Przyznaję, że we wpisach Julie i Dzionki nie jest dla mnie jasne czy "dobre, uprzejme dziecko" mieści się w celach. No a druga sprawa, że Dzionka ma prawo uważać mnie za nieudacznika. Jest mi przykro, ale Jej prawo. Ale nie mydlmy sobie oczu, bo to taka czysto przypadkowa zbieżność.
nerechta, "książków" się naczytałam. Bo... jestem pedagogiem z wykształcenia. 😉 I po 5 latach uczenia się o metodach, szkołach, miałam tak solidnie dość, że obiecałam sobie, że nigdy więcej żadnego "podręcznika o wychowywaniu". Uważam, że wychowanie dziecka to zbyt delikatna, zbyt subtelna materia by ją wpisywać w ramy. To jest możliwie najbardziej zindywidualizowana sytuacja życiowa. Każda szkoła jest więc obarczona ogromna ilością nieścisłości, co pociąga za sobą błędy, bo nie jest w stanie przewidzieć jakie mogą być kombinacje charakterów, temperamentów, uwarunkowań środowiskowych, materialnych, mieszkaniowych, itd, by dać na nie odpowiedzi. Dlatego takie jest moje postanowienie - nie zamykam się w jednym spojrzeniu, w definicjach z jednej metody.
Maea, w pełni zgadzam się z tym skrótowym zdaniem, że z jakiegoś powodu we współczesnych trendach wychowawczych jest właśnie takie "uprzejmy = nieżyciowy". I że wychowując dziecko głównie w tych priorytetach o które wspomniałam wcześniej, wychowuje się "ofiarę życiową".
bobek, co do presji. Dla każdej średnio inteligentnej jednostki jasne jest, że dziecko to człowiek w procesie, że dopiero się uczy. Także norm społecznych. Kwestia jest w tym jak zachowują się w tym rodzice. Czy jednak mają ten odruch by dziecku wskazywać co jest ok, a co innym sprawia przykrość, czy tłumaczą i proszą. Czy jednak "olewają", bo to tylko dziecko i ono musi, bo np. krzykiem i bieganiem poznaje świat. (więc niech biega i krzyczy aż się samo zmęczy).
nerechta, to mi się okrutnie podoba małpi gaj ale nie mam miejsca, są też wersje mniejsze.
Już jako singiel byłam przekonana, że dzieci zasadniczo wychować się nie da - one się wychowają tak czy siak, po prostu rozwiną swój potencjał. I tak się stało. Moim zadaniem było jak najmniej narozrabiać, jak najmniej uszkodzić. No i zapewnić dożycie do samodzielności 🙂
Odwrotne miałam wrażenie, raczej, że dziecko się wychowuje od A do N. No ale jak już człowiek ma swoje to obserwuje i widzi (tą logiczna częścią mózgu), że one są jakieś od początku i pewnie do końca zostaną sobą. Jak dla mnie bardzo pocieszające 😀 aby tylko nie zepsuć. I gratulacje z tytułu spełnionego macierzyństwa.
bobek, co do presji. Dla każdej średnio inteligentnej jednostki jasne jest, że dziecko to człowiek w procesie, że dopiero się uczy. Także norm społecznych. Kwestia jest w tym jak zachowują się w tym rodzice. Czy jednak mają ten odruch by dziecku wskazywać co jest ok, a co innym sprawia przykrość, czy tłumaczą i proszą. Czy jednak "olewają", bo to tylko dziecko i ono musi, bo np. krzykiem i bieganiem poznaje świat. (więc niech biega i krzyczy aż się samo zmęczy).
No ale czy tak jest naprawdę? Patrząc na dziecko i rodzica z boku nie możemy być przecież pewni na jakim etapie procesu właśnie są? Ale oczekujemy, że zobaczymy jak rodzic strofuje albo coś tłumaczy biegającemu dwulatkowi. O tym właśnie mówię, że w PL jest dużo więcej presji, pochopne oceny. A będąc za granico w większości krajów widziałam (ale zastrzegam, że bywam tylko "na południu"😉, że miejsce publiczne to miejsce dla wszystkich nie tylko tych którzy zachowują się jak dorośli (nie biegają i nie hałasują). W związku z tym jest łatwiej, skoro 3 latek potrzebuje fizycznie się wybiegać nikt nie będzie oczekiwał od niego bycia 10-cio latkiem. Takie to proste.
