safie, no moment! Nie mówiłam temu mojemu hipotetycznemu dziecku "podziel się z babcią, będzie jej miło"? Sprawdź parę postów wcześniej...
Dzionka, ale przecież już temu dziecku powiedziałam o tym, że będzie babci miło, że to ładnie, itd? Była ta pierwsza motywacja. Gdzie znowu przy Basi byłaby jako druga czyli próba zrozumienia dlaczego Basi przykro i chce mojej pensji. Oczywiście, że są momenty i rzeczy, że "nie chcę" się dzielić. Ale zawsze na to "nie chcę" jest rozwiązanie. Rozwiązanie którego "chcę".
Teraz wychodzi jakbym podeszła do tego dziecka, wyrwała mu czekoladę i powiedziała "bo tak!"... 🙄
Powiem Wam szczerze, że jest mi tak bardzo, bardzo smutno. Nie, że mnie ktoś skrzywdził czy coś takiego. Tylko jakoś tak ogólnie. Jak napisał Słowacki "smutno mi Boże" 🙁 🙁 🙁
sienka, ja też długo, zwłaszcza w związku z moim obecnym partnerem, musiałam przepracowywać robienie czegoś, zmuszanie się do rzeczy, które "wypada", a które tak naprawdę nikomu do szczęścia nie są potrzebne. Czyli przykładowo - mam koniecznie iść z Andrzejem do jego znajomych (sąsiadów) na imprezę, nawet na 5 minut (potem wrócę), bo wypada, bo oni pewnie tego oczekują. Guzik oczekują. IMO pies z kulawą nogą nie jest mną zainteresowany, bo jestem obcą babką spoza towarzystwa młodszą o 20 lat i nie mającą jednego wspólnego tematu, nikt się nie interesuje, czy przyjdę czy nie (spokojnie może iść sam), a ja mam poświęcić dwie godziny na przygotowania (no tak jak stoję nie poszłabym, źle bym się czuła) i nikt na tym nie zyska, tylko ja zyskam nerwów i poczucia straty czasu. Wiele awantur minęło, zanim stwierdził, że nie rozumie, nie czuje tego, ale akceptuje mój wybór. Bo on jest wychowany tak, że robi coś, bo tak nakazuje wychowanie lub grzeczność MIMO, że żadna ze stron tego czegoś nie oczekuje ani nic na nim nie zyska (vide częstowanie czekoladą babci - babcia nie ma ochoty na czekoladę, dziecko nie ma ochoty pozbywac się czekolady, ale dziwnie pojęta "grzeczność" nakazuje poczęstować. I kto na tym zyskuje?). Od kiedy skończyłam 4 dyszki powiedziałam sobie "dość". Jestem mrukiem, domatorką, nie lubię wyjeżdżać, chodzić na imprezy, nie lubię kiedy ktoś niezapowiedziany przychodzi i latać między gośćmi z zestawem serwisowym do kawy. Prawdopodobnie jestem nieśmiała, czy coś w ten deseń. Nie będę wnikać. Nie utrudnia mi to życia i ja też nie chcę nikomu go utrudniać. Nie będę zmuszać się do dziwnych akcji, kiedy nikomu to nie służy..
Natomiast umiem odróżnić głupie normy społeczne, które przetrwały (jak te z bananami i prysznicem) i można je olać bez szkody dla nikogo, od tego kiedy faktycznie można sprawić komuś przykrość lub przeszkadzać - i tutaj bardzo się pilnuję, bo ja nie lubię nikomu sprawiać przykrości ani przeszkadzać, bo generalnie nie lubię w ogóle rzucać się w oczy, nie lubię gdy przeze mnie ludzie czują się źle. Dlatego ja wyszłabym z koncertu gdyby moje dziecko przestało być nim zainteresowane, co dałoby mu lekcję na przyszłość - idziemy na filharmonii posłuchać koncertu - kiedy odechciewa nam się słuchać (a nie możemy dotrwać do końca) - wychodzimy. Po co być w filharmonii, nie być zainteresowanym muzyką i chodzić między krzesłami, zwłaszcza jeśli komuś zainteresowanemu może to przeszkadzać (ja też uważam, że chodzenie po widowni może rozpraszać muzyków, jak i pozostałych widzów i to nie jest ok). Gdyby złapał mnie spazmatyczny kaszel też bym wyszła (nawet jeśli obok mnie siedziałoby pięciu kaszlących astmatyków), ale dlatego że to ja nie lubię jak inni zwracają na mnie uwagę i gdy im przeszkadzam (i powód tego przeszkadzania jest jakiś sensowny, a nie typu - bo mam dziwną minę).
nerechta - Ascaia odpowiedziała Ci, gdzie można zabrać małe dziecko, żeby obcowało ze sztuką, nie wkładaj jej w usta tego, że każe nam izolować dzieci od społeczeństwa. Są koncerty, wystawy specjalnie dla dzieci (tak jak i msze np.), jakieś poranki z muzyką klasyczną, trwają w porywach 20minut chyba, spotkania muzyczne dla niemowlaków nawet, no ogrom możliwości (zwłaszcza w mieście). I potem można zabrać dziecko na zwykły koncert i wyjść jak przestanie być zainteresowane - i to jest dla mnie sensowne, bo to uczy kulturalnego zachowania w takim miejscu, a że wytrzymałość dziecka jest w tym wieku mała, to i można po prostu wyjść w odpowiednim momencie i potem pogadać o tym, czego posłuchało, jak się koncert podobał (a nie chodzenie między siedzeniami) i opowiedzieć o pracy artystów. bobek - odnośnie eksperymentu, to słyszałam o nim, ale nie znam dalszego ciągu i (o ile taki był) założę się, że w niedługim czasie w końcu któraś z małp sprawdziła (mimo grożących jej bęcków), czy uda jej się dosięgnąć bananów i bezsensowna norma kulturowa się skończyła. Na przykładzie koni i pastucha - znacie takie, które muszą co jakiś czas sprawdzić, czy pastuch kopie dzisiaj równie mocno, co zawsze lub czy akurat może dziś nie jest włączony? Jestem pewna, że małpy mają zdecydowanie większą inteligencję, niż konie i szybciej wyłapią bezzasadność strachu. IMO ich ciekawość jest jeszcze większa, niż końska. Tak więc jeśli ktoś jest myślący, to nie powiela bezzasadnych norm.
