Mi się wydaje, że większym koszmarem dla dziecka jest podróż kiedy już jest większe. Jest większe, nudzi się, nie może usiedzieć na miejscu. Ale nie wiem, nie mam dzieci 🙂
Hmm, co dziecko to historia, moje starsze nie lubilo podrozowac, mlodsze i owszem.
A a propo pogrzebow-od kiedy zmarl moj Tata chodze na kazdy pogrzeb, bliskich czy dalszych znaomych, ich rodzicow itp. Nie mialam pojecia, ile daje bliskosc wielu osob, takze tych z niezbyt bliskiej rodziny np na pogrzebie kogos Twojego, to niewiarygodne, ale dla mnie i mojej rodziny tak bylo, a stadna specjalnie nie jestem. To specyficzny moment...Ale oczywiscie jesli ktos sie nie moze przelamac szanuje to, tylko ze jesli nie jestescie definitywnie na nie, to idzcie, nie dla siebie, nie dla zmarlego-dla jego rodziny.
tunrida, owszem, ale to nie tylko rodziny patologiczne, takie galerianki na przykład też często pochodzą z dobrych domów, gdzie nikt się nimi nie interesuje. Uważam, że jeżeli ma się dziecko, to trzeba poświęcić mu trochę czasu i zainteresowania, żeby je dobrze wychować i było szczęśliwe. Niestety, to jest zazwyczaj ograniczające, chociaż wszystko zależy od układu, podziału opieki nad dzieckim, zainteresowań i aspiracji rodziców. Ja nie wyobrażam sobie takiego poświęcenia dla dziecka, bo zwyczajnie nie lubię dzieci, nie czuję instynktu macierzyńskiego i wątpię, czy pokochałabym nawet własne dziecko na tyle, żeby poświęcić mu wystarczająco dużo uwagi i sama być przy tym szczęśliwa. Nie wiem, być może jeżeli kiedyś zmienią mi się aspiracje życiowe, poczuję instynkt macierzyński i będę miała warunki na dziecko, to urodzę dziecko, ale taka opcja wydaje mi się czystym surrealizmem w moim przypadku 😉
jako, że podróżuję z dzieckiem od maleńkości - sama długie trasy - czy mozecie mi pokazać jakieś badania, ze nie można? niewolno? że dziecko sie stresuje? źle rozwija przez to?? bo nie rozumiem??
z pogrzebami, cóż, śmierć jest elementem życia, kiedyś jak ludzie żyli na "kupie" dziecko widziało jak sie rodzą inne dzieci, jak umierają ludzie, jak czuwają inni przy zwłokach, teraz te elementy zostały usunięte z życia dziecka... - nie wiem czy słusznie...
sama byłam przeciwnikiem brania dzieci na pogrzeb (małych)... ale pamiętam, że jak zmarł mój wujek - wtedy jeszcze żyjący mój ojciec oburzał się, ze jego syn (wujka) nie był na pogrzebie... wiec jak zmarł mój ojciec - wzięłam dziecko na pogrzeb... bo by sobie tego życzył... i nie żałuję... musiałam odpowiedzieć na szereg pytań dziecka - dlaczego, co się dzieje z dziadkiem, czy ma wziać łopatę, czy dziadek mieszka na księżycu... ale to było łatwiejsze - przejście drogi konduktem - niż później tłumaczenie dziecku - co sie z dziadkiem stało?? Tak zawsze mogę odpowiedzieć - ze był, widział, że to sie dzieje po śmierci...
Dodo uwierz, ze nie wszedzie, jak we wrzesniu umarla moja tesciowa przy trumnie czuwaly i wnuki moze nie do konca male dzieci ale w wieku 10 lat i dla nich bylo to rzecza normalna, ze babcie trzeba porzegnac, dla mnie to byl szok bo ja z Warszawy jestem i mi bylo ciezko zniesc siedzenie przy trumnie i spanie w tym samym domu a dla nich to bylo jakby rzecza normalna...
co do podrozowania moja siostra cioteczna jezdzi kaszlakiem, jej dziecko wieczorem ladowane jest w fotelik i do auta, zrobia pare kolek po osiedlu i w formie zwlok dziecko przenoszone jest do lozeczka...no coz inne auto byc nie moze to chyba o malucha chodzi i jego warkot. Mala ma 13m i od urodzenia siostra wszedzie ja ze soba tachala bo ojca brak a dziadkowie pracujacy.
