a ja jestem wyjątkowo wredna , bo niespełna sześcioletnie dziecko wysłałam latem na obóz na 13 dni, a teraz 6,5 letnie na obóz narciarski i wyobraźcie sobie co następuje:
Pozazdrościć samodzielnego dziecka Czasami nie wszystko to kwestia wychowania. Niektóre dzieci są mniej zaradne, mniej samodzielne, bardziej zamknięte w sobie, nieśmiałe, ciche, wstydliwe itd itp. Mój by się zapłakał i umarł pierwszego dnia. 😉 W wieku 11 lat był na obozie nad morzem. Co dzień dzwonił i stwierdzał, że to "najgorsze wakacje jego życia". Raz zadzwonił i próbował szantażować, że "się zabije". 🤔 Co dzień chlipał w telefon, że mu tam źle i niedobrze. Trwał tam tylko dlatego, że miał obiecaną ulubioną grę na kompa jak wytrwa. Taką miał motywację by tam być. 😉
tunrida- dużo zależy od kadry i od tego, jak umie czas zorganizować dzieciom. Pamiętam , że jak ja byłam na koloniach nad morzem wielokrotnie to całe dnie spędzało się na plaży, kąpiele, gry i zabawy. Nie było kiedy zatęsknić, bo wieczorem disco czy jakieś podchody nocne. Raz jeden byłam nie nad morzem- w Gładyszowie na harcerskim obozie to z kolei było mnóstwo obowiązku oprócz jazdy konnej- noszenie wody, gotowanie, rozpalanie ognia i pilnowanie go, mycie garów, oprócz tego pamiętam, ze dużo chodziliśmy po górach. Pierwszym wyjazdem Igi był trzydniowy rajd (harcerski) po górach świetokrzyskich, miała 5 lat i 8 miesięcy- tam czas był w pełni wykorzystany, natomiast w lecie na obozie codziennie dzwoniła i w różnych nastrojach była, to było blisko dość to mogłam ją odwiedzić ( byłam 2 czy 3 razy) i stąd wiem, że tam raczej dzieci same musiały sobie szukać zajęcia prócz tego, że miały godzinę zajęć sportowych i godzinę kajaków i jakiś tam czas na kąpanie w zalewie i wyjścia na posiłki, to potem były puszczane samopas po ośrodku. Teraz jest na nartach- ma dwie godziny dwa razy dziennie, więc już czasu mało zostaje na nudę.
No i wychodzą zainteresowania mojego dziecka inne niż mamusi: pływanie, narty, harcerstwo.
No właśnie moja Wiktoria kiedyś było na Kaszubach na obozie BAKCYL i czas miała od rana do wieczora zorganizowany. Potem pojechała na obóz konny do Zbrosławic i porażka 😵
No..to fakt. Kiedy dzwoniłam za dnia, to twierdził, że "nie może rozmawiac, bo się bawią i jest fajnie". A kiedy popołudniami wracali do sal, nie mógł się dogadać z kolegami z sali ( mały jest przywódczy i lubi rządzić- czasami głupio rozstawia wszystkich po kątach, a kiedy mu nie dają, to nie umie zdobyć przywódzctwa, tylko się poddaje i rozpacza jaki jest biedny) i wydzwaniał, że się "zabije" i że "nie wytrzyma i błaga, żeby go stąd zabrać".
Nie macie pojęcia jakie ja mu pierdoły gadałam byle wytrwał. Coś w stylu "daj szansę przygodzie". 🤔wirek: I inne debilne rzeczy. Motywowała go jedynie obietnica gry GTA na kompa- denna strzelawka z zabijaniem, na pewno nie dla dzieci. 😵 więcej go na siłę nie będę wysyłać. Najlepiej żeby sam się z kimś zgadał i chciał gdzieś jechać. Tyle, ze teraz jakos tak dzieci z klasy nie mają się jak zgadać by razem jechać, bo a to kasy ludzie nie mają, a to ulubiony kolega nie jedzie itd itp.
Właśnie stwierdzam, że harcerstwo jest niezłe pod tym względem- tam się dzieciaki nie nudzą. I wyjazdy są często i tanie, biwaki, rajdy 2-3 dniowe. Warto wcześniej spróbować z jakimiś półkoloniami, moja nie miała 5 lat jak ją zapisałam i chodziła prawie całe wakacje.
