Lotnaa, ten post mi się kojarzy z takim wiejskim "Nie odchudzaj się, znam taką co się odchudzała, a potem zachorowała i zmarła". Sama czytuję tłuste życie, ale akurat z tym postem trudno mi się zgodzić - przynajmniej z tą częścią o akceptacji swojej wagi, którą podpowiada nam organizm. Prawda jest taka, że można przyzwyczaić organizm do dużej ilości kalorii i będzie się ich potem domagał, przez co nasz "punkt wagowy" będzie za granicą zdrowego BMI. Można też zmienić swoje przyzwyczajenia - ostatnio przeczytałam fajny artykuł na Po Treningu o tym "jedzeniu mało":
http://potreningu.pl/diety/artykuly/2678/jem-malo-a-mimo-to-nie-chudne--dlaczego. To pokazuje, jak bardzo nasze przyzwyczajenia mogą rzutować na naszą wagę - niekoniecznie w zdrowy sposób.
To prawda, że są osoby, które przesadzają i odchudzają się bez żadnego opamiętania, ale nie można popadać w drugą skrajność - uważam, że schudnięcie i utrzymanie wagi to nie jest aż taka niewyobrażalna sprawa i doprowadzi do trądziku, bezsenności i innych plag egipskich 😉
Ramires, uważam, że odrobina akceptacji siebie bardzo by Ci pomogła 😉. Ja patrzę na to całe dietetyczno-ćwiczeniowe zamieszanie jak na fajny sposób utrzymania siebie w dobrym zdrowiu. Może to dlatego, że nie jestem na redukcji, może dlatego, że jestem typem osoby, która pozbywa się stresów najlepiej przez intensywny wysiłek.
W każdym razie - poczucie winy to fatalny doradca. Zwłaszcza że jest sporo osób nieasertywnych wobec samych siebie. Stawiających sobie wymagania, które są nieosiągalne i karających się, kiedy zgodnie z logiką nie są w stanie ich wykonać. Z jedzeniem jest szczególnie niefajnie, bo towarzyszy nam na każdym kroku, więc łatwo wpaść w obsesję, zaburzenia odżywiania itd. Ja proponuję zmienić podejście i pomyśleć o tym, dlaczego odżywiam się tak, jak się odżywiam. Robię to dla siebie - dla swojego zdrowia, lepszego samopoczucia. Dlatego nie tylko kaloryczność posiłków jest ważna, ale też to, czy mi pasują smakiem. Paleta "zdrowych rzeczy" jest na tyle szeroka, że naprawdę wystarczy trochę potestować i można sobie skomponować smakowite menu. Wtedy nie ma się poczucia bycia w dietowym kagańcu, z poczuciem że jem coś paskudnego i bardzo się poświęcam, a przy tym tak bardzo chciałabym jeść coś innego. Nic dziwnego, że zdjęcie na chwilę kagańca powoduje "wielkie żarcie" - przecież nadrabiam te wszystkie 'krzywdy' 😉. Z kolei kiedy smakuje mi moje zdrowe jedzenie, to nie mam poczucia, że jestem w jakimś codziennym przykrym kieracie, tylko po prostu wcinam kolejne posiłki z zadowoleniem 😉. Kiedy przyjdzie coś niezdrowego, to będzie to po prostu kolejna smaczna rzecz - tym razem super smakowita 💘. Ale ponieważ dotąd też jadłam smacznie, to po prostu bez zbytnej euforii zjem to ciastko, czy cokolwiek innego i będę żyć w spokoju dalej 😉
Podobnie z tymi cheatami. Naprawdę nic się nie stanie, jeśli czasem się zgrzeszy. Jesteśmy tylko ludźmi, których życie nie polega tylko na dążeniu do idealnej wagi. Moja waga może być nie do końca idealna, jeśli dzięki temu od czasu do czasu mogę zjeść ciasteczko :P