Pamiętacie, ile było negatywnych komentarzy, kiedy Martyna Wojciechowska pojechała w podróż na Arktykę, zostawiając na parę tygoni kilkumiesięczne dziecko? Ja nie postąpiłabym inaczej na jej miejscu, i nie wyobrażam sobie rezygnować z moich marzeń dla dziecka. O Martynie to nawet ja chyba tutaj pisałam. Doskonale ją rozumiem i tak - ja nie wyobrażam sobie rezygnować z marzeń. Widocznie mam za mało hormonów.
Wracając do podróży z dzieckiem - mi tam wszyscy w szpitalu mówili, że małemu dziecku obojętne jest, gdzie jest, byle własnie mama była.
a ja z innej beczki. Ktoś w wątku napisał,że denerwuje go jak mamy wszędzie chwalą się swoimi dziećmi "a bo ładnie kupke zrobiło, a bo się upaskudziło kaszką". Przecież nie robicie nic innego w wątku ze zdjęciami swoich koni 😂
a ja z innej beczki. Ktoś w wątku napisał,że denerwuje go jak mamy wszędzie chwalą się swoimi dziećmi "a bo ładnie kupke zrobiło, a bo się upaskudziło kaszką". Przecież nie robicie nic innego w wątku ze zdjęciami swoich koni 😂
Co innego zachwycanie się tym, że dziecko jest śliczne, super się rozwija itp. albo że koń robi postępy w treningu, nabiera mięśni, a co innego podniecanie się kupką, kaszką i oplutą buzią. Raczej nikt nie pisze w wątku zdjęciami koni "och, moje maleństwo dzisiaj zrobiło kupkę i zapaskudziło sobie cały ogon. 😍". 😜
No jak to nie: - w kupce są całe ziarenka owsa i czy aby nie jest ich za dużo? - ma rozwolnienie od dawna i może by mu dawać probiotyk? -właśnie zrobił kupkę HURA, cieszymy się, bo właśnie miał kolkę kilkudniowa i kupka była wyczekiwana, więc kupka jest objawem zdrowia. Jak u dzieci. ( i kilka osób pisze- "gratulacje, najważniejsze, że kupka już była"😉 -fotki koni w panierce błotnej ( jakie one słooodkie i urocze te nasze brudasy :kocham🙂 Ja tam widzę dużo podobieństw.
Nie brzydzi nas kupka naszego konia. Chętnie ją oglądamy szukając objawów chorobowych. Jakby koleżanka z forum chciała ją zobaczyć, to pewno byłybyśmy w stanie cyknąć jej zdjęcie i wstawić do oceny, czy ta kupka składa się z dobrej wielkości kulek. 😁
Tak, te komórki się starzeją, nawet jeśli kobieta ma zatrzymaną owulację. Bo owulacja to dojrzewanie komórki jajowej i uwalnianie jej do jajowodu. A to zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o to, że komórki jajowe są jedne i te same od początku życia kobiety. Kobieta rodzi się z jakąś tam ilością komórek jajowych, które sobie "siedzą w uśpieniu". I "budzą się" w jajniku w odpowiednim momencie, pod wpływem hormonów i przechodzą do jajowodu, przechodząc cykl.
Ale wraz z wiekiem kobiety, te pierwotne komórki jajowe się starzeją. I dlatego uważa się, że wraz z wiekiem matki rośnie ryzyko zespołu Downa. Bo zapłodniona komórka jajowa ma już lat 40, a nie np 25. Więc nie ma tu znaczenia ilość ciąż wcześniejszych. Po prostu po 40 komórka jajowa ma lat 40. Niestety.