Wklejam też króciutki fragment z bloga podróżniczego, tutaj akurat o Hiszpanii i Włoszech:
PODEJŚCIE DO DZIECI Wiadomo – kiedyś nie zwracałam na to uwagi, ale odkąd mam dzieci i to z nimi najczęściej podróżuję, spędzam czas, chodzę na plac zabaw, na lody i do knajpy, zwracam na to uwagę zdecydowanie bardziej. Tam się po prostu lubi dzieci. Dzieci uczestniczą w życiu, są obecne w restauracjach, knajpach, na placach. Czasem są obecne nawet w barach i nikogo to nie dziwi! W Andaluzji wielokrotnie widzieliśmy dzieciaki o 21.00 na kolacji z rodzicami. W San Sebastian wózki w pintxos barach i rodziców popijających wino czy lokalną sidrę. Dzieci zajadające makarony na kolację we Włoszech i biegające do nocy na placu zabaw. Dzieci tak samo głośne (a może głośniejsze?) niż nasze. Tak samo rozbrykane. Tylko im to jakby mniej przeszkadza…? Każda wizyta w Hiszpanii czy we Włoszech utwierdza mnie w przekonaniu, że nasze społeczeństwo nie jest społeczeństwem lubiącym dzieci. Lubimy na nie narzekać, uciszać, przewracać oczami gdy wchodzą do samolotu czy do knajpy. Czy tam mnie to kiedyś spotkało? Nie!
I totalnie sie zgadzam z tym co napisalas bobek. W Polsce dzieci sie nie lubi, wyraznie to widac i czuc. Z reszta, przed dzieckiem sama ich nie uwielbialam, duzo nastolatek czy mlodych kobiet ma do dzieci wstret. Taki mamy dziwny klimat... Ale czy to jest powod zeby sie izolowac, nie pozwalac dziecku byc dzieckiem? Z zachowaniem granic rozsadku, ale dziecka naprawde nie da sie trzymac na smyczy bo ludziom sie nie podoba ze jest. Czesto tez z zewnatrz wiele sytuacji wyglada jakby rodzic "olewal" a wcale tak nie jest. Latwo sie ocenia, nie zawsze latwo dziecko jest rodzicom okielznac na tyle by nie przeszkadzalo obcym ludziom. Albo wiedza, ze kiedy cos zrobia to bedzie z tego jeszcze wieksza afera. Czy po prostu wcale sie tego nie chca - bo czym dziecko krzywdzi, jesli sobie np biega? Krzyku sama nie lubie i "nie pozwalam", ale wiele jest dzieciecych zachowan ktore sa po prostu dzieciece i uwazam ze to spoleczenstwo powinno troche sie uelastycznic a nie rodzice temperowac dziecko zeby nie bylo soba.
Bylismy z Iga w sobote w filharmonii, pierwszy raz. Po pol godzinie po prostu ja nosilo, wiec chodzila sobie po pustym rzedzie. Byla cicho, poprostu chodzila. Jedna pani byla oburzona, paru ludzi cieszylo sie do niej, zaczepialo ja, pozniej podziwialo ze tyle wytrzymala i byla taka "grzeczna". No nie da sie dogodzic wszystkim, a ja nie mam zamiaru trzymac dziecka sila na fotelu bo raz ze skonczyloby sie to histeria i wyjsciem, a dwa, dlaczego mam ja powstrzymywac przed wlasnymi potrzebami? Mi starczylo ze jest cicho i nikomu w ten sposob nie przeszkadza. Jesli ktos sie rozpraszal bo chodzila.. no kurde, to nie jest nasz problem..
A co komunikatem "nie rób tego, bo go to boli i może Cię ugryźć" ?
Pisałam już, w przypadku naszych zwierząt nie ma on sensu, bo one nie ugryzą. Gdybym wiedziała, że jakiś zwierzak jest gryzący, drapiący, to bym powiedziała. Akurat o tym, że koty u mamy takie cierpliwe nie są, nauczyła się sama, kiedy jeszcze złożonych zdań nie kumała 😉 więc skoro to wie, to jej nie powtarzam. To jest coś, co może zaobserwować, doświadczyć. Tego, że zwierzę cierpi, jest niezadowolone, może nie widzieć. Dlatego jej pokazuję. Tłumaczę co znaczy machający ogon u kota, a nawet usztywnienie.
