Goździk facet jest taki, że ciężko jakoś przestawić mu się na tryb "my" zamiast "ja". Dla mnie to tak oczywiste, że ciężko mi pojąć, że on może się zapominać, że jesteśmy RAZEM. Często nie bierze mojego zdania pod uwagę, lekceważy mnie, zapomina... Rozmawiamy sporo. Poprawy są na jakiś czas, zapewnia mnie o uczuciu i że myśli o mnie dobrze, a potem zazwyczaj znowu zdarzają mu się jakieś pomyłki i potknięcia. Nie identyczne jak poprzednio, ale podobne. I teraz już rzadziej niż kiedyś. Niedobrze się czuję ciągle go poprawiając i wymagając innego zachowania niż to, które najwidoczniej leży w jego naturze (rozpieszczony przez mamusię jedynak 😉). Nie wiem czy mam jeszcze siłę, żeby o to walczyć i czy mi się chce. Czuję się jak taka zrzędliwa baba, która bez przerwy go strofuje. Tymbardziej, że tak jak wcześniej pisałam problem nie leży tylko po jego stronie. Ja też nie jestem bez winy. Też psuję ten związek. Gdzieś się zatraciła radość z wspólnego spędzania czasu i bycia razem.
Hm, dzięki za rady. Muszę wszystko przemyśleć i się z tym przespać :kwiatek:
kajpo, zgadzam się, że czasem mimo wątpliwości warto powalczyć, ale chyba w tym momencie mam ich za dużo. Nie jestem pewna tylko, czy różnice między nami, zarówno jeśli chodzi o charaktery, jak i o podejście do życia i wielu spraw, nie są zbyt wyraźne. Nie jestem z nim dlatego, że lepszy rydz niż nic, ta myśl o tym, że boję się bycia samej, była raczej obawą o przyszłość, a nie definicją teraźniejszości. Gdybym spotkała jakieś ciacho, raczej mimo wszystko nie zostawiłabym go. Do tej pory było dwóch zainteresowanych, którzy tak jak mówisz cały czas byli dla mnie niewidzialni, bo miałam R i nadal by tak było, ale chyba oboje za bardzo męczymy się w tym związku i za często się kłócimy o nic, o głupoty, żeby to ciągnąć. Chyba zrobię tak, jak mówi szafirowa, czyli przeczekam i po maturze zobaczę co dalej.
Goździk facet jest taki, że ciężko jakoś przestawić mu się na tryb "my" zamiast "ja". Dla mnie to tak oczywiste, że ciężko mi pojąć, że on może się zapominać, że jesteśmy RAZEM. Często nie bierze mojego zdania pod uwagę, lekceważy mnie, zapomina... Rozmawiamy sporo. Poprawy są na jakiś czas, zapewnia mnie o uczuciu i że myśli o mnie dobrze, a potem zazwyczaj znowu zdarzają mu się jakieś pomyłki i potknięcia. Nie identyczne jak poprzednio, ale podobne. I teraz już rzadziej niż kiedyś. Niedobrze się czuję ciągle go poprawiając i wymagając innego zachowania niż to, które najwidoczniej leży w jego naturze (rozpieszczony przez mamusię jedynak 😉). Nie wiem czy mam jeszcze siłę, żeby o to walczyć i czy mi się chce. Czuję się jak taka zrzędliwa baba, która bez przerwy go strofuje. Tymbardziej, że tak jak wcześniej pisałam problem nie leży tylko po jego stronie. Ja też nie jestem bez winy. Też psuję ten związek. Gdzieś się zatraciła radość z wspólnego spędzania czasu i bycia razem.