Dziękuję. Miałam teorię że te komórki uwalniane jako pierwsze są lepszej jakości, tylko te ostatnie "w kobiecie" są gorsze. Ale właśnie ją obaliłaś.
Altiria, z pytaniem dziecka czy chce iść do zoo to nie do końca jest tak łatwo - bo raczej będzie chciało iść "zobaczyć zwierzątka", a nie jest w stanie wyobrazić sobie czy przewidzieć że to może być męczące - i jak już jest męczące, to zaczyna płakać. Rodzice raczej powinni takie "zwroty akcji" przewidywać i odpowiednio reagować. Krzyczenie na dziecko w takim przypadku jest dla mnie niepojęte - przecież to oczywiste, że po jakimś czasie może być zmęczone i oczywiste, że jak nie da mu się odpocząć, to zacznie marudzić.
takie galerianki na przykład też często pochodzą z dobrych domów, gdzie nikt się nimi nie interesuje.
bostonka, a jak definiujesz "dobry dom"?
Wczoraj w centrum handlowym widziałam około 3-4 letnią zahukaną dziewczynkę z podbitym okiem 😕 Obym nie miała racji skąd takie oko 😕
co do podrozowania moja siostra cioteczna jezdzi kaszlakiem, jej dziecko wieczorem ladowane jest w fotelik i do auta, zrobia pare kolek po osiedlu i w formie zwlok dziecko przenoszone jest do lozeczka...no coz inne auto byc nie moze to chyba o malucha chodzi i jego warkot.
Moj brat tez byl tak usypiany, lat temu ponad 30 😉 Co do podrozy - ja jako dziecko uwielbialam jezdzic, niewazne jak dlugo. I nie meczylo mnie, jak w 4 osoby jechalismy nad morze, zaladowani jak wielblady, wiozac w srodku i na dachu namiot, spiwory, posciele, jedzenie ciuchy i benzyne, ktora wczesniej udalo sie wytargac stojac kilka godzin w kolejce na stacje 😉 Wydaje mi sie, ze tutaj tez nie mozna generalizowac, ze dzieci nie moga, nie powinny, nie musza, itd.
a jazda do Bułgarii w 4 osoby maluchem?😀 nie ma co histeryzować moja mama była zdziwiona że przychodzą do nas jutro przyjaciele na Sylwestra - jedni maja 3 miesieczna córę, drudzy 4 miesiecznego syna dla mnie normalne, dla niej dziwne że ciąga się dzieci na takie "imprezy"
Bo to nie chodzi o podróż samą w sobie. Chodzi raczej o to, że dla takiego malucha wyjazd na 3-4 dni i zmiana otoczenia nie jest zbyt korzystne. Wiem po sobie, bo to przerabiałam jadąc z 3 miesięcznym szkrabem nad morze. Z dziecka anioła w domu, nagle przez tydziń nad morzem stała się diabłem wcielonym, wszystko było złe, płacz i zgrzytanie zębami. Dopiero jak wrócliliśmy do domu to dziecię się uspokoiło. Do tego jak się jedzie np. na rodzinną imprezę typu swięta itp, to jest straszny gwar, zapachy, dźwięki, obcy ludzie, to jest naprawdę ogromny wysiłek psychiczny dla takiego maluszka. Ja sama unikam takich spędów, bo ich po prostu nie lubię, nie lubie hałasu i tego jak ktoś kolejny z rzędu bierze moje dziecko na ręce 😀iabeł:
[quote author=Pegasuska link=topic=35211.msg830294#msg830294 date=1293724707] co do podrozowania moja siostra cioteczna jezdzi kaszlakiem, jej dziecko wieczorem ladowane jest w fotelik i do auta, zrobia pare kolek po osiedlu i w formie zwlok dziecko przenoszone jest do lozeczka...no coz inne auto byc nie moze to chyba o malucha chodzi i jego warkot.