Ascaia, zmuszanie dziecka, do podzielenia się takim skarbem, jakim jest czekolada z babcią, która wcale tej czekolady nie chce jest bez sensu i trąci mi właśnie takim staromodnym dobrym wychowaniem - nikt na tym nie zyskuje, ale tak się robi, bo tak wypada. Napiszę Ci, jak ja uczę Milana, że fajnie się dzielić. Jak ma coś, na co ja mam autentyczną chęć, to robię słodkie oczy i mówię "daaaaj gryzka", widzę że on nie ma ochoty mi dać, wtedy podpuszczam go "no doobra, zjedz sobie kochanie, wolę, zebyś sobie sam zjadł wszystko", na co on odpowiada "nie mami, weź sobie proszę" (a ja biorę najmniejszego gryzka świata i odtańczam taniec dzikiej radości 😀 Oczywiście nie zawsze Milan decyduje się podzielić, ale w 90% przypadków. Kiedy Jeremi próbuje zabrać zabawkę z ręki Milana, naturalnym odruchem starszego jest "o nie! To moje ulubione, oddawaj!", wtedy ja mówie, "daj mu proszę coś jednego, jakiś jeden samochodzik, zobaczysz, jak będzie się cieszył". I on wtedy odżałowuje jednego Hot Wheelsa (na pożarcie) i patrzy, jak mały z lubością próbuje odeżreć koła i ma mega zadowoloną minę (obaj mają). Jest mnóstwo pól do popisu nauczenia dziecka empatii (oddawanie potrzebującym, koncerty charytatywne, pomoc zwierzętom itp. itd), a zmuszanie do oddawania czekolady babci, która jeszcze się przed nią wzbrania jest..e... bez sensu?
Ascaia, ale dziecko po to uczestniczy w życiu społecznym, zeby samo mogło zauważyć ze się komuś kiedyś robi miło. Bez mówienia o tym, namawiania, zmuszania do zachowań.
Kiedy dostaje coś od dziecka i mówię szczęśliwa WOOOW! To ono szuka kolejnych cosiow do dania mi, bo CIESZY je, ze ja się cieszę. Ale kiedy trzyma cos, ja wyciągnę rękę a ona powie ‚nie’, to jedyne co zostaje mi do powiedzenia to np ‚chcesz to trzymać sama w ręce?’ I to uszanować J to tez jest super sytuacja nie uważasz? Uczy moje dziecko ze szanuje jego zdanie, jego odrębność, jego wybory. A kiedy mi to coś samo z siebie przyniesie, znowu się cieszę i mogę podkreślić ‚wow, dałeś mi to a widziałam ze sam tez miałeś ochotę się tym bawić. Pobawimy się razem? Pokażesz mi co można tym robić?’
Nie widzisz różnicy między tym a ‚no daaaaj bo będzie mi przykro?’ A co potem powiesz na ‚no wez jednego bucha bo będzie mi przykro, specjalnie dla ciebie załatwiłem towar’?
O kurczę , temat dzielenia , też dla mnie jest trudny i często nie wiem jaką taktykę przyjąć . Moja Olcia to typ wojowniczki , o ile ma kontakt z dziećmi Hmm... bardziej uległymi , które jej ustępują to spoko , nawet nie walczy o swoje zabawki ale jeśli przychodzi jej kuzyn ( oboje 2latki) to wszystkiego czego się dotknie to Olcia chce ! Nie namawiam jej żeby dzieliła się swoimi ulubionymi zabawkami - peppami bo wiem , ze je uwielbia , są Number one itd ale jeśli Jasiek , odnajduje coś na dnie kosza z zabawkami , czym Olcia już dawno przestała się bawić a przerywa swoją zabawę żeby mu to zabrać to już reaguje , tłumaczę też , że zabawa wspólna jest fajna , ciekawa , że przecież Ci to odda , No ale często sama jestem zagubiona . Niby chciałabym żeby się dzieliła ale z jej woli to łatwo nie przychodzi 🤔wirek:
sienka, dokładnie o tym samym pisałyśmy - pokazujemy dzieciom, jak fajnie jest się dzielić wyolbrzymiając nasza radość, kiedy podzielą się z nami czymś dla nich cennym.
No i nie oszukujmy się, od 1,5 roczniaków, dwulatków, nawet trzylatków nikt nie oczekuje tak na prawdę empatii, na tym etapie dziecko jest fizjologicznie egoistyczne, choć zdarzają się (jako wyjątki) pojedyncze wrażliwe jednostki.
kenna, opisalysmy taka sama sytuacje w sumie! 😉 i świetnie Cię rozumiem z impreza. U mnie hitem było jedno wesele...koleżanki z dzieciństwa, nie widziałyśmy sie z 10 lat jak nie więcej ale fakt, baaardzo ja lubię, po prostu nie było nam po drodze się spotkac. No i poszłam na jej wesele...kupiłam sukienke, zapłaciłam makijazystce, dałam do koperty tak zeby było z górka za nasza rodzinkę...no i do kościoła spóźniłam się na tyle ze weszłam tuż po przysiędze, następnie z wesela wyszłam po 1,5h bo były przeciągi, jedna sala ogrzewana a w drugiej ziąb (koniec września i jakaś taka beznadziejna pogoda) a ja byłam z...,2 miesięcznym niemowlakiem 🤣 No teraz wiem ze nie byłoby wcale zle wysłać jej podziękowanie za zaproszenie wraz z prezentem, ale ona tak mowila ze jej zależy żebyśmy byli bo tyle gosci jej odmówiło ze boi się ze w ogóle nikt nie przyjdzie... 😀 i powiedz mi w imie czego się żarznelam jak głupi? Padłam na dziób po powrocie, tylko po to zeby x razy wstawać w nocy i dzień zacząć o świcie. A ona w ‚szale weselnym’ myśle ze ani razu nie pomyślałaby ze jej PRZYKRO ze nas nie ma. Ale oczekiwała to byłam...lekcja na długo 😉
EDIT: hahaha nie nadążam dzis z prędkością tego wątku 😀
sienka, no to jest wypisz wymaluj sytuacja o której pisałam - robimy coś w imię jakiejś poprawności, bo tak wypada 🙄
A propos tempa dyskusji, ja swoją pisałam długo (widać po długości posta, sorry), a jak kliknelam podgląd i zobaczyłam 23 nowe wiadomości, to zdębiałam i chciałam zrezygnować, ale stwierdziłam, że nie, że wyśle, bo bedzie mi PRZYKRO, że nie dodam swoich 3 groszy do rozmowy 😁
Przecież hasło "czekolada i babcia" dała Dzionka, a nie ja. Ja zaczęłam od "podzielisz się to będzie miło". A teraz słyszę, że zmuszam dziecko... Tym bardziej, że pewnie wolałabym, żeby moje dziecko nie dostawało czekolady. Tym bardziej, że pewnie sama bym coś już siedem razy zdążyła rozdzielić między rodziną i całkiem możliwe, że moje dziecię poszłoby za moim przykładem samorzutnie. Dzionka mnie wkopała w babcię i czekoladę, a to ja zmuszam... Nosz kurcze... Co nie zmienia faktu, że dla mnie "bo będzie przykro" nie jest takim demonem jak dla Was. Jeśli jest powiązane z całym ogromem innych argumentacji, w kontekście całej rozmowy z dzieckiem i pojawia się jako jeden z elementów "zrobić komuś przyjemność vs zrobić komuś przykrość". Abstrahując od cholernej czekolady 😉 i babci - nie używacie w ogóle w rozmowie z dzieckiem słowa "przykrość"? Nie poruszacie tego aspektu bycia z innymi ludźmi? Nie mówicie dziecku, że nie fajnie jest gdy komuś jest przykro przez nasze zachowanie? Tak w ogóle, w ogóle?