Nestor, ale co twoj post ma do tematu watku? to nie jest temat o tym, ze ojciec czworki dzieci potrafil rozwinac "koniarska" firme, ani tez o tym, ze w wielodzietnej rodzinie da sie wychowac jezdzca 😉
Nestor, ale co twoj post ma do tematu watku? to nie jest temat o tym, ze ojciec czworki dzieci potrafil rozwinac "koniarska" firme, ani tez o tym, ze w wielodzietnej rodzinie da sie wychowac jezdzca 😉
Ma to, że zanim myśl Hilarego Minca pokonała w Niemczech myśl Ludwika Eharda (zgodnie z leninowską tezą, że kapitalizm zaczeka na socjalizm, jeżeli ten drugi będzie miał problem z dogonieniem pierwszego) - to zanim ten epokowy momenty nastał - niemieckie kobiety były bardzo leniwe i nie chciały pracować - w związku z czym dzisiaj to my, a nie oni wozimy niemieckie konie niemieckimi przyczepami i oglądamy na Eurosporcie niemieckich zawodników. Wiem, że istnieją koncepcje, że to nieprawda - niemniej są naoczni świadkowie i bogata literatura, że było, jak napisałem.
p.s. na filmach z Jamesem Bondem przebiegły agent dochodzi do wniosku, że na każdym zdjęciu kogoś brakuje (fotografa) - jak myślisz kogo brakuje na zdjęciu Pana Boeckmanna i jego dzieci? Sądzisz, że Pani Boeckmann nie ma na fotografii, bo pracuje ciężko na kasie w Aldiku, albo w korporacji? 🙂 🙂
Oj, dziewczyny (na dyskusje z Nestorem chwilowo mnie nie stać - zbyt podobnie myślę i zbyt odmiennie) - Wy tu o kwestiach technicznych "czy się da". Wiadomo - się chce, się da. Nie na 100% jedno i drugie i trzecie, ale na x%. Mnie chodzi o co innego. Da się. Ale PO CO? W imię czego? Rozumiem - komuś się nudzi na maksa (niania do dzieci, zakupy się znudziły) - wtedy konie są super. Rozumiem, ktoś się odstresowuje po pracy, a sprawy rodzinne/wsparcia ma doskonale poukładane - coś jak Tunrida. Ktoś inaczej zaczęła ten wątek, nie chodziło o "jakiekolwiek hobby" - było o Meredith, o Malince... Koń jako dawca endorfin? Są inne źródła. Nie tak wymagające. Przy których nie trzeba się rozrywać (ha, ha, ha). Chodzi o to, że w PL koniarstwo jako sposób na życie, równouprawniony/równoległy - ale sensowny - leży i kwiczy (ukłony dla nielicznych wyjątków). Hobby - absurdalnie wymagające. Sposób na życie - bezsensowny a wręcz szkodliwy życiowo (w naszych warunkach). "jaki to jest interes - to jest żaden interes" 🤣 Absurdalna namiętność. A dzieci potrafią być namiętnością zdecydowanie konkurencyjną (co do absurdu rodzicielstwa toczą się spory :emoty327🙂
Co do opieki nad dziećmi to mi się przypomniało to słynne "co robisz, gdy dziecko połknie złotówkę?". Dla niezorientowanych: przy pierwszym - gnasz do szpitala na prześwietlenie itd, przy drugim - spokojnie czekasz aż wyjdzie pupą, przy trzecim - robisz awanturę o złotówkę 😀iabeł:
Sposób na życie - bezsensowny a wręcz szkodliwy życiowo (w naszych warunkach). "jaki to jest interes - to jest żaden interes" 🤣 Absurdalna namiętność.
halo kompletnie się nie zgodzę 😉 choc rozumiem,że to groteska a) absurdalne namiętności w dzisiejszym świecie ratują nam tyłki co by nie stać się bezmyślnymi trybikami globalnych korporacji narzucających nam wszystko, włącznie z ilością i terminami szczepień ( uwielbiam ten temat :emoty327🙂 b) to jest wspaniały interes ( co uda mi się znaleźć tańszą alternatywę w leczeniu konia mówię mężowi,że właśnie zarobiliśmy kupę kasy :lol🙂 c) nie wiem czy nie wychodzi taniej niż sesje od stresujące u specjalisty i odtruwające organizm po niezliczonych tabletkach na ból głowy ( byłam z młodszym u ortopedy dziecięcego i wzięłam ze sobą Tymka. Lekarz pracujący w szpitalu dziecięcym, wiec mający jednak duży przegląd potencjalnych "diabełków" po 10 min. spytał : ON tak zawsze 😲????. YHmmmmmm. O matko współczuję 🙁 Przy czym Tymek nie był niegrzeczny tylko po swojemu wnikająco- męcząco- upierdliwo-ruchliwy.) W ogóle to złote dziecko.
