy przy "swoich sprawach". I zdecydowanie to teraz jestem bardziej szczęśliwa niż na początku 🙂
Dodofon, mi się wydaję, że mężczyźni boją się kobiet, które są bardziej zaradne od nich samych 😉 No bo jak to możliwe, żeby kobieta lepiej zarabiała? Wielu z moich znajomych nie potrafiło zrozumieć jak ja mogę zarabiać więcej od nich. Ale cieszę się, że ile bym nie zarobiła to mój P. i tak przyniesie zawsze więcej 🙂 Życzę Ci kochana, aby znalazł się na Twojej drodze dokładnie taki, jakiego sobie wymarzyłaś :kwiatek:
Thymos, szukasz dziury w calym, w tym i kazdym poprzednim opisywanym przez Ciebie zwiazku 🙂 Moze powinnas zwiazac sie z jakims marynarzem, himalaista czy podroznikiem, zeby sie rzadko widziec i miec ciagle nadmierne emocje 😉 Moze Ty po prostu czujesz sie niewygodnie sama ze soba - bo niezaleznie od faceta i tego co robi, Tobie ciagle albo czegos za malo, albo cos Ci nie pasuje. To, ze myslisz najpierw o sobie jest normalnym, zdrowym odruchem - czemu Cie to smuci? Jestescie dwiema odrebnymi osobami, i najpierw jestes Ty.
O konie poszło... nagle sobie uświadomił, że jak będzie pogoda to będę siedziała cały czas w stajni (będę często, ale bez przesady), a on dla mnie z treningów rezygnuje. Nie raz i nie dwa sama go na treningi goniłam, a teraz mi tekstem rzucił, że musi się najwyraźniej pogodzić z faktem, że zawsze będzie drugi. Mam uczulenie na takie teksty i nie wiem czy lepiej teraz tego nie skończyć skoro po 2 miesiącach ma z tym problem
miałam identyczną sytuację z eksiem, cały czas go bodło że nie jest i nie będzie najważniejszy. Niby nie protestował jak jechałam do konia ale pytanie o której wrócę było mocno nieprzyjemne w odbiorze. Wpadłam w pętlę, siedząc w domu chciałam do stajni, będąc w stajni zjadały mnie wyrzuty że już tyle czasu tu jestem itd... błędne koło, nigdy nie byłam tak sfrustrowana. Wymiękłam całkiem po tekście, że jak zachce mi się dziecka to z czegoś trzeba będzie zrezygnować (czytaj z konia oczywiście). Uciekłam i odetchnęłam.
Ale porozmawiajcie o tym, musi zrozumieć że to Twoja pasja, to Cię uszczęśliwia i chcesz to robić. Skoro on z czegoś dla Ciebie rezygnuje - nie pozwól na to, ma na Ciebie "haka". A fuj.
O konie poszło... nagle sobie uświadomił, że jak będzie pogoda to będę siedziała cały czas w stajni (będę często, ale bez przesady), a on dla mnie z treningów rezygnuje. Nie raz i nie dwa sama go na treningi goniłam, a teraz mi tekstem rzucił, że musi się najwyraźniej pogodzić z faktem, że zawsze będzie drugi. Mam uczulenie na takie teksty i nie wiem czy lepiej teraz tego nie skończyć skoro po 2 miesiącach ma z tym problem
Ja miałam walkę o konia przez 5 lat. Może walka to zbyt dużo powiedziane, ale było ciągłe gadanie - "po co Ci koń, zaraz nie będziesz mieć na niego czasu, po co wydajesz na niego tyle kasy jak mamy rachunki do popłacenia, po co Ci ten koń?!" Dziś konia już nie mam. I jeżeli mam być szczera to odetchnęłam. Rozwiązał się całkowicie mój problem finansowy, bo jednak ten tysiak miesięcznie na konia mnie zabijał. Czasu rzeczywiście na konia miałam coraz mniej, a płacić trzeba było. Wpadłam w wir pracy, po pracy o 18 jechałam do domu by móc chociaż trochę czasu spędzić razem. Na konia zostawały weekendy, które później też się skurczyły, bo zmieniłam pracę i soboty też miałam pracujące. Wymiękłam w pewnym momencie i zdecydowałam, że czas się z koniem rozstać. Dziś o koniu rozmawiamy w czasie PRZYSZŁYM, nie przeszłym. Koń był, ale kiedyś też na pewno będzie - obok domu. I oboje tego chcemy. On też miał swoją ogromną pasję, z której musiał zrezygnować bo dużo go kosztowała. I widzę jak każdy dzień bez tej pasji go boli tak samo jak mnie bez mojej. Ale czasem trzeba podjąć taką ważną decyzję… Zdecydowaliśmy się na mieszkanie razem, na wspólne finanse i oboje decydujemy o tym, na co je przeznaczamy. Czy żałuję decyzji? Poniekąd na pewno, bo w ciężkich chwilach jechałam do konia i wszystkie problemy stawały się odległe. Ale jakoś muszę sobie radzić. Dziś nie rozpaczam, minęły już 2 lata (w sumie zaraz trzy) odkąd nie mam konia, dziś dążę do tego, żeby móc wrócić do starych czasów 🙂