Matko, rozumiem doskonale, o czym mówisz, bo u mnie było identycznie, łącznie z rozpieszczonym przez mamusię jedynakiem 😉 Z perspektywy czasu nadal boli mnie ta sytuacja, bo jednak był to mój pierwszy poważniejszy związek z którym, wiadomo, wiązałam jakieś nadzieje. Ale tutaj chyba jednak osoby postronne nie są najlepszymi doradcami, musisz sama sobie odpowiedzieć na pytanie, czy jest sens dalej taki związek kontynuować i znajdziesz w sobie wystarczająco dużo cierpliwości. Nie powiem, żeby było mi łatwo - jesteśmy skazani na dość częste widywanie się, a i mój chłopak, odkąd się rozstaliśmy, zaczął się zachowywać nieco inaczej. Utrzymujemy koleżeński kontakt i czasem czuję jeszcze ukłucie żalu, że to po prostu nie zadziałało. Że nie próbowałam przeczekać tego kryzysu. Sama nie wiem, do czego mogłoby to doprowadzić. Podejrzewam, że do "niczego", bo byłabym bardzo nieufnie nastawiona do takich wyproszonych zmian w jego zachowaniu, a więc i on szybko stracił by zapał, nie widząc oczekiwanej reakcji. Nadal ciężko jest mi to oceniać na chłodno, bo jednak sprawa jest dość świeża, ale powoli też zdejmuję z siebie to poczucie winy "za wszystko" i czuję się po prostu lepiej. Choć, wiadomo, ciężko tak nagle zostać samemu, zwłaszcza, gdy się wcześniej długo z kimś było 😉
Także, gdzieś tam z innej dzielnicy Warszawy przesyłam dużo pozytywnej energii, bo jednak w jakiś sposób "podnoszące na duchu" jest i dla mnie odkrycie, że takie problemy się zdarzają. Trzymaj się ciepło! :kwiatek:
Oż ty, co to za podejście w ogóle! Bardzo tego nie lubię - "Lepszy rydz niż nic"... Czy jesteś z nim tylko dlatego, że boisz się że nikt inny cię nie będzie chciał? Mylisz się moja droga, prędzej czy później kogoś znajdziesz. Prosta sprawa, wyobraź sobie że leci na ciebie największy przystojniak i romantyk jakiego mogłaś sobie wyobrazić. Ideał. Czy nadal chcesz być ze swoim R. czy rozważasz opcję żeby spróbować z tamtym?
I to ma przekonywać do rozstania, i że lepszy rydz niż nic to nie prawda? Jakby się ciacho znalazło, to by się rozstała i nie miała by ani dylematów, ani problemu. Prędzej czy później? Kurcze, są dziewczyny, którymi na prawdę nikt się nie interesuje, więc nie dziwie się, jeśli chcą złapanego już chłopa zatrzymać.
Kochane jesteście dziewczyny :kwiatek: Od razu zrobiło mi się lepiej jak wyrzuciłam to z siebie. Sprawa jest jeszcze do przemyślenia i przeananalizowania wszystkich za i przeciw. Dzisiaj wstałam z lżejszą głową i większą ilością energii, więc na wszystko patrzę bardziej optymistycznie. (Choć z drugiej strony mój ambiwalentny stosunek do niego nie ułatwia podjęcia jakiejkolwiek decyzji).
[quote author=Goździk link=topic=148.msg1362393#msg1362393 date=1333654349] Nie powiem, żeby było mi łatwo - jesteśmy skazani na dość częste widywanie się, a i mój chłopak, odkąd się rozstaliśmy, zaczął się zachowywać nieco inaczej. [/quote] Hihi my też jesteśmy skazani na siebie. Pracujemy w tym samym budynku i siłą rzeczy widujemy się codziennie.
ashtray współczuję bardzo jedynaka....w dodatku z tego co piszesz z nadopiekuńczą mamą 🙄
Oj mamunia chyba niechętnie odda synusia jakiejś obcej kobiecie 😉 Mam wrażenie, że mnie nie lubi i wcale nie próbuje mnie poznać. Od prawie roku nie wymieniłyśmy ze sobą więcej zdań niż "dzień dobry-do widzenia". A ja pierwsza nie zagadnę jej. Głupio mi tak. Przecież nie wsadzę głowy do jej pokoju i nie zapytam "A co u Pani? Jak tam w pracy?" :P
E tam. Jedynacy wcale nie są tacy źli. 😉 Niektórzy mają super-matki. 😉 Za to najgorsze są te nadopiekuńcze mamusie. ashtray Ja bym na Twoim miejscu do niej nie zagadywała. "Dzień dobry-do widzenia" w zupełności wystarczy. 😉 Jak zaczniesz zagadywać, to ona jeszcze uzna, że jesteś bezczelna albo coś i będzie jeszcze gorzej. Takie matki trzeba przetrwać. 😉 A jak się chłop na to zapatruje w ogóle?