Podsumowując: Gdy mąż zostanie z dzieciakami, a ja wracam od Demona i pyta mnie : I jak było ? - Bosko już od momentu gdy zamknęłam za sobą drzwi i odpaliłam silnik samochodu. Gdybym jednak Demona nie miała i nie miała psiego obowiązku do niego jeździć jestem pewna, że przy mojej pracy ( jednak trochę tych obowiązków mam) + dom + dzieci + mąż moje hobby wcześniej czy później by się skończyło, a na inne nie miałabym w tym wszystkim czasu.
absurdalne namiętności w dzisiejszym świecie ratują nam tyłki
O! to TO! Dzięki, dziewczyny :kwiatek: Owszem, nałóg dość zdrowy 😀 (szczególnie dla osób z zacięciem masochistycznym 😜 - policzywszy okazje do solidnego bólu fizycznego i uszkodzeń ciała 😀iabeł🙂 a omijanie kozetki terapeuty - bezcenne 😀
Kiedyś się solidnie zastanowiłam - po huk mi te konie. Wyszło mi, że potrzebuję "bycia centaurem" - takiego poczucia zwiększonej siły, potęgi, pochłaniania przestrzeni, odczuwanego chyba mocniej niż przy sprzęcie mechanicznym (tunrida mogłaby porównać z motocyklem) dzięki "biologicznej" więzi. Odczucie "świat do mnie należy" jest piękne. Tylko - złudne 🙁. Tu i teraz, w naszym kraju. Przed tym próbuję ostrzec. "Czasy są ciężkie" i coraz cięższe. Zanika przestrzeń na życie z umiarem, w którym wiele da się pomieścić. Żeby nie przepaść z kretesem, coraz bardziej, trzeba w wielu dziedzinach iść na całość i walczyć na 100%. Doba ma niezmiennie 24 h i czas poświęcony koniom trzeba skądś wyrwać - nie zrobić czego innego. Fajnie, jeśli ktoś zrobi to za nas. W pewnym sensie ta osoba się dla nas poświęci: zapłacimy za to pieniędzmi lub zobowiązaniem/zależnością. Gdzieś ostatnio przeczytałam m.w. takie zdanie: "czasem trzeba poświęcić pokolenie, żeby ich dzieci mogły z tego poświęcenia skorzystać". Tylko u nas - już chyba 3 pokolenie jest poświęcane w pogoni za dobrobytem, ciągle przyszłym. Kosztowo - w zestawieniu z dziećmi, to w ogóle wygląda nieciekawie. Ile kosztują konie - łatwo można odnaleźć na forum. A odchowanie 1 dziecka - to koszt luksusowego mercedesa podobno. Mało kto ma układ, w którym to nie stoi w konflikcie. To jest zagwozdka - jak i kto ma zarobić na dostanie życie rodziny, poświęcając czas i pieniądze na konie. A małe dzieci - mały kłopot, duże dzieci - duży kłopot. Jeszcze jest tak, że do jeździectwa ciągnie ludzi, którzy lubią wszystko robić na 100%, "iść na całość". W połączeniu z rodziną przy takim podejściu (chyba zazdroszczę tym, co tak nie mają 🙂😉 - idzie zwariować, kwestia czasu i okoliczności. I znowu zatoczyliśmy koło na kozetkę terapeuty 😜
Żeby nie przepaść z kretesem, coraz bardziej, trzeba w wielu dziedzinach iść na całość i walczyć na 100%.
Jeszcze jest tak, że do jeździectwa ciągnie ludzi, którzy lubią wszystko robić na 100%, "iść na całość".
Żeby nie przepaść z kretesem, a co więcej odnieść sukces trzeba potrafić czasami odpuścić.