Moj brat tez byl tak usypiany, lat temu ponad 30 😉
[/quote] nasz kolega tez tak robil-widok tatusia jezdzacego wokol bloku z maluchem w pizamie-bezcenny 😉
hanoverka- dokładnie. A jeśli jeszcze do tego dziecko wyjściowo nie jest idealne, to mamy problem. Są dzieci, które jedzą i śpią, jedzą, poleżą w łóżeczku spokojnie i śpią. Takie są nieproblematyczne. I takie można zabierać w podróże, jeśli nie robi to szkody dziecku i otoczeniu.
A są takie które płaczą, płaczą, płaczą i trzeba je non stop nosić na rękach. Mój taki był. Miał częste kolki, ( później okazało się, że jest alergikiem i miewał częste biegunki, bóle brzucha) i noszenie na rekach masowało mu automatycznie brzuszek. Poza tym łatwo łapał wszelkie bakcyle i często chorował. ( już ze szpitala wzięłam przeziębionego) Najspokojniejszy był jak był na rękach, lub uwieszony u cyca. Jak się odkładało śpiącego do łóżeczka, to się po 10 minutach budził sam z siebie. Jakby miał zamontowaną jakąś czujkę. 😲 Spał najlepiej wtedy, kiedy ja leżałam obok. 😲 Nie wyobrażam sobie ciągania takiego malucha po ludziach. Chyba tylko po to , by uprzykrzyć życie i sobie i dziecku i otoczeniu.
Nie jeździłam z dzieckiem po ludziach, nie chodziłam do pracy, nie uprawiałam hobby (fakt, że konia wówczas jeszcze nie miałam. Gdybym miała, podejrzewam, że do konia bym jeździła jednak.) . Siedziałam uwiązana przy maluchu przez pierwsze miesiące, ale jak mówię, nie czułam, że się poświęcam. Było to po prostu dla mnie naturalne w tamtej chwili, słuszne i sama tego chciałam( choć byłam bardzo zmęczona). A nie...przepraszam....dwa razy w tygodniu chodziłam na angielski. 😉 Są dzieci i dzieci. Koleżanka miała takie, które tylko jadło i spało. Nie siedziała uwiązana przy nim jak niewolnik. Miała farta.
I od razu uprzedzę...nic nie dało "przetrzymanie" małego na siłę w łóżeczku, nie dawał rady smoczek. Konsultowałam jego zachowanie z pediatrami i usłyszałam, że "po to matka ma wolne podczas macierzyńskiego, żeby nosić dziecko, jeśli dziecko tego chce i potrzebuje". Więc nosiłam i niańczyłam. Jak niewolnik. 😉
Moja córka reaguje niepokojem na drobne przemeblowanie w pokoju, wszelkie duże zmiany to już w ogóle stres i właśnie jest takim dzieckiem, u którego trzeba wziąć pod uwagę jej nadwrażliwą psychikę, co wymagało ode mnie trochę poświęcenia. A syn zupełnie inny - jemu wszystko jedno. Więc nie można generalizować, tylko jak w przypadku zwierząt - dobrać metody do osobnika.
Ja pierwszy raz spotkałam się z czymś takim jak pisze sznurka w Skandynawii wiele lat temu. Dziecko miesięczne na imprezę. Sama tak robiłam (byłam z 10 dniowym dzieckiem na urodzinach u koleżanki) - nie ma problemu. Ale Skandynawowie to inna para kaloszy. Im dzieci w niczym nie przeszkadzają 🙂
ja pojechałam z miesięczną Marysią na czempionaty do BB...przespała praktycznie całe zawody budząc się tylko na jedzenie i przewijanie...aaa,zapomniałam,że jak miała tydzień,była na wkkw w Sopocie 😉 do znajomych też jeździliśmy od początku...bo Marysia od początku była bezproblemowym dzieckiem 😉
A a propo pogrzebow-od kiedy zmarl moj Tata chodze na kazdy pogrzeb, bliskich czy dalszych znaomych, ich rodzicow itp. Nie mialam pojecia, ile daje bliskosc wielu osob, takze tych z niezbyt bliskiej rodziny np na pogrzebie kogos Twojego, to niewiarygodne, ale dla mnie i mojej rodziny tak bylo, a stadna specjalnie nie jestem. To specyficzny moment...Ale oczywiscie jesli ktos sie nie moze przelamac szanuje to, tylko ze jesli nie jestescie definitywnie na nie, to idzcie, nie dla siebie, nie dla zmarlego-dla jego rodziny.