[quote="cieciorka"]Kurcze, są dziewczyny, którymi na prawdę nikt się nie interesuje, więc nie dziwie się, jeśli chcą złapanego już chłopa zatrzymać.[/quote] Ano. I takim to ja się w ogóle nie dziwię. Choć też trzeba rozróżnić -> są dziewczyny, którymi faktycznie nikt się nie interesuje, bo też na żadnej płaszczyźnie nie mają nic sobą do zaoferowania (choć to czasem można zmienić 😉 ), ale... są dziewczyny, które myślą, że nikt się nimi nie zainteresuje, bo mają zbyt mało pewności siebie i kompletnie w siebie nie wierzą pomimo, że tak naprawdę są ładne, miłe, sympatyczne i interesujące.
fin, Przeczekaj. Jak później ciągle będzie coś nie tak, to będziesz mogła się zastanawiać. Matura (a także sesja i tego typu rzeczy) związkom nie sprzyjają, bo człowiek jest rozdrażniony, gdzieś tam z tyłu głowy gniecie go egzamin i bardzo łatwo wywołać punkt zapalny, niewiele rzeczy się podoba, a jeśli te punkty zapalne lecą jeden za drugim, to człowiek = istota stworzona do czerpania przyjemności 😉 = zaczyna się zastanawiać, że "a może to nie to, a może jednak". To nie jest dobry czas na decyzje, moim zdaniem. Wiem co mówię.
Sankaritarina wiem, że jedynacy nie są tacy źli, bo sama jestem 😀 I nie mam zapędów egoistycznych, nie jestem samolubem i nie traktuję siebie jak pępek świata. I mama też mi się trafiła super. Moja mama jest bardzo kontaktowa, bardzo szybko skraca dystans i lubi rozmawiać z młodymi ludźmi. Raz tylko przesadziła- rozgadała się bardziej niż zwykle, potem coś tam się jej przypomniało, chciała dodać coś więcej do czegoś o czym wcześniej opowiadała i weszła do pokoju w momencie, w ktorym nie powinna 😁 A mój P. raczej nie widzi problemu, mówi mi, że jego mama mnie lubi, ale co ma powiedzieć innego? 😉
Niektórzy to się potrafią zdenerwować na własną dziewczynę, kiedy ta stwierdza, że matka lubego jej nie lubi. 😁 Także fajnie, że P. problemu nie widzi. 🙂
no to kiedys musi przyjsc moment odlaczenia od aparatury - co myslisz? Pogadajce sobie szczerze, bez manipulacji, poczucia winy, popros go o to, zeby pomyslal o Tobie i Twoich uczuciach i pozwolil Ci decydowac za sama siebie. To jest bardzo trudna decyzja, ale musisz myslec o sobie, o tym czego chcesz od zycia, partnera itd. Jesli nie znajdujesz sie teraz to powinnas to zmienic. Jak juz postanowisz to znajdzie sie ochota i energia i mimo trudnosci bedziesz z siebie zadowolona. Nie ma sie czego bac. Zaslugujesz na wszystko co najlepsze, pamietaj o tym!!!
bera7, skoro mowisz, ze zdechly, to znaczy ze Ty juz wiesz. Moze trzymasz ten zwiazek jeszcze, zeby wszysciutko sobie w glowie i w zyciu poukladac, tak, zeby potem, po dopelnieniu 'formalnosci', gladko przejsc od 'Was' do 'Ciebie'. Czy po prostu Ci go szkoda? Ja tak zawsze robilam. Czujac, ze to juz koniec, porzadkowalam powolutku wszystko- w glowie i poza nia- szykujac grunt, az finalnie odchodzilam ja.