A ja teraz stoję przed dylematem - bo miałabym ochotę napisać o jeszcze jednym aspekcie tego dzielenia się, ale... no właśnie nie chcę pisać czegoś, co mogłoby Wam sprawić przykrość. Mnie jest przykro, że użyłam słowa egoistyczny w tych rozmowach, bo Wam może być przykro... I dla mnie takie myślenie jest naturalne, niewymuszone, nie obarczone traumą.
Ascaia, pewnych rzeczy po prostu NIE DA SIĘ zrozumieć, dopóki się ich nie doświadczy.
Zapewniam Cię, że każda matka miała jakieś tam wizje na temat tego jak będzie swoje dziecko wychowywać i jak jej życie, jako matki będzie wyglądać... A teraz się z tego śmieje. Dziecko jest tak kosmicznym wydarzeniem, że nie da się tego opisać i zdefiniować. U mnie nastąpiło kompletne przewartościowanie i totalna rewolta i klęska i mgła... Podejrzewam, że u większości też.
Kto ma tak jak mu się wydawało, ręka do góry!
Ja chcę, żeby moje dzieci były szczęśliwe. 😁 Chcę, żeby umiały mówić "Nie!!!" Żeby umiały krzyczeć i bronić się, gdy ktoś będzie chciał je do czegoś zmusić, czy skrzywdzić. Chcę, żeby były zdrowe, sprawne, pełne energii, żeby umiały szybko biegać, świetnie pływać i wspinać się na drzewa. (W razie ataku zombie.) Chcę, żeby umiały dbać o siebie i swoje potrzeby. Zdecydowanie nie chcę, żeby były bardziej "miłe" dla innych, niż dla siebie samych.
Bo sama byłam wytresowana na miłą, grzeczną i bardziej dbającą o spełnianie potrzeb i oczekiwań innych, niż o swoje. Dzięki temu umiem świetnie udawać, grać, oszukiwać, zachowywać zimną krew i nie pokazywać co naprawdę myślę i czuję. Dopiero teraz to wiem, rozumiem i się zmieniam. Zaczynam być sobą i dbać o siebie.
Gabryś jest najbardziej empatyczną osobą we wszechświecie. Nie wiem na ile to mój/nasz udział. Raczej myślę, że taki się urodził. Paradoksalnie, bardziej mnie to martwi, niż cieszy!
Na przykładzie: Powiedział mi, że Blanka chce się z nim ożenić. Ale on nie chce. Ale nie powie jej o tym, bo nie może jej zawieść. ❗
Dramat. 😁 Moja synowa sobie w życiu poradzi, bo rządzi światem i nie znosi sprzeciwu. A Gab? W wieku niespełna 6 lat gotowy cierpieć, żeby spełnić czyjeś oczekiwania? 😁
Czasem, w konfliktowych "chłopackich" sytuacjach, gdy pyta mnie o radę, mam ochotę mu powiedzieć "Jak nie da się inaczej, to po prostu mu przypier**l!" 😀
Nie chcę, żeby zawsze był "grzeczny".
A tak w ogóle, to jak fajnie, że tyle kryptoczytelników tego wątku się odezwało! 😍 Tyle mądrych i cennych myśli.
Dzionka dzięki za interpretacje bo już się zaczęłam gubić w tych karach/nagrodach i olbrzymim znaczeniu doboru słów
A w temacie dzielenia. My Lilki nie uczyliśmy się dzielić. Za to my się z nią dzielimy, dzielimy się z psami (może to nie wychowawcze względem psów No ale :p), ostatnim kęsem kabanosa. I efekt jest taki że nie zmuszając jej do niczego, a tylko przez to że ona obserwuje nasze zachowanie Lilka sama z siebie się dzieli...zawsze...i czymkolwiek ma. Do tego stopnia że mając jednego herbatnika najpierw obdzieli nim po kawałku mnie, tatę, psy a potem sama zje czasem marną resztkę. Także wydaje mi się że to jest dobra droga, dla mnie jest naturalna nauka na obserwacji i naśladownictwie a kto ma im pokazać jak nie my (tak jak zwierzaki uczą się przeżycia obserwując rodziców i członków stada)
Bardziej myśle nad sytuacja np w autobusie moje dziecko zajmuje miejsce dla osoby uprzywilejowanej. Wsiada schorowana babcia lat 100. W moim mniemaniu „wypada” ustąpić miejsca z empatii i przyzwoitości. A dziecko się zapiera ze nie i już. Co wtedy?
A żeby nie było za kolorowo to Lili chyba idą 3-ki, 4-ki i nie wiem co jeszcze, ślini się na potęgę, ma od wczoraj wieczór gorączkę pod 39 która sukcesywnie zbijam i jest obrazem nędzy i rozpaczy gdy paracetamol przestaje działać. Teraz dopiero zasnęła po prawie 4h usypiania i niemożności znalezienia sobie miejsca nigdzie 😕
Julie, ale ja w dużej mierze nie rozumiem Waszego światopoglądu, tak ogólnie. I posiadanie czy nieposiadanie dzieci tego nie zmieni. Mnie przeraża, że Ciebie martwi empatyczność Gabrysia. O to chodzi. I np. nie rozumiem dlaczego "bycie miłą i uprzejmą i dbającą o innych" łączy się z "udawaniem i oszukiwaniem". Nie widzę między tym związku. Nie da rady być miłym i uprzejmym bez udawania? Nie można być sobą? Tego nie rozumiem Waszych wypowiedziach. Że to bycie uprzejmym i myślenie o uczuciach innych to ma być takie straszne dla mnie samej, tak mnie krzywdzić, kaleczyć, odbierać mi samą siebie, itd? Dlaczego?! Dlaczego tylko w taki sposób to ze sobą zestawiacie?
Ascaia wydaje mi się ze to jest kwestia potrzeb i charakteru. Jedni kioią wręcz miłością do świata, dają wreczserce na tacy bo tacy są i już. I to im daje radość. Problem pojawia się gdy zmusza się osobę np introwertyczna do „dawania tego serca” gdzie ją to może przytłaczać, przerażać i powodować tylko odwrotny skutek. Co nie znaczy ze ta osoba nie może być dobrym człowiekiem pełnym empatii i pomagania innym, tylko na swój sposób
Ascaia, ja rozumiem Julie, mnie i moją siostrę mama wychowała na takie miłe, grzeczne i empatyczne. Za bardzo. Niejednokrotnie rezygnowałam ze swoich potrzeb, robiłam coś niekorzystnego dla siebie tylko dlatego, że nie chciałam innym zrobić przykrości. Zawsze najpierw myślałam o innych, na końcu o sobie. Uważam, że to złe, moja mama z perspektywy czasu również uważa, że za grzecznie nas wychowała. Trzeba mieć w sobie zdrowy egoizm, umieć powiedzieć nie, postawić czasem na swoim i czasem pozwolić, żeby to ktoś inny nagiął się do nas. Dobrotliwość jest niestety często wyczuwana przez ludzi i wykorzystywana. Dlatego czasem trzeba przestać być miłym.