Ktoś kto chce robić wszystko na 100% musi wybrać drogę egoistycznego, idącego po trupach singla. I na pewno wyląduje na kozetce, obciąży karmę niemiłosiernie, albo dla praktykujących inaczej - spali sie w piekle 😀iabeł:
Dramka, ano jesteście 🙂 Ale - żadna teoria, jedynie luźne refleksje. demon, tyss prowda. Ty mieszkasz w PL? Bo jakoś tak piszesz jak... normalny człowiek 😀 a nie uczestnik naszego życia codziennego 😜
halo- bo co innego chcieć żyć z koni, albo chcieć startować z sukcesami i piąć się po drabinie. A co innego "bawić się w konie" rekreacyjnie, bez napięcia, mając kasę skąd inąd. Nie chcę jechać do stajni? Nie mogę, bo pracuję? Nie mogę, bo dzieckiem trzeba się zająć? To nie jadę przez 4 dni i jadę dopiero piątego. W miarę na luzie. Wykonam tylko telefon do stajennego, żeby na pewno puścił na padok i nie jadę. Jeśli jednak nieobecność w stajni wiąże się ze : spadkiem kondycji konia, zostaniem w tyle z treningami, czy też zmniejszeniem dochodu, to lipa. Pojawia się napięcie, frustracja.
ps- Co do motocykli i koni. Mnie tam np w ogóle nie kręci ""bycia centaurem" - takiego poczucia zwiększonej siły, potęgi, pochłaniania przestrzeni". 😉 Mnie zarówno w jednym jak i w drugim kręci WOLNOŚĆ. Poczucie wolności, możliwości zapuszczenia się donikąd, w dal, nieograniczona swoboda.
Czasami z powodu dziecka ( któremu trzeba pomóc nauczyć się do sprawdzianu) nie jadę do konia. Jestem z tego powodu trochę zła, bo mógłby gówniarz sam się nauczyć, ale niestety- dziecko ważniejsze. Zawsze. Więc koń poczeka. Musi. Jednak zrezygnować z koni TOTALNIE I CAŁKOWICIE bym chyba nie umiała. Znaczy - inaczej. Umiałabym. Gdybym MUSIAŁA dla dziecka poświęcić konie, to bym je poświęciła bez mrugnięcia okiem. Ale byłoby mi z tym źle, tragicznie. I szybko bym na przysłowiowej kozetce wylądowała. Więc jeśli nie muszę rezygnować, to BARDZO SIĘ CIESZĘ i doceniam.
Bo niestety...na koniach traci. I mąż i dziecko. Jestem tego świadoma. Oni też. Woleliby bym znacznie rzadziej bywała w stajni. W sobotę ja pędzę do stajni rano i wracam około 13😲0, w niedzielę to samo, a oni siedzą sami. Albo idą do kina, czy Mc Donalda. Woleliby, żebym poszła z nimi. Ale rozumieją również, jak bardzo to dla mnie ważne. Jednak...owszem..tracą na tym. ( bo w ciągu tygodnia bywam w stajni kiedy mały jest w szkole, a mąż jest zajęty)
kiedyś dziecko było dzieckiem - znało swoje miejsce w szeregu, jakoś rodzice wracali z pracy, matka ogarniała dom, gotowała obiad, prała, krzątał się, ojciec też miał swoje sprawy... a dziecko było, częscią rodziny nikt się z nim szczególnie nie cackał, nie poświęcał czasu specjalnie "dla" i było sobie pokolenie ludzi samodzielnych, myślących,
a teraz? pokolenie ludzi wyhodowanych... - rodzice wożą od tenisa po żaglówkę - czytają bajeczki, lepią garnki z gliny, poświecają dzecku dużo czasu i co? mamy pokolenie ludzi niesamodzielnych, rozczeniowych,
dziecko to dziecko - nie ma jednej słusznej drogi wychowania
zaniedbanie przez konia? tak samo zaniedbaniem jest jak sie pójdzie do fryzjera, czy jak matka zamiast kulać sie po podłodze z maluszkiem wsadzi go do kojca i czyta ksiązkę...
Dodofon, ano ani dziecko dziecku nierówne, ani sytuacja sytuacji. Teoretycznie masz rację. Praktycznie... gdzieś już pisałam - jestem ciut starsza od Ciebie a przyglądam się dzieciom ludzi jeszcze starszych, dziś już dorosłym, z własnym życiem i rodzinami. I naprawdę widzę różnicę w funkcjonowaniu (dorosłych) dzieci matek bywających mało w domu (chociaż treściwie) a dzieci matek "łatwo dostępnych". Pewnie, każda sytuacja ma swoje zalety, każda osobowość ma swoje zalety - ale też wady.
a teraz? pokolenie ludzi wyhodowanych... - rodzice wożą od tenisa po żaglówkę - czytają bajeczki, lepią garnki z gliny, poświecają dzecku dużo czasu i co? mamy pokolenie ludzi niesamodzielnych, rozczeniowych,
My jeszcze dużo, dużo, dużo przytulamy i śpimy z dzieciakami, poprawka- już tylko z młodszym. Czyli hodowlane, ale wręcz przeciwnie bo starszy jest bardzo samodzielny, bardzo otwarty z zakorzenionym poczuciem bezpieczeństwa, ze zrozumieniem przyjmujący uzasadnioną odmowę na swoje roszczenia itd, itd.