aaaaa oszaleję🙁 okazuje się, że ani X ani Y nie przyjęli do wiadomości informacji, ze nic z tego nie będzie... wczoraj spędziłam 3 godziny na rozmowie z L (czyli X bodajże:P), a on dalej swoje. dzisiaj pewnie czeka mnie taka sama rozmowa z P.... nie chciałam ranić jeszcze bardziej, nie chciałam rozstawać się w gniewie itp. ale chyba jednak nie da się inaczej... 🙁
ashtray to prawie jak u mnie ... Tylko, że mój nie jest jedynakiem 😉 Moja mama akceptuje to, że jestem z K. że planujemy wspólną przyszłość bla bla bla. Ale jego matka niezbyt za mną przepada. Na początku byłam kochana synowa itd, ale jak tylko mój K. zaczął zarabiać stałam się złodziejką, która sypia z nim dla kasy, a on jest ze mną tylko dlatego, że ma mu kto dupy za przeproszeniem dawać. W końcu nie wytrzymałam i postawiłam się jej, odpyskowałam, bo nie dam sobie wrzucać i stać bezczynnie. Oczywiście to była moja wina, bo ją sprowokowałam (nie wiem czym, siedziałam w samochodzie), oczywiście K. nie da się przestawić na "my", bo albo jest on, albo jego matka. Od ponad dwóch lat robię wszystko, żeby był ze mną szczęśliwy, a mimo to usłyszałam, że nic dla niego nie zrobiłam i nic ode mnie nie dostał (pomijam imprezę urodzinową, przez którą miałam tydzień z głowy bo tyle załatwiania było). Czasami ma jakieś odchyły i przyznaje mi rację, ale wraca do domu i ... Znowu to samo. Nie wiem, czy matka go buntuje w jakiś sposób, czy może on nie potrafi wybrać między mną, a kobietą, która ewidentnie chce zniszczyć nam związek. Moja mama też czasami się stawia, ale nie zwraca się bezpośrednio do niego, nie wyskakuje z wyzwiskami i na spokojnie mi tłumaczy co jej nie pasuje i żebym postarała się to zmienić. Wbrew sobie zgadza się na wiele rzeczy bo chce, żebym była szczęśliwa, mimo, że nie jest jej wymarzonym kandydatem na zięcia. Mam pomału dość, bo nie chce mi się wysłuchiwać epitetów w moją stronę i ciągle się z nim kłócić. Zależy mi na nim, ale jeśli nadal ma tak być - to nie widzę innego wyjścia jak się pożegnać. Chyba, że na Karaiby wyjedziemy i zerwiemy z jego matką kontakt (w co nie wierzę, bo on się ze*ra bez matki).
Jeśli jest faktycznie tak jak piszesz, to ja różowej przyszłości nie widzę. Może dramatycznej czerni w przyszłości nie być, ale różu niestety też nie będzie. I musisz być tego świadoma. Ta mama zawsze gdzieś tam w tle będzie. Nawet jeśli wyjedziecie.
tunrida i właśnie tego się obawiam ... Pomału zaczyna do mnie docierać, że nie ma sensu dalej tego ciągnąć, bo coraz bardziej się do K. przyzwyczajam i później będzie mi tylko trudniej ... Mam zamiar dziś z nim o tym porozmawiać, ale nie spodziewam się niczego, co mogłoby mnie z jego strony zaskoczyć bo zawsze jest ta sama gadka, a te same błędy popełnia co dwa tygodnie ...
Mysza kiepsko to brzmi z tego co piszesz 🙁 U mnie na szczęście toksyczna relacja jest tylko jednostronna, bo P. nie jest aż tak wpatrzony w matkę. Sama nie wiem co Ci poradzić. Tak jak tunrida pisze- ta matka zawsze gdzieś tam w tle będzie się pojawiać i dorzucać swoje trzy grosze przeciwko Tobie. Mam w pracy koleżankę, która ma syna niewiele młodszego ode mnie. Jest to dla mnie skrajny przykład toksycznej matki. Wydaje mi się, że ten chłopak nigdy nie będzie w stanie zbudować trwałej relacji z inną kobietą, bo jest całkowicie omamiony przez mamusię. Jak ubezwłasnowolniony. Nigdy do tej pory nie miał dziewczyny. Raz chyba jedną zaprosił do domu, ale drugi raz już tam nie wróciła. Ta koleżanka opowiada o swojej relacji z synem z dumą (uważa siebie za matkę idealną). Dla mnie jednak jej zachowanie jest mocno odbiegające od normy. Wręcz patologiczne.