Ascaia, czego nie rozumiesz? Gabryś jest mega empatyczny i "grzeczny". Bo taki jest, jakiś mix genów, nie wiem! To nie ja go takim ukształtowałam, taki się urodził. (Chyba, może za mało swoją rolę doceniam.) Martwi mnie to, że ustępuje, że nie walczy o swoje. Bo mnie to unieszczęśliwiło. Po ch** mi była satysfakcja rodziców i babci, że się podzieliłam czekoladą?! 😉 To mnie nie nauczyło bycia lepszą, bardziej empatyczną, "grzeczniejszą"... Tylko handlowania oczekiwaniami i emocjami. Wydaje mi się, że Tobie się wydaje, iż dzieci trzeba UCZYĆ bycia dobrym. Jeśli tak, to bardzo się mylisz. Każde dziecko jest dobre z natury. Miłe, "grzeczne", chcące współpracować, naśladować i dzielić się radością. Tego nie trzeba uczyć i do tego zmuszać. Można "tylko" zepsuć.
vanille, Dokładnie! Ja byłam jako dziecko ZBYT miła i grzeczna. Świetnie grałam swoją rolę. Zepchnięto moje uczucia i potrzeby na margines. Więc nie chcę, żeby moje dzieci były jeszcze bardziej "grzeczne" niż są z natury.
kenna, I love you! Bardzo jest mi bliskie to co napisałaś. 😍 Ja też bardzo sobie cenię, że mam tyle lat ile mam i NARESZCIE zaczynam zwracać uwagę na to, czego JA potrzebuję.
Hm. Z pewnością inaczej rozumiem nagrodę i karę niż wy. Co więcej, wydaje mi się, że nawet ta dyskusja pokazuje, że to jest dosyć "analogowe", płynne. A owo "bez nagród i kar" jest sztucznym podziałem. Chyba, że karę i nagrodę bardzo wąsko zdefiniujemy. No i dostrzegam niespójność. Bo jeśli, wąsko rozumiana, kara i nagroda - nie mają znaczenia motywującego (czasem miewają - jak pensja, czasem nie), to po co się tym przejmować? Wyraźnie widać, że chodzi o kształtowanie motywacji, rozwój specyficznej siły życiowej. Ale chodzi też o co innego, o to, Czemu ma służyć ta motywacja. Byciu najsprawniejszym drapieżnikiem na dzielni? Naprawdę dziecko ma samo sobie wybrać, czy zostanie mafiozem czy ratownikiem milionów istnień? "Byleby było szczęśliwe"?
Temat mnie fascynuje. Bo miałam w życiu ciekawie: wychowana w "stalowowolszczańskiej" rodzinie (pamiętacie o takim kąciku?), niezupełnie, ale ojtam, zasadniczo dla wielu rozmówców katolik jest synonimem ciemniaka i betonu - trafiłam w środowisko artystyczne, niemalże rozpasane 🙂. I to z grona awangardowych artystów usłyszałam: Jeszcze się przekonasz, jaka ważna jest kindersztuba. Jest ważna, zrozumiałam to po latach.
Ascaia, niezmiennie cię rozumiem, ale jednak, zauważ: "Kochaj bliźniego Jak Siebie Samego", niekoniecznie Bardziej.
Jeszcze refleksja ogólna: Nie bylibyśmy gatunkiem dominującym na planecie, gdybyśmy nie rozwinęli instynktów stadnych w coś bardzo skomplikowanego. Sukces ludzkości to nie praca jednostek. Tak sobie szliśmy poprzez rytuały, zwyczaje, kodeksy - do organizacji i procedur. Procedur, które dziś są coraz ważniejsze, w dobie ogarniania "procesów i relacji'. I ok, jeśli ktoś uparcie woli krytykę nazywać ewaluacją - wszak może. Ale z dziecka nie wyrośnie sensowny członek społeczności jeśli jego zachowanie nie będzie spotykać się z ewaluacją 🙂 Choćby dlatego, że z ewaluacją spotka się zanim wyrośnie z pieluch. Bo nikt na tej planecie nie żyje samotnie, a Zupełne wykluczenie ze stada nadal (wg poważnych ustaleń) kończyłoby się szybką śmiercią. Nasz byt zależy od innych: rodziny, przyjaciół, sąsiadów, pracowników, szefów, mentorów, lekarzy...
Rozumiem, że dla Was (z wyjątkiem Ascai) teraz jest taki czas, koncentracji na świecie matki i dziecka. Ale, patrząc z zewnątrz takiego świata - smutno się to czyta. Bo świat, generalnie, to nie jest "ja, ja, Ja" we wszystkich przypadkach. Co wkrótce zauważycie.
A co z dzieckiem siedzącym na miejscu dla inwalidy? Ano - Nie Ma Prawa tam siedzieć, gdy pojawia się uprawniony. A jakakolwiek wątpliwość na ten temat świetnie tłumaczy, czemu tylu parkuje na miejscach dla inwalidy. I, obawiam się, że częściowo są to osoby, które "nigdy nie były motywowane karą ani nagrodą", i "co tam mandat, jak mi się spieszy".
Jeszcze jedna rzecz dyskusyjna. Jakieś kryptozałożenie, że "dzieci są dobre z natury". Wiem, że to popularne twierdzenie. Ale nieprawdziwe.
Ciekawa też jestem wszej opinii na temat takiej sytuacji (z fejsa): Córka dostała szlaban na szkolny autobus za prześladowanie innych. Ojciec "dał jej poznać naturalną konsekwencję": chodziła do szkoły na piechotę, on eskortował ją samochodem.
Halo, ja nie staje na miejscach dla inwalidów nie dlatego, ze boje sie mandatu, tylko dlatego, ze wyobrazam sobie, ze podjedzie tu za 5 min. osoba poruszająca sie na wózku i nie bedzie miała gdzie zaparkować i nie wyobrazam sobie w ogole, ze mogłaby przeze mnie miec kłopot. Chciałabym zeby moje dzieci miały podobna motywacje - wynikająca z empatii a nie strachu.
Co do autobusu szkolnego - dla mnie kara z tych dużego kalibru, bo poniżająca. Można dziecku zrobic niezła krzywdę wpadając na takie formy upokarzania go. Mysle, ze mądry rodzic przegadalby taka sytuacje z dzieckiem i opiekunem w autobusie/ rodzicem gnębionego dziecka i znalazł inne rozwiązanie, które faktycznie trwałe cos by temu dziecku o gnębieniu innych powiedziało.