Przy obcych zwierzętach też jej mówiłam kilka razy, jeśli się wyrywała głaskać: "ten pies Ciebie nie zna, może mu się nie spodobać głaskanie albo może się bać, może ugryźć". Przy koniach też mówię, że ma trzymać dystans, bo mogą nadepnąć. Ogólnie raczej nie są to krótkie komunikaty, że gryzie, że depcze, tylko zawsze wytłumaczone dlaczego. Ja jej nawet tłumaczę dlaczego grawitacja ją ugryzła 😉 Mój ulubiony okres w życiu dziecka to czas "dlaczego?" 😁
Ascaia :o zatkało mnie, nie napisałam nigdzie ze osoba, która nie ma dzieci to nieudacznik, wtf w ogole. Co do reszty, zgadzam sie z nerechta. Ciezko dyskutować jak nie mamy zgodności co do definicji. Jak Ty piszesz, ze nagroda dla dziecka jest uśmiech a kara ze sie uderzy, to jak mozemy rozmawiać o wychowaniu bez kar i nagród. Dla mnie najważniejsze jest zeby moje dziecko było szczęśliwe i wierzyło w siebie. Empatia i uprzejmość to efekty uboczne a nie cel sam w sobie - a juz na pewno nie kosztem tego pierwszego. Dziecko z tzw. pełnym kubeczkiem chetnie daje z tego kubeczka innym. Dziecko zmuszane, rowniez subtelnie, do bycia „dobrym człowiekiem” nie bedzie tego miało w sobie tak naprawdę i zawsze jakas jego czesc bedzie na tym cierpieć. To jest moje zdanie a nie prawda objawiona :p
Halo, fajnie sie to czyta. Tez bym tak chciała po 20 latach moc napisac - ze wlasnie dałam dzieciom rozwinąć ich potencjał nie przycinając im skrzydeł na każdym kroku.
Acha i tez mi sie wydaje, ze w Polsce ludzie dają sobie prawo do strofowania dzieci, własnych i cudzych, w imię jakiegoś dobra wspólnego, dość mgliście pojmowanego. Czesto dochodzi do jakichś absurdalnych sytuacji, np. zdarza mi sie ze na widok Sary, która chce pobujać sie na huśtawce na placu zabaw matki ściagają swoje dzieci, które wyraźnie protestują. Albo zanim Sara wykaże chęć zabawy, juz każą sie podzielić foremkach z dziewczynka. Jakby zawsze ktoś inny był ważniejszy. Czy to uczy uprzejmości i dzielenia sie? No wątpie.
Przepraszam, ale ja naprawdę nie rozumiem Twojego toku myślenia. Nie pojmuję tych zestawień w jakich się obracasz. Odczytuję to jako jakiś mega bunt przeciwko normom i wartościom społecznym - takie nastawienie jakby życie społeczne miało być czymś złym, zabijającym więzi, zabijającym rozwój i w ogóle straszna straszność i masakra. Kształtowanie odruchów (np. dzielenia się z innymi) jest stawiane na równi ze zmuszaniem... A kiedy uczycie dzieci myć zęby (kształtowanie dobrych przyzwyczajeń, odruchów dotyczących higieny) to też jest "zmuszanie"? Nie rozumiem... Odpadam. A co do Twojego zdziwienia mojej interpretacji to w tamtym poście użyłaś konkretnych opisów jako dwie przeciwstawne sytuacje życiowe. Nacechowałaś jedną wyraźnie pozytywnie - człowiek sukcesu, więc skoro druga to opozycja to... antonimem jest nieudacznik.
Juz chyba wiem gdzie sie rozmijamy. Odczytuje to tak, ze wg Ciebie tych prospołecznych zachowań uczymy dziecko strofowaniem, karaniem czy napominaniem. Dla mnie te zachowania tez sa wazne, ale uważam ze dziecko uczy sie ich przez naśladowanie dorosłych, wytłumaczenie mu sytuacji społecznych czy szanowanie tych jego praw, które chcemy zeby szanował u innych - nie każemy sie dzielić, nie bedzie zabierał innym, bo każdy ma prawo do swojej własności. Nie zabieramy mu czegoś siła - nie bedzie zabierał siła innym. Czy tak jest? Jak wg Ciebie uczyć dziecko wrażliwości na innych?
Hmm... Nie wiem gdzie leży problem z porozumieniem się... Bo to co napisałaś to ja mam wrażenie, że Ty tak uważasz. 😉 Że nauka norm społecznych jest równoznaczna z naciskiem, "łamaniem" osobowości, odbieranie swobód obywatelskich, itd... I że nie można tego dziecku robić, bo się zabija jego naturalne "ja" i jego rozwój.
Np. dla mnie nie ma czegoś takiego jak "kazać dziecku się dzielić", ale! bardzo ważne jest dla mnie by moje dzieci wiedziały, że dzielenie się z innymi jest piękne, właściwe, pożądane, itd. Pokazuję to swoim przykładam i zachęcam przy każdej sposobności do tego samego.