Chyba zależy od człowieka. Z pogrzebu babci niewiele pamiętam. Fragment z kaplicy, potem tyle, że mój facet wyprowadził mnie półprzytomną z cmentarza i po drodze mignęła mi twarz mojego chrzesnego. Efekty środków uspokajających, którymi poczęstowała mnie mama. Na pogrzebie narzeczonego byłam "na trzeźwo", wisiało mi kto tam był (choć byli ludzie z mojej firmy, pofatygowali się 400km, był nawet 1 klient, który nie wiem skąd się dowiedział). Ludzi było bardzo dużo, tyle wiem. Ale w takiej chwili człowiek walczy z własnym bólem, a nie zastanawia się, czy znajomi są obecni. Przynajmniej ja tak mam. Na pogrzeby chodzę gdy odczuwam potrzebę pożegnania z zmarłym.
Bo to nie chodzi o podróż samą w sobie. Chodzi raczej o to, że dla takiego malucha wyjazd na 3-4 dni i zmiana otoczenia nie jest zbyt korzystne. Wiem po sobie, bo to przerabiałam jadąc z 3 miesięcznym szkrabem nad morze. Z dziecka anioła w domu, nagle przez tydziń nad morzem stała się diabłem wcielonym, wszystko było złe, płacz i zgrzytanie zębami. Dopiero jak wrócliliśmy do domu to dziecię się uspokoiło. Do tego jak się jedzie np. na rodzinną imprezę typu swięta itp, to jest straszny gwar, zapachy, dźwięki, obcy ludzie, to jest naprawdę ogromny wysiłek psychiczny dla takiego maluszka. Ja sama unikam takich spędów, bo ich po prostu nie lubię, nie lubie hałasu i tego jak ktoś kolejny z rzędu bierze moje dziecko na ręce 😀iabeł:
Ja utozsamiami sie bardziej z pogladami bostonki i pokemon niz tunridý.Uwazam,ze poswiecanie sie tylko dla dziecka i rezygnowanie ze swojego zycia,marzen itd itp jest chore,bo zycie mamy jedno,poza tym ja zaraz bym w jakas depresje popadla.Za bardzo cenie sobie to co wkladam w swoje zycie,aby sie w nim spelniac,zeby wszystko badz niemalze wszystko leglo w gruzach przez dzieciaka.....Wedlug mnie zarowno posiadanie jak i nie posiadanie dzieci jest swego rodzaju egoizmem. 😉i jest to temat rzeka.
tak incognito, ale chyba mama, która wyskakuje do konia, czy gdzie indziej na 2-3 godz. to jest zupełnie coś innego niż wyjechanie na parę tygodni/miesięcy na drugi koniec świata. Takie dziecko jest bez matki, po co mieć dzieci, jeśli krzywdzi się je od urodzenia? Mam na myśli pierwsze miesiące życia dziecka.
Mam koleżankę, która rzekomo musiała wyjechać, bo tu brak pracy, zostawiła dziecko ok. sześcioletnie swoim rodzicom. Teraz od kilku lat buja się po lekarzach, bo dziecko ma zaburzenia i psychiczne i zdrowotne (autoagresja) z tytułu porzucenia.
Kiedyś słyszałam jak jedna z naszych podróżniczek mówiła, że nie chce dzieci, bo nie wyobraża sobie zmiany trybu życia, a nie potrafiłaby zostawić dziecka z nianią/babcią i podróżować dalej. I brawo, to chyba taki "zdrowy egoizm"- sama robię co chcę, ale nie krzywdzę tego, który jest ode mnie zależny.