Nadmierna wrażliwość i empatia jest niebezpieczna bo sprzyja nadmiernym cierpieniom. Ileż to już kobiet młodych czy starych w moim gabinecie psychiatrycznym, które przychodziły po leki wypowiadały tekst " bo wie pani, ja to od zawsze taka jestem że się za bardzo wszystkim przejmuję" " wie pani, bo ja to od dzieciństwa taka wrażliwa jestem". Wielu tym kobietom przydała by się nieco grubsza skóra, więcej zdrowego egoizmu i mniej martwienia się o innych. Mnie wychowano na zdrową egoistkę " dbaj o innych ale przede wszystkim o siebie". Nie pamiętam bym z tego powodu w swoim zyciu jakoś cierpiała. Naprawdę! Raczej pamiętam sytuacje kiedy właśnie zabrakło mi asertywności i z tego to powodu podnosiłam konsekwencje. Odkąd dorosłam na tyle, by rozumieć bardziej na czym to polega, to pielęgnuje to w sobie. I tak wychowuję swojego syna.
safiePowyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym.Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym termin 12 grudnia 2018 06:48
Halo, jak dla mnie to ta kara niczego nie nauczy poza utrwaleniem, że silniejszy poniża słabszego i następnym razem może się lepiej kryć, a to chyba nie o to chodzi. Jeszcze zastanowiłabym się nad relacjami w jej domu - czy prześladowanie innych nie wynika z przemocy w domu.
halo właśnie to miejsce z przodu ma nalepki „dla osoby starszej/inwalidy/kobiety w ciąży/opiekuna z dzieckiem”. Oczywiście że najlepiej by było żeby dziecko widziało i doświadczyło jak ktoś ustępuje tego miejsca z wytłumaczeniem świata „zobacz, to jest miejsce dla takiej i takiej osoby, pan ustąpił żeby pani w ciąży nie było ciężko” itp. Ale co właśnie kiedy dziecko zapiera się ze nie, że jest nalepka dziecka i oni tez może. (Byłam świadkiem takiej sytuacji). Mama mimo tłumaczeń wzięła dziecko ma ręce i ustąpiła tej babci, a dziecko przez jakieś 5przystankow robiło armagedon autobusowy
Rzadko zaglądam tu, ale ta dyskusja... Zatem dołożę coś w temacie. Kilka miesięcy temu miałam okazję obejrzeć pokaz filmu pewnej kliniki terapeutycznej dla dzieci. Film "Elternschule" ("Szkoła rodziców"😉 jest podsumowaniem czy relacją z metody przez nich przyjętej. Klinika jest w płn. Niemczech. Był to pokaz z udziałem reżysera/autora terapii. Po filmie można było zadawac pytania. Autor metody nazywa się Dietmar Langer i jest psychologiem. Niestety jak dotąd film jest tylko w języku autora, tj. po niemiecku. Oto trailer:
W skrócie: do tego pana trafiają dzieci z zaburzeniami rozmaitego rodzaju w formie ostrej, które mają za sobą całą drogę diagnostyczną (wykorzystano wszystkie dostępne metody pomocy). Dzieci od roczku do mniej więcej 10 lat. Sam Langer nazywa to "chronicznym stresem". Przypadki: trzylatek śpi 4h w ciągu dnia, jest pobudzony, ciągle płacze. Pięciolatek nie umie sam zasnąć i jest coraz bardziej agresywny. Siedmiolatka odmawia jedzenia wszystkiego prócz chyba bułki z nutellą. Kolejne dziecko mimo że przeleczone objawowo, rozdrapuje się do krwi i nikt nie umie go wyciszyć. Naprawdę ciężkie klimaty, a kamera i mikrofon sa bardzo blisko. Rodzice płaczą, dzieci w spazmach wyją, plują, gryzą, momentami nie ma z nimi kontaktu, albo uporczywie milczą i wycofują się. Dla mnie jako rodzica, laika a nie psychologa, ten film był ciężki do oglądania. Rozpłakałam się parę razy, bo wróciły moje wspomnienia z rozmaitymi problemami (chociaz ja miałam malutką skalę). Ten doktor bierze delikwentów na dwa tygodne do siebie. Rodzice biorą udział i mają wsparcie teamu, ale dziecko zostaje w klinice. W dzień pracuje albo z terapeutami albo z rodzicem. To co robi ten Langer: stawia bardzo wyraźne, nienaruszalne granice. I czeka. Ma doskonały team, jego asystentki są przyjazne, ale niewzruszone i neutralne. Dziecko, koło którego od roku wszyscy skaczą, chcąc mu pomóc, i podsuwając mu nowe jedzenie/atrakcje/metody usypiania, nagle znajduje się wśród dużych spokojnych milczących ludzi, którzy są przyjaźni, przytulają go, ale ustawiają mu nowy porządek. Godziny snu, posiłki, regularny ruch na powietrzu. Dzieci reagują oczywiście dzikim oporem i całym wachlarzem dostępnych im metod. I napotykają na ścianę - to jest moment w którym zaczyna się wątpić w metodę. . Tzn. ja zaczęłam . Ale potem uznałam że to ma sens.
Z siedmiolatką, która rzuca jedzeniem, pani asystentka codziennie 5x na dzień siada do jednego stolika gdzie stoja dwa talerze. Dziecku jest proponowane jedzenie a gdy odmawia, asystentka ze spokojem spożywa swoje śniadanie. Ten spokój jest ... uf. Mocny. Potem pełen talerz dziecka jest zabierany. W porze kolejnego posiłku sytuacja się powtarza. Dziecko jest ze spokojem przetrzymywane. Nikt mu nie robi krzywdy, ale nikt nie zwraca uwagi na jego próby wpłynięcia na dorosłego. Nie dostanie bulki z nutellą, dostanie zupę. Jeśl nie zje, trudno. Zero. Spokój. Gdy kamera za którymś razem pokazuje (z daleka) jak w tym dziecku coś się zmienia, ona zaczyna myśleć czy sięgnąć po kartofla. Słuchajcie to napięcie samego obserwatora było niesamowite. Sięga powolutku. A asystentka - lekki uśmiech, i podsunięcie. I dalej sobie je swój obiad. Dziecko musi zrobić to całkiem samo. I robi.... i od tej pory to dziecko jest odblokowane, odczarowane. Trzy dni czekania ze spokojem skały.
Chłopiec 5 lat, który się drapie nerwicowo i w ogóle nie wspópracuje z nikim już, a żeby uniknąc jego drapania rodzice byli bliscy chodzenia na uszach. W klinice jest obserwowany i zaopiekowany skórnie, ale jeśli chodzi o współpracę, to nikt koło niego nie skacze. Ląduje w sali pełnej super zabawek, tunele z gąbki,hamaki, namioty, wszystko tam jest. Siada w kącie. Terapeuta zaprasza go,a wobec braku reakcji bawi się sam. Codziennie przez pół godziny chłopiec siedzi a facet buduje z zapałem twierdze z materacy itp. Po upłynięciu czasu mały jest wyprowadzany. Któregoś dnia ten chłopiec - bez żadnych dodatkowych zachęt - sam z siebie sięga po coś. Potem po jeszcze coś. Pod koniec zajęć buduje z zapałem namiot/coś tam. Na kolejnych zajęciach pojawia się trudna dziewczynka. Odczarowany chłopiec natychmiast oferuje jej świetną zabawę, inicując kontakt, pomagając terapeucie dotrzeć do dziewczynki.