No ale czy tak jest naprawdę? Patrząc na dziecko i rodzica z boku nie możemy być przecież pewni na jakim etapie procesu właśnie są? Ale oczekujemy, że zobaczymy jak rodzic strofuje albo coś tłumaczy biegającemu dwulatkowi. O tym właśnie mówię, że w PL jest dużo więcej presji, pochopne oceny. A będąc za granico w większości krajów widziałam (ale zastrzegam, że bywam tylko "na południu"😉, że miejsce publiczne to miejsce dla wszystkich nie tylko tych którzy zachowują się jak dorośli (nie biegają i nie hałasują). W związku z tym jest łatwiej, skoro 3 latek potrzebuje fizycznie się wybiegać nikt nie będzie oczekiwał od niego bycia 10-cio latkiem. Takie to proste.
Wiadomo, że mało-latek to nie nasto-latek. Inne ma postrzeganie, rozumienie i potrzeby. I potrzebuje się wybiegać... Ale jak to mówią "na wszystko jest czas i miejsce". Porównując (tak, wiem, zaraz się obruszycie, że takie porównanie) - mój pies też potrzebuje się wybiegać, wyszczekać, wyszaleć. Ale nie puszczam go na osiedlu, bo może stworzyć zagrożenie na siebie i innych, bo ktoś się może bać, itd. Idę z suką tam gdzie jej szaleństwa będą mieć czas i miejsce.
No i np. odpowiadając też od razu nerechta, - dorosłe koncerty w filharmonii to nie jest ten czas i to miejsce. Są koncerty dla dzieci (dostosowane czasem trwania i formułą) i wtedy super, każdy ma takie same oczekiwania, niech dzieci chodzą, komentują, podśpiewują. Napisałaś "to nie mój problem". No pewnie, tak najlepiej. To problem tego kogoś kto może wydał ostatnie pieniądze, kto może czekał na ten koncert tygodniami, bo Twoje dziecko musi sobie pochodzić... Wybacz, ale nazwę wprost jak to odbieram - okropne, egoistyczne podejście. Dlaczego nie masz powstrzymywać potrzeb swojego dziecka skoro stoją one ze sprzecznością z potrzebami grupy, której obecnie, na własne życzenie stałaś się częścią? Lubiłam dzieci, bardzo długo lubiłam dzieci. Ale właśnie przez takie podejście "bo ono ma potrzeby i nie mam zamiaru go ograniczać" zaczęłam się od dzieci oddalać.
O matulu ale dyskusja, grzeje plecy o kaloryfer i od godziny czytam (No Lilka poszła spać o 20 jak Bóg przykazał :hurra🙂 A propos tych kar i nagród. Daleka jestem od przemocy fizycznej czy słownej. Nie krzyczę na Lilke, czasami jestem stanowcza ale z totalnym spokojem egzekwuje coś co w danym momencie jest konieczne (ubieramy się i wychodzimy bo mamy wizytę u lekarza na 15 i już). Ale w takich sytuacjach jak dziecię bierze trzepaczką do jajek, gania psy które widząc predatora z trzepaczką no spirniczają, biegną do mnie, widzę ze czuja dyskomfort i mówię delikwentce Lilce - Liliniu, ale nie ganiaj psów, zobacz one się boja tej trzepaczki, nie rób tak. A Lilianna dawaj od nowa, mama powtarza poprzedni tekst zakanczajac „nie pozwolę Ci bawić się ta trzepaczką i schowam ja na miejsce”, i oczywiście sytuacja się powtarza. Zabieram i chowam trzepaczką, Lilka wali krótkiego dąsa na matkę i świat ale po 2minutach jej mina i przychodzi głaskać psy. Czy zabranie trzepaczki jest karą? konsekwencją? No było jej chwile przykro, No utraciła zasoby w postaci trzepaczki. Wiadomo ze najlepiej byłoby wziąć ja i zając czymś innym żeby się odstosunkowala od psów ale nie zawsze jest to możliwe w tak trockim czasie rozgrywania całej akcji (matka stoi, miesza kasze mannę, Lilka lata, psy latają, kasza się przypala No same wiecie 🙂 ) I w temacie nagród. Czy naprawdę celebrowanie super wyniku w testach w szkole to forma nagrody dla której dziecko utrwali sobie „o będę się uczyć żeby pójść do kina”. Jakoś nie wyobrażam sobie NIE celebrować jak mąż skończy ważna inwestycje, czy jak Lilka wygra konkurs grania na dudach, No z czystej ludzkiej i rodzicielskiej radości. I wręcz uważam ze takie chwile budują te dobre relacje i zażyłość w rodzinie