halo chociaż moja mama twierdzi że nikt (czyli nie koniarz) by nie wytrzymał ze mną i nikt z marcinem. Bywało tak że w jeden weekend Ja jechałam na swoje zawody a Marcina na swoje, tylko Ja zabierałam ze sobą dzieci/dziecko a on miał luz 😤
Dodofon Latem z dziećmi na basen, taniec, dodatkowy angielski, pianino i myślisz że przez to bede mniej samodzielne? Ja myśle że trzeba inwestować w dzieci. Ja wracałam ze szkoły i siedziałam sama w domu. Nikt ze mną lekcje nie odrabiał, o koniu i pianinie mogłam sobie pomarzyć..
Dokładnie. Są dzieci, które zostawione samym sobie będą układać klocki, budować coś, myśleć, kombinować, rozwijać wyobraźnię. Puszczone na dwór na cały dzień będą sobie radzić, chodzić między blokami, nauczą się uciekać, kombinować sobie samochodzik do zabawy itd itp. A są dzieci, które zostawione samym sobie niestety nie rozwiną tych umiejętności tak sprawnie jak te poprzednie. Będą popychadłami na podwórku, będą wyśmiewane, odpychane i gucio się nauczą. A zostawione w domu siądą przed telewizorem i będą się gapić w bajki, nie mając W OGÓLE natchnienia na inne zabawy. I takim dzieciom trzeba pomagać się rozwijać, inwestować w nie, stymulować, podpowiadać, zachęcać. Był moment kiedy swojego małego nie stymulowałam i nie zachęcałam i mu nie pomagałam, bo byłam zajęta czym innym ( wyjazdami na staże i kuciem na specjalizację) - mały przynosił góra 3-ki. 🤔 Kiedy się z nim pracuje, chwali, namawia, wozi na korki, pomoże- dostaje 5-ki. I co? Mam go zostawić w domu samemu sobie? To będzie grał lub się gapił w telewizor. Nie ruszy się do innych zajęć. Jak go zostawię po południu z lekcjami, nauczy się na 3-kę.
Łatwo tak mówić, kiedy ma się dziecko które jest sprytne, inteligentne, pomysłowe. Nie wiem Dodofon czy tak byś mówiła, gdyby trafiło ci się mniej zdolne, hipochondryczne, lękliwe. 🙂 Mój mały nie ma wiary w siebie. Pracujemy nad tym. Zbudowanie jego wiary w siebie, to właśnie pomaganie mu i pokazywanie, że umie, że może, że jest w stanie. Ale żeby tak było, to ktoś MUSI nad tym z nim pracować.
Wiadomo, że nie należy popadać w skrajności. Ja rozumiem Dodofon o co Ci chodzi. Nie można przeginać i wszystko robić za dziecko produkując życiowego tłumoka, ale generalizować też nie można.
Dodofon ma dziecko i wydaje mi się, że jest bardzo opiekuńczą i poświęcającą się matką i inwestuje w swoje dziecko (w końcu zimą zjeżdża z nim na sankach i takie tam 😉 , a mnóstwo mam tego nie robi!!), tylko jej chyba bardziej chodziło o to, że to, co się teraz dzieje, to lekka przesada- zwłaszcza w tzw. wyższych sferach, lub rodzinach aspirujących, matka po prostu przestaje istnieć, jako osoba, a zamienia się w kucharkę (bo dziecko nie będzie jadło przetworzonych świństw!!), praczkę, sprzątaczkę, służącą, nauczycielkę, kierowcę, trenera itd. Nie ma własnych zainteresowań, bo poświęca się dla dobra dziecka i jest non stop na nogach- no bo trzeba uprawić ogródek, zrobić przetwory, wyprać, wyprasować, posprzątać w domu i dziecka pokoju (bo dziecko samo nie może, gdyż musi się uczyć/grać na pianinie itd.), przygotować kanapki (z rzodkiewką wyrzeźbioną w myszkę miki i odpowiednio ułożoną sałatą), zawieźć/przywieźć do szkoły, odrobić lekcje, pojechać na tenisa/pianino/jazdę konną/angielski/niemiecki/chiński itd. I takie dziecko wyrośnie często potem na takiego niesamodzielnego dorosłego, który musi mieć wszystko podane na tacy i któremu ktoś musi zorganizować czas, pomimo tego, że czyta "Tokyo Post" w oryginale i pięknie recytuje Szekspira po angielsku 🙄 Ja myślę, że prawda leży pośrodku 😎 Owszem, należy się poświęcać dziecku, czytać z nim książki, odrabiać lekcje, wozić na angielski, ale też mieć czas dla siebie, poczytać książkę/pojechać na konie i nauczyć potomstwo, że mama też wymaga czasu dla siebie i że dzieci mają to szanować. Ja bym chciała być taką mamą, jaką jest moja- ona potrafiła IMO znaleźć równowagę pomiędzy dbaniem o nas i nasz rozwój, a niezatraceniem siebie, potrafiła być "zdrową egoistką" i my, córki, nie poniosłyśmy na tym żadnej straty. Bo jak jej potrzebowałyśmy, to zawsze była dla nas, a chwile, które miała tylko dla siebie nie były przez nas odbierane jako "zaniedbywanie", a mama po takim odpoczynku wracała zawsze z nowymi siłami do walki o nas.