Dzieci które nie zasypiają same i budza się co chwila i ich matki są wrakami a życie domowe w gruzach. Te dzieci są układane w łóżeczkach w klinice, całowane, gaszone jest światło i wszyscy wychodzą. Kamera na podczerwień włączona, matka za ścianą gryzie ręce. A dzieci reagują najrozmaiciej, w przypadku spazmów wchodzi asystentka i przytula, po czym sytuacja się powtarza. Trzeciego dnia dziecko zasypia o 20. Przesypia noc. Matka nie dowierza.
Dziewczynka lat 5 na obowiązkowym spacerze. Nie będzie szła, ani biegła, ani się bawiła. Tu siądzie na ziemi. Ok, mówi terapeuta poczekam. Czeka. Gdy mała zmienia plan i chce zwiać, interweniuje. Daje wybór: spacerujemy/biegniemy razem tam gdzie ja prowadzę, albo czekam aż dołączysz. Mam czas. Nie zachęca. Codziennie kawałek dalej. Gdy dziecko samo z siebie wstaje i jednak podchodzi do niego, ten nie reaguje nagrodą czy super chwaleniem. O jesteś. No to idziemy dalej. I tak codziennie. Trzeciego dnia łapią bardzo przyjazny kontakt, dziewczynka zaczyna mieć radość z ruchu, spaceru, zabawy w parku, rozmowy z tym fajnym doktorem.....
I tak dalej.
On uznaje , że te dzieci wskutek chronicznego stresu spowodowanego ich relacją w domu (wskutek błędów rodziców, oczywiście nieświadomych i w dobrej wierze) zaczynają używać metod manipulacji, a rodzice są już tak totalnie przerażeni/wycieńczeni psychicznie i fizycznie, że ta manipulacja ma bardzo silny efekt. Problemy mają rózne podłoże, ale wspólną cechę: rodzice nie mają siły/odwagi stawiać już żadnych granic. W klinice dzieci zderzają się z nową rzeczywistością: wyraźnych, przyjaźnie podanych granic, które są jednak niewzruszone.
Płakałam w pewnych momentach tego filmu, ale na końcu widząc te odczarowane dzieci i tych niedowierzających rodziców, miałam tez łzy w gardle. Z pewnością dotyczy to ciężkich przypadków. Ale robiło wrażenie bardzo silne. Te milczące asystentki, siedzące bez słowa ale bez śladu zniecierpliwienia z wściekłym ale zdezorientowanym dzieckiem, oferujące mu spokój, kontakt fizyczny, odpowiadające na każdy ruch w swoją stronę, ale nawet na milimetr nie ustępujące atakom, przez okrągłą godzinę. Te dzieci, w których zachodzi proces, uchwycony okiem kamery. Zmiana. Dziecko przestaje kopać, gryźć. Szuka innej drogi. I okazuje się, że jak mu sie pozwoli do tego dojść samemu, to to samo dziecko jest nagle spokojne, ciekawe, i otwiera się. Wraca.
Mocny film. Ale dyskusja po nim tez była mocna. Wzbudził tez oczywiście gorące dyskusje, również ostrą krytykę. Polecam Wam cały film , jeśli znacie język niemiecki. Tutaj więcej o filmie: https://www.kino.de/film/elternschule-2018/ (m.in. pod tym linkiem z kino.de można podejrzec krytyczne głosy. "Jak można taki film pokazywać w niemieckich publicznych kinach", "To metody z DDR", "Czy ktoś to zgłosił już do urzędu" itp. ) Tutaj o klinice: https://psychosomatik.bkb-kinderklinik.de/abteilung/leitung-und-team-lion-langer/
vanille, ciśnie mi się na usta pytanie - co zyskujesz rezygnując z tych niektórych momentów uprzejmości? ale (patrz niżej, ostatni akapit)
Julie, mamy tak rozbieżne priorytety, że chyba nawet w prostych zdaniach nie jesteśmy w stanie się porozumieć. To może innym słowem to ujmę, żebyś wiedziała co mam na myśli - Nie podoba mi się Wasz światopogląd. Nie podoba mi się, przeraża mnie, że dla kogoś empatia może być wadą. To jest dla mnie wywrócenie hierarchii wartości.
Aczkolwiek zgadzam się z Tobą, (i to jest to czego nie chciałam wczoraj napisać, by Wam nie sprawić przykrości) Zgadzam się, że zasadniczo dzieci rodzą się z naturalnym potencjałem dobra, współczucia, potrzebami bycia w grupie (mniej lub bardziej intensywnie), z potencjałem kochania innych. I "wystarczy" to wspierać, podbudowywać, utwierdzać dziecko w słuszności takich zachowań. Kiedyś to było widać przez dość długi czas - dużo większa część dzieci była łagodna jeszcze jako kilkulatki. Obecnie widać, że ta łagodność zanika coraz szybciej. Niedawno wysłałam Dzionce link do rozczulającego nagrania, gdzie dziewczynka chodzi i przytula ludzi. Tak po prostu. I jest to właśnie to, ta dziecięca spontaniczna dobroć i miłość do świata. Dzieci to mają w sobie. Ja w to wierzę. Więc gdzie szukać przyczyny, że obecnie dzieci coraz szybciej to spontaniczne ciepło tracą? No niestety w rodzicach. Same mówicie, że dzieci od pierwszych momentów życia chłoną, obserwują, projektują, itd. Jeśli dla Was tak ważny jest rozwój, sukces, moje to, moje tamto, ciepło jest dawkowane tylko dla wybranych, nie dla wszystkich ludzi, skoro uważacie, że empatia to wada...
halo, dziękuję. 😀 O tym, że "jak siebie samego" pamiętam. 😉 Ale jednak zawsze "kochaj bliźniego". A to co tutaj piszą dziewczyny...