Jara, ale jak to, z otwartą klapą jeździli i w takiej paszczy dziecko usypiało? incredible 👍
Mam kilka różnych przemyśleń i postanowiłam się podzielić: - brak jazdy konnej był dla mnie bardziej uciążliwy w czasie ciąży (zwłaszcza, gdy nie miałam brzucha jeszcze). W sumie, jak urodziłam, to cieszyłam się że mogę wreszcie wsiąść na konia. (jak nie wsiadałam potem to tylko z lenistwa, bądź z powodu kiepskiej pogody). Jak urodziłam to tylko czekałam, aż się pozrastam i będę mogła śmigać dalej. - W stajni i przy różnych pracach jestem bardziej rozgarnięta, nie tracę czasu na bzdury. Zdałam sobie sprawę, że zanim urodziłam dziecko, to koń był dziecka namiastką. Tak, tak, jak stare panny sobie kupują pekińczyki do karmienia ciastkami, tak my mamy konie. Zaglądamy w kupkę, kupujemy dereczki, kantarki, szczoteczki, karmimy witaminkami itd. Teraz moje konie są bardziej `koniowate` niż były dotychczas. - statystycznie zmiana pieluchy trwa od 1-5 minut (w zależności od wprawy, zawartości i tego, czy trzeba też zmienić ubranko), powiedzmy, że jak nie ma jakichś okoliczności niesprzyjających (typu biegunka lub inne) to pieluchę zmienia się 5-8 razy dziennie (przynajmniej ja). Naprawdę nie jest to całodzienne babranie się w pieluchach. - podobnie z gotowaniem. Nie trzeba tonąć w zupkach. Można je kupić w słoiku. Zresztą od pół roku mój syn je normalne dorosłe jedzenie (koleżanka nawet mówi na to `resztki z obiadu`. Ale taki jest fakt. Na psa jedzenie wydaję więcej niż na dziecka) - najgorszych pierwszych miesięcy nie pamiętam już, mimo, że to było niedawno (mój synek ma 1,5 roku) - trzeba wykorzystywać babcie, ciocie i OJCA dziecka. To także JEGO dziecko i on też MUSI się nim zajmować (kiedy np. macie ochotę iść pojeździć) - spodziewałam się, że dziecko to jakieś wielkie wydatki. Tymczasem specjalnie nie oszczędzając (ale też specjalnie nie dając się zwieść producentom dzieciowych drobiazgów i zabawek) nasz budżet nie podskoczył jakoś drastycznie z powodu posiadania dziecka (pewnie wzrośnie jak pójdzie do przedszkola a potem szkoły. Na razie luz) - z posiadania dziecka najbardziej nie lubię rozwieszania prania, ponieważ małych ciuszków mieści się na sztuki dużo więcej, niż dużych dorosłych. A że prasowania w ogóle nie toleruję, to staram się rozwieszać dokładnie. - Straszną satysfakcję przynosi, jak widzicie, jak dzieciak robi postępy, naprawdę teraz jestem w momencie, gdy Tomek jeszcze nie mówi, ale skubany rozumie. Ostatnio szukałam skuwki od flamastra i tak rzuciłam sama do siebie:`gdzie jest skuwka od czerwonego flamastra?`. Mój synek znalazł ją w swoim bałaganie, przyniósł i zatkał flamaster. Skąd wiedział, co to skuwka, co to flamaster i skąd wiedział, gdzie to leży - nie wiem. I jeszcze, że trzeba to na flamaster założyć i na którą stronę. Takie momenty są po prostu najwspanialsze na świecie. no i oczywiście - posiadanie potomstwa jest dla mnie bardziej naturalne niż nieposiadanie. Przynajmniej w przyrodzie. - poświęcenie - bez przesady. Naprawdę łatwo to ogarnąć wszystko.
