Wpadłam popuchnąć i ja. Nie chciałam tego dawać do wpływu treningu, bo wciąż mam zbyt niskie mniemanie o swojej jeździe żeby ją treningiem nazywać (😉), poza tym w międzyczasie konia odkarmiałam, więc nie byłby to tak do końca wpływ samego treningu. Do wpływu żywienia też nie, bo konisko jest typem, które będąc w pracy lepiej tyje i karmienie wtedy daje lepsze rezultaty niż karmienie konia pauzującego. Dlatego pojawiłam się tutaj. 🙂
Początek października 2013 - miesiąc po przeprowadzce, ale wciąż nowe miejsce, w związku czym straszne (stresy), do tego kontuzja jedna za drugą, drobne problemy z zarobaczeniem, no wszystko naraz (wybaczcie mało fachowe trzymanie lonży, mama niekońska):

I teraz, czyli koniec kwietnia 2014, czyli koń po uczciwie przepracowanej i serdecznie przekarmionej zimie (celowo odwrócone):

Strasznie się cieszę, bo to zwierzak słabo wykorzystujący paszę, łatwy do spalenia, strasznie trudny do utuczenia, a wiadomo - bez tłuszczu nie ma mowy o mięśniach. W dodatku strasznie lecący z masy kiedy marznie, więc zima była wyzwaniem, ale poradziliśmy sobie.
Abtrahując od wyglądu, nie ma porównania jeśli chodzi o odczucia z jazdy, oczywiście na korzyść stanu teraźniejszego. 🙂 I ja też mam radochę, że radzę sobie z młodym koniem i w jakimś tam kierunku moje dłubanie idzie.