Odniosę się,skoro mam czas 🙂 Dla mnie tekst w stylu "zabiorę tę trzepaczkę, bo psy się boją" to nie jest kara - to jest chęć zadbania o dobrostan psów. Gdybyś powiedziała "jak za chwilę nie odłożysz tej trzepaczki to wywalam cię do twojego pokoju" albo nawet "skoro jesteś taka niegrzeczna to zabieram ci trzepaczkę" - to już dla mnie kara. Liczy sie intencja - kara to sprawienie komuś jakiejś przykrości przy wykorzystaniu swojej przewagi emocjonalnej/fizycznej/jakiejkolwiek w celu oduczenia tego kogoś jakiegoś zachowania. A ja to rozumiem tak, ze Ty chciałaś zadbać o psy, a nie dać Lilce popalić. To samo w temacie nagród - celebrowanie a dawanie nagrody to coś innego. Potrzeba celebrowania i świętowania to wręcz naturalna potrzeba naszego gatunku i pójście do knajpy, bo mąż zrobił w pracy coś super albo dziecko wygrało olimpiadę i z tej okazji idziemy na wielkie lody - to nie są nagrody, to wspólne cieszenie się z osiągnięć. Nagroda to "za czerwony pasek kupię ci tablet" albo jak pobawisz się z młodszym braciszkiem to dam ci dziś 20 zł. Nagrody powodują, że łapiemy zewnętrzną motywację tam, gdzie moglibyśmy mieć wewnętrzną. Dziecko prestaje się uczyć matematyki, bo je fascynuje, a zaczyna dlatego, żeby dostać 5 zł za każdą piątkę. Podobnie z pochwałami - mam wrażenie, że jestesmy takim wychwalanym pokoleniem i przez to póki nas ktoś nie pochwali to sami nie wiemy czy coś co zrobiliśmy w zasadzie jest fajne czy niefajne? Nie wiemy czy ładnie wyglądamy póki nam ktoś tego nie powie. Jak nikt nie mówi, to pojawia się niepokój i czasem zabieganie o te pochwały na przeróżne, nie do końca konstruktywne sposoby.
bobek, dziękuję w imieniu panny Helenki 🙂!
Ascaia, no ok, ale jak zachęcasz? Co mówisz do dziecka, które nie chce podzielić się z babcią czekoladą, którą dostało na gwiazdkę? Albo nie chce całować dziadka na dzień dobry? Bo to wiesz, tak łatwo na sucho, ale nie wiem co to dla Ciebie oznacza w praktyce?
Ascaia, czuć, że nie przepadasz za dziećmi 🙂 Mam wrażenie, że zapominasz, iż rozmawiamy o oprawie przekazywania wartości a nie zasadności ich przekazania. To, że dziecko nie ma kar/nagród per se nie oznacza, że nie będzie "dobrze wychowane".
Chodzenie po pustym rzędzie wydaje mi się nieszkodliwe. O wiele bardziej irytujący są komentatorzy i nadmiernie emocjonalnie zaangażowani, którzy głośno przeżywają wszystko 🙂
Kurde, minął tydzień od szczepienia, a Ignacy, z jednodniową przerwą, ma stan podgorączkowy i nie wiem czy to normalne - 3 dni miała być gorączka. Ma 37,5-37,8, rano ma 36,9-37,2 i dopiero wieczorami temperatura skacze. A tak to jest absolutnie wesołym dzieckiem i nie dzieje się nic co mogłoby niepokoić 😵
Dzionka, dzięki za zdefiniowanie tych różnic :kwiatek:
Juz chyba wiem gdzie sie rozmijamy. Odczytuje to tak, ze wg Ciebie tych prospołecznych zachowań uczymy dziecko strofowaniem, karaniem czy napominaniem. Dla mnie te zachowania tez sa wazne, ale uważam ze dziecko uczy sie ich przez naśladowanie dorosłych, wytłumaczenie mu sytuacji społecznych czy szanowanie tych jego praw, które chcemy zeby szanował u innych - nie każemy sie dzielić, nie bedzie zabierał innym, bo każdy ma prawo do swojej własności. Nie zabieramy mu czegoś siła - nie bedzie zabierał siła innym. Czy tak jest? Jak wg Ciebie uczyć dziecko wrażliwości na innych?
No właśnie, dziecko mniej nie uczy się poprzez trenowanie jakichś odruchów i gadanie, a więcej poprzez przykład. Przejmuje wartości obojga albo jednego z rodziców automatycznie, poprzez obserwację (z cyklu mądrości Halo).