PS. A co do wycieczki Martyny...Mogła na tę Antarktydę pojechać za rok, raczej by jej nie uciekła. Zresztą ona sama gdzieś w wywiadzie potem powiedziała, że jakby jeszcze raz miała wybierać, to by została z dzieckiem. Ale nie potępiam. Podziwiam ludzi, którzy potrafią podejmować radykalne decyzje, nawet, jak czasem nie są trafne. Ja nie potrafię, chociaż ostatnio staram się.
majek, coś w tym jest - w tym większym zorganizowaniu u konia...ale to stara prawda,że im cżłowiek ma więcej na głowie,tym bardziej jest zorganizowany 🙂
Ja pierwszy raz spotkałam się z czymś takim jak pisze sznurka w Skandynawii wiele lat temu. Dziecko miesięczne na imprezę. Sama tak robiłam (byłam z 10 dniowym dzieckiem na urodzinach u koleżanki) - nie ma problemu. Ale Skandynawowie to inna para kaloszy. Im dzieci w niczym nie przeszkadzają 🙂
dla mnie to zupełnie naturalne się wydaje i faktycznie np. Szwedom dzieci nie przeszkadzają;] a że da się z maluchem - na pewno - moja koleżanka z trzymiesięczną córą i mężem na żaglach była
tunrida, swieta prawde napisalas o dzieciach-pierwsze bylo jak Twoje, drugie jak Twojej kolezanki. Ludzie sa rozni, nawet ci malutency 😉. majek, Ty tez fajnie to wszystko opisalas-podpisuje sie pod wszystkim. Co nie zmienia faktu, ze raz na jakis czas czlowiek zamknalby w boksie na pare godzin oboje potomstwa 😉.
ja mieszkam. i jestem dziwna, jestem stara panna i jestem bezplodna. i wogole nie wiadomo co ja od tych chlopow chce- w ciaze nie zachodze, slubu nie biore, dom i ziemie mam i nie mam cudzego dziecka. olaboga dziwadlo. tylko, ze u mnie na wiosce, nie ma zadnego problemu z tym ze ma sie nieslubne dziecko. aby miec. a jak sasiadowi co ma 6 dzieci pokazali prezerwatywy to najpierw strasznie przeklinal, a potem sie poplakal. dzieci na pogrzebie- zalezy w jakim wieku. ale generalnie na nie. dzieci na imprezie? NIEPOROZUMIENIE. nie mam ochoty zastanawiac sie czy jestem wystarczajaco cicho, czy nie moc zapalic papierosa (bo juz nie mowimy o patologii palenia przy wlasnym dziecku, wedzenia go, i ciagniecu na zadymiona impreze). a juz dzieci starsze nieco od 5lat w gore, przy stole, gdzie sie klnie, alkohol stoi, itp a dziecko siedzi i czuje sie takie dorosle- paranoja.
a ja wam zdradze sekret na to aby pozbyć sie zyczeń o wnuki! Moi rodzice dostali małego stwora do domu i sie skonczyło. Teraz tylko ciagle słucham a Dexterek to , a Dexterek tamto i cały dom tetni śmiechem. Mam nadzieje ze na 2 lata starczy ... 😁
co do podróżowania z dzieckie na dziobie siedzi trzylatek, który przez jakieś 2 miesiące zrobił z dziadkiem trasę z Wolina do Gdańska (tu akurat Jezioro Łebskie), całe dnie na 11m otwartego pokładu, pogoda była różna
Ja jestem teoretyk bezcieciowy. Ale tak sobie myślę, ludzie ”dawno, dawno temu” nie byli osiadli. Dzieci musiały być przystosowane do przemieszczania się. Na grzbiet czy bok toto - i grupa ruszała. Nikt przecież nie czekał, aż szkraby podrosną. Podróżowanie musi być wpisane w możliwości ludzkiego oseska (choć widzę różnicę między marszem po bliższej czy dalszej okolicy a choćby lotem w inną strefę klimatyczną).