Powiem wprost - nie chcę już kontynuować tej dyskusji. Chyba pierwszy raz w życiu po prostu nie chcę już o tym rozmawiać. To mnie boli, to mnie rani. Jest mi bardzo, bardzo smutno. Jestem przerażona. Dobrze, że nie mam dzieci. Wiem już, że zdecydowanie nie powinnam mieć dzieci. (najchętniej w tym momencie umówiłabym się na sterylizację). Bo nie chciałabym, żeby się wychowywały w takim świecie. Co więcej - boję się jak to będzie żyć w świecie, kiedy stery przejmie pokolenie obecnych kilkulatków.
halo, no ale tak jak napisałam, ja się nie spodziewam że moje dziecko będzie społeczne, czy ukierunkowane na „dobro” dlatego ze ma taką naturę ale dlatego, że nie jestem aspołeczną psychopatką. Skąd pomysł że dziecko ma być najsilniejsze na dzielni? No chyba ze w sensie wyłącznie psychicznym może wystąpić jakaś większa siła niż standard, tzn taka ze nawet jak inne małpki spuszczają łomot o niedzielenie się czekolada z babcia, to ono bardziej na to leje niż średnia (ale przecież nie całkiem skoro wychowywane przez osobę społeczną). Nie wiem tez co z tą nagrodą i karą, tak, została ona mega wąsko zdefiniowana jako tylko nakładana sztucznie przez rodzica, ewentualnie przez szkole ale pozostałe naciski rozumiane są jako konsekwencje (od grupy rówieśniczej, od ludzi na ulicy itd). To wszystko zostaje, nie ma siły żeby nie działało, no ale fakt, że ma działać ciut słabiej - trochę mniej niż programowanie.
Jeżeli chodzi o ludzi parkujących na miejscu inwalidów to poznałam tylko jedną i nie jest ofiarą wychowania bez kar i nagród ale jest ofiarą cwaniactwa przekazywanego rodzinnie, czyli systemu wartości podpatrzonego u rodziców. Obserwując zdjęcia parkujących celebrytów jest to wyraz poczucia bezkarności również ale w sensie bezkarności od świata czyli tego jak ja rozumiem „konsekwencje”. Nie wiemy co te osoby robią jak mamusia powie, że brzydko się ubrały do TV, może trzęsą się ze strachu? Część z nich wygląda na dość zaburzone 😉
Co do tego ze dzieci nie powinny być chowane na samotny biały żagiel, to ja jestem optymistką - uważam że choćbym trzymała sie podręcznika Alphiego Kohna co do joty, nie jestem w stanie na takie cuś wychować własnego dziecka. Świadczą też o tym zeznania tych co tak już byli wychowywani i też na aspołeczniaków nie wyglądają. I odbijając piłeczkę o spójności: skoro uważasz ze jest jednak jakieś ryzyko, czy ty jednak się boisz, że jest jakiś świat bez kar i nagród?
Podsumowując, rozumiem przed czym przestrzegasz ale moim zdaniem demonizujesz, dlatego że jak sama kiedyś napisałaś, dziecko bierze prawdziwy system wartości po rodzicach nie ten deklarowany 🙂
Kenna, tak tak, jest jak piszesz z małpami chociaż nie wiem czy tak było w eksperymencie, bardziej chodziło mi o tę część z bęckami że strach przed zmianą będzie i może nie wynikać np z przemyśleń oraz, na pewno z oczywistych powodów, doświadczeń, ale będzie atawistyczny i nieracjonalny.
Nie kumam jak powiedzenie "chcialabym, by dziecko mialo wlasciwe motywacje" = dziecko nie bedzie przestrzegac norm spolecznych ani jak zdrowy egoizm wykresla bycie dobrym czlowiekiem - pomaga sie bez zadnego "ale", wspolczuje sie innym, ale co do tego ma czekolada czy ulubiona zabawka? Swiat nie bedzie gorszy, jesli dziecko zatrzyma to dla siebie... swiat jest gorszy, gdy jedno nie probuje zrozumiec drugiego, dopatruje sie wylacznie zlego i zaklada zle w drugim czlowieku.
Jestem w szoku, bo wszyscy mowimy o tym samym, tylko kazdy ma na to swoja oprawe. Nie trzeba byc tocka w tocke takim samym, by byc dobrym...
Maea, jestem już zbyt umęczona, żeby zrobić kompilację tekstów, które mnie "szokują". Ty teraz ubrałaś temat w jeszcze inne słowa - a to właśnie te sformułowania mają w tym momencie znaczenie dla całokształtu dyskusji. I po raz kolejny przypomnę - hasło "czekolada i babcia i podziel się" to nie mój pomysł. No i na pewno Julie a ja nie mówimy o tym samym jednak. 😉 Widzisz ja bym do tego zdania "świat jest gorszy..." dopisała jeszcze jedną rzecz - "gdy nie widzi się drugiego".
Bardzo ciekawa jest ta dyskusja, dziękuję Wam wszystkim! :kwiatek: Inspiruje mnie skuteczniej niż przedszkolne warsztaty* z pozytywnej dyscypliny 😉
kenna ta ściana tekstu rewelacyjna.
dempsey świetne! daje do myślenia.
Ascaia niepotrzebnie się tak przejmujesz. To jest tylko pisane słowo, łatwo z niego o fałszywy odbiór (jak dwuwymiarowe zdjęcie obiektu 3D). Łatwo się źle zrozumieć. Zapewniam Cię, że Julie i Gabryś są na żywo rewelacyjni i daleko tu od wizji rodzica egoisty i rozpasanego bachora. Myślę, że wiem, co dziewczyny chcą przekazać. Ja sama też trochę walczę z tym schematem braku zdrowego egoizmu - to choroba mojej mamy 😉 i czasami coś tam we mnie też się przebija. Odkąd pamiętam, zawsze się poświęcała, nic nie brała dla siebie, wszystkich stawiała ponad i przed sobą. Później też, co również bardzo mnie drażniło, stawiała inne dzieci np. przed własnymi. Tego poświęcenia, np. w naszym kierunku, nikt nie oczekiwał! (tak jak ta babcia czekolady) Pamiętam zdecydowanie, że wolałam mieć zadowoloną, wyspaną mamę, że chciałam, żeby sobie kupiła jakiś ciuch, zamiast znowu coś dla nas fundować. Że nie chciałam patrzeć po prostu na jej umęczenie. To jest ta przesada w drugą stronę. To nie jest jakieś zaprzeczenie empatii. Można (i trzeba) być empatycznym, ale trzeba też mieć w sobie ten zdrowy egoizm, umiejętność bronienia swoich racji. To jest sztuka znajdowania złotego środka. Żadna skrajność nie jest dobra. Takiego empatycznego egoistę kocha się najbardziej i najprzyjemniej się z nim przebywa. Ja osobiście przy mojej krzyżującej się mamie miałam ciągłe poczucie winy, miałam też poczucie krzywdy, kiedy np. przychodziło dziecko jej koleżanki i ona udostępniała moje zabawki, nie pytając mnie o zgodę. Dlatego ja robię inaczej. Moja córka sama może wybrać czym się podzielić z koleżanką/kolegą/kuzynką kiedy ktoś nas odwiedza i robi to. Przed wizytą rozmawiamy o tym, co jest dla niej ważne i chciałaby schować - ma do tego prawo przecież. Ja też staram się czasem coś robić dla siebie, czasem dla młodej, czasem dla innych - równowaga i własny przykład to najlepsza droga.