Chciałam też zauważyć, że normy społeczne nie zawsze są piękne i wspaniałe. Jestem z Podkarpacia, tam jest kultura na drogach, a tu w Warszawce non-stop pierdzą klaksonami i zachowują się jak psychole. Lepiej jak człowiek nie ma odruchów tego rodzaju i chyba dla wszystkich lepiej kiedy coś nam nie służy, jak ludzie się nad tym zastanowią, zamiast być bezmyślnym odtwarzaczem "norm" społecznych. Też ten przykład z zębami mi nie pasuje, moje dzieci nie mają odruchu mycia zębów, myją bo mamy przekonanie, że to zdrowe i to zupełnie wystarczy. Po co odruch?
Wiadomo, że mało-latek to nie nasto-latek. Inne ma postrzeganie, rozumienie i potrzeby. I potrzebuje się wybiegać... Ale jak to mówią "na wszystko jest czas i miejsce". Porównując (tak, wiem, zaraz się obruszycie, że takie porównanie) - mój pies też potrzebuje się wybiegać, wyszczekać, wyszaleć. Ale nie puszczam go na osiedlu, bo może stworzyć zagrożenie na siebie i innych, bo ktoś się może bać, itd. Idę z suką tam gdzie jej szaleństwa będą mieć czas i miejsce.
No to ustalmy wpierw czy chodzi o zagrożenie dla siebie i innych, czy arbitralnie rozumiane "normy społeczne", które należy przestrzegać bo są normami?
To Ty Ascaia uwazasz ze to nie czas i miejsce, chcialabys izolowac dzieci bo doroslym jest z nimi niewygodnie ale jednoczesnie chcesz zeby dzieci wyrastaly na empatycznych, dobrych ludzi. Jak, kiedy w wersji "dziecko" sa zwyczajnie niechciane, nielubiane, najchetniej bylyby wyparte ze spoleczenstwa? I wcale nie musza byc "niegrzeczne", wystarczy ze zachowuja sie jak dzieci?
Ja uwazam, ze tak jak kazdy moja corka tez jest czescia spoleczenstwa i w tym spoleczenstwie kiedys musi nauczyc sie funkcjonowac. Nie bylismy jedynymi ludzmi z dziecmi i jak dla mnie to jest super, ze nie musimy zamknac sie w domu bo mamy dziecko. Dla mnie okropne jest ze ktos obcy kaze sie nam izolowac i nazywa egoistami bo chcemy dla siebie i dzieci czegos wiecej niz siedzenie w domu. Nie wzielabym jej do opery, ale na godzinny, bardzo fajny koncert poszlismy i bylo super. Wiesz, naprawde rozumialabym gdyby byla glosna, biegala, cokolwiek co mogloby faktycznie przeszkadzac i bylismy przygotowani ze w takiej sytuacji po prostu wyjdziemy (bo to raczej dla nas logiczne). Siedzielismy w ostatnim rzedzie, ona tuptala nie wystawiajac glowy za siedzenia - gdyby nie babka ktora zaczela ja zaczepiac to nikt (no, oprocz pani ktora miala to "nieszczescie" ze siedziala obok nas i na sam widok dziecka kiedy przyszlismy byla niezadowolona 🙂 ) by nie zwrocil na nia uwagi. My naprawde szanujemy innych ludzi a Iga nie jest jakims szalaputem. Napisalam "nie moj problem" w odniesieniu do osoby, ktora po prostu widzac dziecko jest niezadowolona - bo ja nie mam na to wplywu i nie moge sie tym przejmowac.
Za to byl na sali ktos, kto namietnie kaszlal. Jedna niezadowolona pani kontra 150 osob "zmuszonych" do sluchania kaszlu. Czy taka osoba powinna byla wyjsc?
Maea, lubię dzieci, chociaż mniej niż kiedyś. Ale lubię. Ogólnie ludzi lubię i jestem (wewnątrz siebie i postrzegana z boku) jako bardzo ciepła osoba ze świetnym podejściem do dzieci (i zwierzaków). Jak już to chyba nie lubię rodziców. 😉 A co ciekawe - chociaż jestem niby "ta surowa" to dzieci lubią mnie. Rodzinne, koleżankowe i takie zupełnie obce. Ja im prawię "morały" o zachowaniu jako widz, a one przybiegają się później przytulić i zdjęcie z panią konferansjer sobie zrobić. 😉
Druga sprawa - rozmawiamy i o zasadności "w ogóle", i o sposobie.
Trzecia sprawa - chodzenie na koncercie przeszkadza - rozprasza, irytuje. Zarówno osoby na widowni, jak i wykonawców na scenie.