A ja mam kochanego, grzecznego, ale niestety..lekko gamoniowatego synka. I zostawienie go samemu sobie nie skutkuje niczym dobrym. Bo próbowałam. Głupi przykład. Zjeżdżalnia na basenie, prosto do wody. Nie będzie zjeżdżał i już. Kiedy go zostawiłam samego, a sama się opalałam na brzegu czytając książkę, siedział w płytkiej wodzie ( nie umie pływać) i patrzył na inne dzieci. A że dzieci obcojęzyczne, to nawet zagadać nie miał jak. 🤔 I tak siedział jak dupa. Wkurzyłam się, wlazłam z nim, zaczęłam go namawiać na zjeżdżanie. "Nie" On się boi. Długo trwało zanim go namówiłam. Musiałam spytać czego się boi. No więc po kolei: a to, że wpadnie pod wodę ( obiecałam że będę go łapać i NIE wpadnie). A to, że woda mu wpadnie do oczu. Szczerze odpowiedziałam, że może tak się stać, ale jeśli się boi, to może je na samym dole zamknąć. No to się boi, że go jednak nie utrzymam ( no to powiedziałam, że dam mu kółko i zjedzie na kółku i nie wpadnie pod wodę na 100%) Musiałam mu pokazać dzieci, które właśnie zjeżdżały w kółkach i nie wpadały. No to ok. Wlazł na górę z kółkiem, ale jak stanął tak wysoko, to się rozmyślił i zszedł. Mogłam go olać i stwierdzić "radź sobie sam". Ale znam swoje dziecko i wiem, że siedziałby dalej w płytkiej wodzie i się nudził. Więc namawiałam go nadal przekonując. zajęło mi to kupę czasu. Przy okazji pociągałam go na materacu, pokazywałam jak fajnie dzieciom się zjeżdża. Udało się. Zjechał. Raz, drugi, trzeci. I był z siebie dumny. I jak się rozzjeżdżał to nie chciał kończyć. Oczywiście z kółkiem, żeby nie wpaść pod wodę. Nie można go było stamtąd wyciągnąć. Potem nawet zjeżdżał z jakimś Niemcem na materacu. Gadali na migi i zjeżdżali.
Ale gdybym nie spędzała z nim czasu w tej wodzie, tylko zostawiła samemu sobie, na zasadzie "niech sobie radzi", to by tak siedział w tej płytkiej wodzie jeszcze godzinę, po czym chciałby już wracać do pokoju.
Co mam zrobić, że mam takiego synka? 😉 Toć go nie wymienię na bystrzachę i spryciula. Jest jaki jest. 🙂 A to, że się mu poświęca czas powoduje, że nabiera wiary w siebie, przełamuje swoje opory. Nie sądzę by coś dobrego dało zostawienie go, by radził sobie sam. Staram się nie przeginać. I np na wakacje na obóz pojechał zmuszony przez nas, prawie, że siłą. Po to by radził sobie sam. We wszystkim trzeba mieć umiar. A dzieci są naprawdę różne i nie ma jedynego słusznego schematu ich wychowywania. 😉
więc rozumiem, że czasami jeździectwo jednym osobom jest trudniej pogodzić niż innym - to tak, żeby było na temat.
AleksandraAlicja- no właśnie- wypośrodkować. W wypowiedzi Dodofon nie było to takie oczywiste.