Jeszcze jeśli chodzi o to "zmuszanie do dobrego wychowania", coś co zawsze mnei wkurzało, to "powiedz dziękuję!" Grrrr... mam jakoś uczulenie na takie popychanie. To "dziękuję" nie ma być pustym, wyuczonym słowem, ma być odruchem, objawem tego, ze ktoś poczuł tę wdzięczność i ją nazwał. Nigdy więc tego nie mówiłam młodej. I co? Zaczęła dziękować prawie równo z tym, jak zaczęła mówić. Bo JA dziękuję za różne rzeczy przy niej. Szczerze. Tak samo, kiedy mijamy starszego pana, sąsiada z klatki, młoda krzyczy za nim "dzień dobry!! miłego dniaaa!" bo po prostu go lubi i słyszała, że ja tak do ludzi mówię czasami.
* to jeszcze na koniec taki punkt z tych warsztatów, z którym się nie zgadzam i ciekawa jestem Waszego zdania. Była tam sytuacja taka, że rozmawiamy z dzieckiem i dzwoni telefon. Co ma zrobić rodzic? Według mnie, przede wszystkim ocenić ważność tej rozmowy, ocenić kto dzwoni (telemarketer czy mama na przykład) i albo odrzucić połączenie, albo przeprosić dziecko na chwilę i odebrać - tu też cały wachlarz możliwości, powiedzieć dzwoniącemu, że się oddzwoni za chwilę albo omówić od razu co trzeba. Otóż rodzice jak i Pani prowadząca uważali, że należy... spytać dziecko, czy można odebrać. No dla mnie to już jest 🤔 zdecydowane postawienie świata na głowie. Takie coś to właśnie jakieś poddanie dziecku, brak własnego życia poza dzieckiem, postawienie go w absolutnym centrum, danie mu jakiejś niepotrzebnej władzy nad sobą, no... nie. Dziecko tego nie chce i nie oczekuje. Przecież jeśli np. rozmawiam z siostrą czy mamą, to ich nie pytam czy mogę własny telefon odebrać, tylko robię dokładnie tak jak napisałam w pierwszym zdaniu. Nawet w pracy rozmawiając z szefem robię tak samo. Zszokowało mnie, że wśród koło dwudziestki rodziców byłam sromotnie osamotniona w tym poglądzie. Ogólne wrażenie miałam, że "pozytywna" miało więcej zwolenników niż "dyscyplina". Niby była mowa o stanowczości i uprzejmości, o stawianiu granic i uwzględnianiu własnego zdania, ale jakoś ta część o granicach i stanowczości była zdecydowanie źle postrzegana. Szkoda, że ten film omówiony przez dempsey jest po niemiecku... podrzuciłabym im 😉
Ascaia jedyne co przychodzi mi na mysl to to, ze nie dopuszczasz do siebie absolutnie niczego co nie jest takie jak w Twojej glowie. Jestes tak zamknieta na "inne", ze nawet nie probujesz zrozumiec i wszystko odwracasz na negatyw, wszyscy sa "zli", wszystko "straszne". Jakbys tracila grunt pod nogami. Masz racje zeby odpuscic, bo naprawde ta rozmowa nie ma sensu.
dempsey kurcze, szkoda ze jest tylko po niemiecku, ale i tak obejrze. Zastanawia mnie jak to wszystko dziala kiedy te rodziny wracaja do domow. Tak jak sie zastanawiam nad chociazby funkcjonowaniem dzieci w przedszkolach - czesto chetnie sprzataja, jedza, robia wszystko co sie dzieje, tak w domu moze byc zupelnie inaczej. Sa jakies dane na ten temat?
nerechta, czyli fajna i otwarta będę tylko wtedy kiedy Wam przytaknę? Kiedy zmienią swoją hierarchię wartości? "Dopuszczam do siebie" wszystko. Gdyby tak nie było to nie wchodziłabym w ogóle w dyskusję, nie zadawałabym pytań, itd. To nie jest zamknięcie na inne - po prostu się z Wami nie zgadzam, nie widzę słuszności w Waszych argumentach.
dea, a z kim były te warsztaty? Jakoś dziwnie z tym telefonem, jakoś właśnie inaczej odbieram Pozytywną Dyscyplinę. Chyba chodzi tu też o wagę tej rozmowy z dzieckiem, np. co chcesz na obiad vs jest mi smutno i chcę porozmawiać...
Więc gdzie szukać przyczyny, że obecnie dzieci coraz szybciej to spontaniczne ciepło tracą? No niestety w rodzicach. Same mówicie, że dzieci od pierwszych momentów życia chłoną, obserwują, projektują, itd. Jeśli dla Was tak ważny jest rozwój, sukces, moje to, moje tamto, ciepło jest dawkowane tylko dla wybranych, nie dla wszystkich ludzi, skoro uważacie, że empatia to wada...
Ascaia, znów przeinaczyłaś i wybiórczo czepiasz się słówek. Kto napisał, że empatia jest wadą? Za dużo empatii może być problemem, a nie empatia jako taka. Co do dzieci tracących spontaniczne ciepło, to jestem pewna, że wcześniej je stracą w tych rodzinach, które nie liczą się z ich uczuciami (daj babci czekoladkę, bo jak nie dasz, to będzie jej przykro...). I, do cholery, o co chodzi z tą uprzejmością na siłę? Kiedy na plac zabaw przyjdzie pan, i powie "dam ci cukierka, jak pójdziesz ze mną do auta", to JA CHCĘ, żeby moje dziecko było NIEUPRZEJME, żeby kopnęło faceta w jaja, zaczęło krzyczeć i uciekać! A nie powiedziało, "ok, pójdę, żeby panu nie było przykro". Czy to tak trudno zrozumieć?!
dampsey, ciekawe bardzo. Granice są dla mnie jakimś trudnym tematem, tzn rozumiem ich wagę, z egzekwowaniem nieraz gorzej. Ale tu jak na dłoni widać, jakie one są ważne, bo bez nich dzieciaki są totalnie zagubione.
Bo ten złoty środek jest najlepszą opcją. Warto mieć w sobie i empatię, uczuciowość, wrażliwość, i zarazem pilnować swojego zdrowego egoizmu i myśleć o sobie. Czasami nam się przesunie w jedną stronę, czasami w drugą. Wszystko zależy od sytuacji. Jeśli uznamy po czasie, że jednak przesuwa nam się za bardzo w którąś stronę, to warto na przyszłość wynieść nauczkę z danej sytuacji. Wiadomo, że nie dla każdego złoty środek będzie w tym samym miejscu. Normalne. Ja jak zwykle za bardzo nie rozumiem o co ten raban. 🙂 Uogólniając- ani zaciekły egoista mający innych w tyłku, ani wrażliwiec mający głównie dobro innych na uwadze, nie będzie ostatecznie w życiu szczęśliwy. (bo nawet gdyby sam chciał być szczęśliwy bo żyje w zgodzie ze sobą, to społeczeństwo mu nie da czuć się szczęśliwym, taki człowiek w końcu odczuje nieprzyjemne skutki swoich postępowań)