Dzionka, Moim rodzinnym dzieciom zawsze było mówione, że "babci będzie miło jak się podzielisz, mnie będzie miło, to ładne i dobre się dzielić tym co sami mamy, tobie też jest przyjemnie jak coś dostajesz, prawda?". A dania buziaka dziadkowi to bym akurat nijak nie komentowała - nie chce to niech nie daje.
bobek, czy "odruch" mycia zębów po jedzeniu to coś negatywnego? I sprzecznego ze zrozumieniem, że to wynika z dbania o zdrowie?
nerechta, nie wciskaj mi usta, czego nie mówię. Nie chcę izolować dzieci - sama podałam przykład koncertów filharmonicznych dla dzieci. Co więcej organizuję wydarzenia kulturalne specjalnie dla dzieci. Na inne koncerty/spektakle przychodzi się gdzie dzieciaczek ma 2 lata, na inne gdy ma 5, na inne gdy ma 10. Proste jak budowa cepa. Inna sprawa, że nie napisałaś, że był to ostatni rząd - a to zmienia postać rzeczy. Nie napisałaś czy to był godzinny czy 3 godzinny koncert. Wróżką nie jestem.
Ascaia, no ok, ale dalej nie chce sie podzielić. I co teraz mówisz? Bo... no nie wiem, dla mnie to dość oczywiste, ze najpierw mowie, ze babci bedzie pewnie miło jak sie z nia podzielisz, bo lubi czekoladę. Ale dziecko nie chce. I co teraz Ty proponujesz? Bo ja pewnie cos w stylu: ok, widze ze masz ochotę sama zjeść ta czekoladę. A Ty?
Mówię, że jest mi przykro. I babci jest też przykro (i znając babcie ta w tym momencie "nie nie kochanie, wszystko w porządku", a mnie w środku trafia 😉 )
Ascaia, wszystko mi krzyczy NIE NIE NIE!!! to jest to co ja przepracowuje całe życie. Ze w dzieciństwie wiedxialam ze POWINNAM się zachować tak, zeby ktoś nie poczuł się PRZEZ MNIE gorszy, zeby nie było mu PRZEZE MNIE przykro. Nie nie nie!!! Jeśli babci będzie przykro bo oczekiwała ze ktoś się z nią podzieli to, psia mac, niech to sobie przepracuje a nie obarcza dziecko odpowiedzialnością za swoje oczekiwania!
No ale widzisz, dla mnie w życiu liczy się to, żeby innym nie było przeze mnie przykro. Dla mnie to jest jedna z najwyższych wartości. I to, że ludzie się ze sobą dzielą. I dla mnie to żadne obarczanie odpowiedzialnością tylko normalna i ludzka kolej rzeczy.
Lotnaa, dlaczego tak Ci skacze gula na hasło "normy społeczne"? Normalnie jak płachta na byka..
Mnie w całej tej dyskusji to właśnie rusza. Że taką macie awersję to hasła "norma społeczna" "zachowanie w grupie", itd. Bo po prawdzie to jestem przekonana, że w praktyce to jesteście i Wy i Wasze dzieci przyjemnymi istotami i można w Waszym towarzystwie miło spędzić czas bez, itd. (no może nie ze wszystkimi 😉 ale z ogromną większością). A tak się zaperzacie jak tylko bada aluzja, że w wychowaniu dzieci miałby się pojawić jakieś ograniczenia. Po czym... kilka postów później wychodzi, że przecież same stawiacie granice. Nie ogarniam Was w tym momencie. 😉
bobek, czy "odruch" mycia zębów po jedzeniu to coś negatywnego? I sprzecznego ze zrozumieniem, że to wynika z dbania o zdrowie?
Napisałaś tak jakby to było oczywiste, że kształtuję odruch: A kiedy uczycie dzieci myć zęby (kształtowanie dobrych przyzwyczajeń, odruchów dotyczących higieny) to też jest "zmuszanie"? Nie rozumiem... Odpadam.
No więc nie kształtuje, przynajmniej nie mam takiego celu. Jakbym miała się jednak zastanowić to odruch dla mnie będzie czymś negatywnym. Odruch to dla mnie bezmyślność ale oczywiście to tylko toeretycznie bo przy tak małej sprawie jak mycie zębów, to nie ma znaczenia. Właśnie bardziej przy tych normach społecznych będzie problem.
