generalnie przez ten kryzsy poziom życia klasy srednozamożnej spada , a biedacy jeszcze bardziej ubożeją. Tylko niewielka garsta społeczesntwa na kryzysie potrafi sie dorabiac. No cóz każdy z nas jakos radzic sobie musi. Jednak moim zdaniem najgorzej mają Ci co z róznych powodów (czasem naprawdę życiowych) nie mają pracy do tego nie maja prawa do zasiłku dla bezrobotnych a dla opieki społecznej sa...za bogaci. Sama znam taką osobę (nie piszę o corce bo oa ma moje wsparcie) dziewczyna ma mega problem z kręgosłupem, dla ZUSu nadaję sie do pracy ( orzeczenie ZUS- NIE JEST PANI NIEZDOLNA DO PRACY) za to zakład po 6 miesiecznym okresie zwolnien lekarskich zgodnie kodeksem rozwiązął z nią umowę o pracę. Zaden pracodawca ze wzgledu na przebytą operację ( brak zgody lekarzy medycyny pracy) przyjac jej do pracy nie chce. Bo nie może dzwigac , nie może siedziec i przebywac w jednj pozycji ponad 2 godziny itp itd. z czego taka osoba ma zyc? Utrzymuje ją matka emerytka ,ktora sama ma emeryturę ok 1200zł. Dopuki jestesmy zdrowi, dopuki cos nam sie nie wydarzy lepiej lub gorzej ale sobie poradzimy. Wiec..abysmy zdrowi byl!
Gaga Jesli mamy mieszkanie jest czyste (bez kredytu) i lokalizacja ok (pod katem wynajmu), to moze warto rozwazyc zakup malego mieszkania (2 pokoje ?) z hipoteka na duze. Ty przeniesiesz sie do malego (dobrze sprawdzic koszty utrzymania), duze wynajmiesz.
a ja sobie tak pomyslałam: czy pojęcie biedy nie jest zalezne od poziomu do ktorego aspiruje spoleczeństwo? Bo jak porównac nasza biedę większości "biednych" gospodarstw - gdzie dom jest, żarcie jest (nawet jak wyhodowane, nie kupione, kto powiedział, ze to źle??), a ciuchy sa z ciuchlandu, telewizor, telefon- do głodu w Somalii czy warubków zycia w bangladeszu? No nie ma porownania. Dla mnie bieda to : brak perspektyw (czyli choćby to, ze sporo ludzi kurczowo trzyma się bylejakiej pracy, bo innej jakos nie ma) (fakt, z drugiej strony znaleźć pracownika, ba! usługodawcę to jakiś koszmar. Przerobiłam ostatnio: szukałam transportu na dużą odleglość dla konia. w sobotę. "Sobota? Nie, nie pasuje mi" usłyszałam chyba od trzech osob, w koncu znalazłam kogoś komu nie przeszkadzała, będę polecać), brak zabezpieczenia socjalnego - czyli koszmarna wizja, ze jak stracisz pracę to wali sie wszystko. Z drugiej strony uwielbiam widok Łódzkich "ulic cudów", gdzie syf i malaria, ale talerze TV są. wkurza mnie też widok starszej pani - czyściutkiej, zadbanej, ktora nie może wykupić leków, bo jej nie starcza z emerytury. ale znam też starsze osoby, ktore ledwo wiąza koniec z końcem ale trzymają sie twardo wielkich mieszkań. z trzeciej strony są też osoby, ktore nigdzie (oficjalne) nie pracują, ale mieszkają w nowym mieszkaniu w nowym bloku... Polska bieda jest bardzo trudnym problemem. im dłużej o tym myslę, tym wiecej nie wiem. a po prostu cieszę się, że narazie mam na konia, mieszkanie i od czasu do czasu ciuch.