Rozmawialiśmy o tym, ale jak grochem o ścianę. Jestem zbyt miękka, popłakałam się i tyle z tego wyszło. Stwierdziłam, że jedynym sposobem by chociaż spróbować się od jego matki uwolnić jest wyjazd, posiadanie tylko przeze mnie telefonu i kategoryczny zakaz kontaktu z matką. Nie chcę go odciągać od rodziny, ale czasami mnie to po prostu przerasta. Często jest tak, że się umówimy na konkretną godzinę, a jego matka specjalnie coś wymyśli, żeby nam przeszkodzić... Nie chodzi już tutaj nawet o mnie bo jestem w stanie wiele znieść, ale boję się co będzie jak się pobierzemy i będziemy mieli dzieci. Nie chcę by były świadkami kłótni mama vs babcia, czy żeby wysłuchiwały na swój temat wyzwisk ... Przez ostatni czas było cudownie, starał się, stawiał się na umówioną godzinę, odbierał telefony, ale jak zwykle stwarzał pozory, by za chwilę znów robić to, co robi ... Rozum krzyczy, że powinnam się od niego uwolnić, ale z drugiej serce podpowiada, że dam radę bo przecież go kocham... Jak przez jakiś czas mieszkaliśmy razem - cisza, spokój, nikt nam się nie wtrącał, byliśmy tylko i wyłącznie MY. Jak jest z dala od matki to jest naprawdę fajnym, kochającym i szanującym mnie facetem, ale jak tylko wróci do matki to znów zaczynają się cyrki ... A ja boję się, że nie dam rady psychicznie jeśli tak dalej pójdzie...
Stwierdziłam, że jedynym sposobem by chociaż spróbować się od jego matki uwolnić jest wyjazd, posiadanie tylko przeze mnie telefonu i kategoryczny zakaz kontaktu z matką. No sorry, ale jakby mi facet powiedział, że zakazuje mi kontaktów z matką/ojcem (jacy by oni nie byli) to bym się odwróciła na pięcie i już nie wróciła. Co to w ogóle za wydawanie rozkazów pt. 'nie wolno ci'? 🤔 I jeszcze ten zakaz posiadania telefonu, żeby matka przypadkiem nie zadzwoniła. 🤔
Zresztą, w takich sprawach to sam zainteresowany musi zrozumieć pewne kwestie, żadne chore zakazy i nakazy i tak niewiele dadzą.
Mysza, Oj... niefajnie to wygląda. Gdyby on jeszcze postawił się mamuśce i trzymał Twoją stronę to dałoby się przeżyć... ale tak? Chłop ma być chłopem. Twoim. Ma Ciebie wspierać i trzymać Twoją stronę, a nie swojej mamuśki. Jeśli mogę sobie powróżyć z kuli... to boję się, że jak się pobierzecie to w domu będzie rządziła jego matka i to ona zacznie wciskać się do wychowywania Twoich dzieci, Twojego gotowania, Twojego sprzątania, Twoich pomysłów na pomalowanie ścian, wystrój mieszkania, wyjazdów na wakacje, wszystkiego i można się łatwo domyślić, że wszystko co zrobisz będzie be, fe i koszmarne, bo ona - Mamusia - najlepiej wie co jest najlepsze dla jej syna.... Nawet nie chodzi o wyzwiska w obecności dzieci, ale o fakt, że Ty w ogóle nie będziesz miała życia w takiej relacji. W takich układach miłość się bardzo szybko skończy. Spróbuj z nim porozmawiać, porycz się, wolno Ci. I powiedz mu jak się czujesz. Może coś dostrzeże...
Mysza a jak teraz mieszkacie? W miarę daleko od mamusi czy na tyle blisko, że może się bez przeszkód wtrącać? Może bądź szybsza od mamusi. Zanim ona coś wymyśli, to twój facet niech będzie już zajęty 😉 A jak odwiedzamy mamusię, to wszyscy razem na obiadki żeby nie robiła mu prania mózgu bez ciebie.