Był taki śmiszny eksperyment, że naukowcy włożyli do klatki małpy i pod sufitem nad drabiną podwiesili banany, jak tylko któraś małpa sięgnęła po banany to operator włączał zimny prysznic wszystkim małpom w klatce. Te szybko się nauczyły się żeby po banany nie sięgać. Potem zaczęto wymieniać małpy w klatce, stare na nowe. Oczywiście pierwsze co robiła ta nowa to szła po banany ale okazało się, że operator już nie musiał włączać prysznica bo pozostałe małpki ściągały tą nową z drabiny i profilaktycznie spuszczały jej bęcki. W ten sposób uczyły pewnej normy społecznej w tejże klatce 😉 Stopniowo wymieniono wszystkie małpki, tak że nie została ani jedna która wiedziałaby czym grozi sięgnięcie po banany, mimo tego norma była przestrzegana, a małpy które chciały ją złamać dostawały bęcki 🙂 Tak działa kultura, bardzo nam oczywiście potrzebna ale to nie znaczy, że nie możemy czasem sprawdzić coś zmienić. Może operator poszedł już na urlop?
No ale widzisz, dla mnie w życiu liczy się to, żeby innym nie było przeze mnie przykro. Dla mnie to jest jedna z najwyższych wartości. I to, że ludzie się ze sobą dzielą. I dla mnie to żadne obarczanie odpowiedzialnością tylko normalna i ludzka kolej rzeczy.
No ale tutaj nie jest przykro przez ciebie, tylko przez dziecko. Wstydzisz się/cierpisz bo twoje hipotetyczne dziecko jeszcze się czegoś nie nauczyło? Spokojnie, ja wierzę, że się nauczy, np kiedy to babcia wystarczającą ilość razy się podzieli z dzieckiem. Mam już pewne pozytywne obserwacje w tym temacie u moich dzieci. Tzn starszego bo młodsze dzieli się od zawsze - taka mi się urodziła 😍
edit: wróć - dzieli się jedzeniem, słodyczami, zabawki to różnie.
Taaa, ja przez całe życie byłam miła, sympatyczna, dobrze wychowana i nad wyraz punktualna. Nigdzie mnie to nie zaprowadziło, a dla otoczenia co najwyżej byłam totalnie szara i niezauważalna. Na pewno nie wpłynęło to w żaden sposób na poczucie mojego szczęścia, że "babci było miło".
Lotnaa, nie jest Ci miło kiedy innym jest miło z Tobą, przy Tobie, dzięki Tobie? Nie buduje to Twojego poczucia szczęścia?! NIE ROZUMIEM! Totalnie, kompletnie nie rozumiem.
Ascaia, no to tu się różnimy. Jeśli moje dziecko dostanie czekoladę to ma prawo oddać ja komuś innemu, podzielić się albo zjeść cała samemu. W zależności od tego co w danym momencie czuje.
Widzisz jak przychodzi do mnie niania i mówi ze chce podwyżkę to ja przez dwa dni mam zrypany humor bo 1) uważam ze jej się nie należy 2) nie umiem jej tego powiedzieć zeby nie było JEJ PRZYKRO!!!
Jak zaprasza mnie do siebie koleżanka trzy dni pod rząd to ja wymyślam argument czemu nie przyjdę inny niż ‚chce być sama’ bo wiem ze JEJ BĘDZIE PRZYKRO.
Mogę tak wyliczać do jutra i uważam ze tak nie powinno być. Wiec ja jako dorosła stawiam sama sobie czoła, dziekuje niani za współpracę bo wiem ze już ta relacja nie będzie taka jak chciałam; koleżance mówię ‚chce być sama’ i koniec, nie przejmuje się dalej tym jak ONA się z tym czuje, bo JA jestem ze sobą OK (Oczywiście mówię tu o normalnych spotkaniach towarzyskich, nie w momencie kiedy ktoś ma problem etc). W przeciwnych wypadkach robiłabym coś przeciwko sobie i tak, teraz nazywaj mnie egoistka. Ja to nazwe zachowaniem w zgodzie z sobą. Nie zamierzam krzywdzić siebie w imie przykrości innych, i bardzo bym nie chciała zeby poczucie winy goniło przez życie moja córkę.
Oczywiście, że jest mi miło. Ale kiedy coś daję/dzielę się/...wstawić dowolne z własnej wewnętrznej potrzeby, a nie dlatego, że tak wypada. I nie chcę tego dla mojego dziecka. sienka napisała już wszystko.
Ascaia, niestety ja tak mam jak piszesz, bo usiłowano mnie wychować na „grzeczną dziewczynkę” (nie udało się ) , ale w moich dzieciach nie chce tego budować! Bo to o czym piszesz to zewnatrzsterownosc. Na zasadzie moje samopoczucie zależy od tego, co ktoś pomyśli , co ktoś poczuje, powie... A nie na zasadzie jest mi miło, bo jestem w zgodzie ze soba, bo uważam, ze jestem ok, nawet wtedy, gdy ktoś inny jest na mnie zły, rozczarowany itp. Chciałbym ,żeby moje dzieci miały poczucie własnej wartości niezależne od czynników zewnętrznych.