Ja tam mam wlasne kury, może i sie nie opłaca ale za to mam wasne i to wspaniałe jajka, mam własne warzywa, ziemniaki.Kiszę kapuste, ogórki itp. Dla mnie to chore żebym miała ziemię, zdrowe rece i abym kupowała produkty rolne. Powaznie nawet zastanawiam sie nad kupnem krowy. Jedyne co mnie powstrzymuje to to,ze znow bylby to mój problem i moje obowiązki a tych chyba juz mam dosc sporo. Ja nigdy nigdzie nie pisalam ,że brakuje mi na chleb. Nie, zarabiam i to dużo wiecej niz przcietna krajowa, wynajmuje boksy, mam własną żywnosc itp ale....i tak mam wrażenie ,że koszta rosną nie współmiernie do zarobków. Nie wiem jak mialaby poradzic sobie moja mama, gdybym nie zabrala jej do siebie. No bo sorki emerytura w wysokosci 1200zł i sam czynsz w jej mieszkaniu 900 zl (komunalne) a gdzie opłaty typu energia elektryczna, gdzie jedzenie gdzie drogie leki. Do tego mama ma wymagania typu protezy (to chyba nic dziwnego ,że nie chce chodzic bez zębów) ,frzyjer itp. Dalej moj mąz po 28 latach pracy, po wypadku samochodowym na rencie- renta to 930 zł miesiecznie. zdaniem zus nie zdolny do pracy. No jesli tak to na co (gdyby był samotny) mialoby mu te 900 zł starczyc? Czy nasza polska bieda jest dziwna? Nie, czlowiek przyzwyczaił sie do jakiegos poziomu życia, chcialby aby spokojnie starczało na czleb, prad itp.A w wielu domach niestety na wiele brakuje. Nikt nie chce porównywac sie do Somali bo kurcze ludzie patrza do tyłu a nie oglądają sie za siebie.Kazdy dazy do tego aby jemu a pozniej jego dzieciom żyło się lepiej a tu ..żyje się coraz gorzej. Ileż można mowic społeczesntwu aby zaciskało pasa? Dlaczego akurat ja narzekam? Przeciez mam wszystko? Abo widzę co dzieje sie do okoła. Bo mam męza renciste i nie raz ie zastanawiam co by bylo gdyby i ja (tfu,tfu) zachorowała lub miala wypadek. Cholera żadnego zabezpieczenia bo nasze skałdki do zus a pozniej renta czy emerytura to jakis żart i kpina.
Ja osobiście nie narzekam, choć wiem, że mogłoby być lepiej (ale zawsze może, tak samo jak gorzej). Życie jakoś się kręci (od 10. do 10., ale jednak), ale to wszystko dlatego, że mam (w miarę) stabilną i pewną pracę. (tfu, tfu, by nie zapeszyć) Teraz się cieszę, ale wcześniej miałam wielkie problemy ze znalezieniem, jako osoba bez konkretnego doświadczenia zawodowego. Wysyłałam setki cv i listów motywacyjnych, a tylko nieliczni zapraszali na rozmowę kwalifikacyjne, choć w ogłoszeniach wymogów nie wiadomo jakich, których bym nie spełniała, nie było. Ale wiem, że w tamtej sytuacji, albo gorszej jest wiele ludzi, którzy pomimo chęci, jakiegoś tam doświadczenia zawodowego nie mogą znaleźć pracy. Pół biedy, jeśli w gospodarstwie jest jeszcze ktoś, kto pracuje i ma za co utrzymać dom. Schody zaczynają się, jeśli ta właśnie osoba musi sama się utrzymać i często nie może liczyć na pomoc innych. Również wynagrodzenie miesięczne przeciętnego Kowalskiego ma się nijak do tych wszystkich średnich krajowych płac, a jak ktoś już w tym temacie wspomniał, podstawowe produkty potrzebne do życia drożeją. Wiem, że biadolę, chociaż jeszcze g*wno wiem o życiu, ale czuje, że to, co obecnie się dzieje nie jest normalne. Nasze społeczeństwo w większości nie potrafi oszczędzać i tylko zaciąga kolejne kredyty. Ale w wielu przypadkach nawet nie ma z czego oszczędzać. Wiadomo, że na takie okoliczności jak święta, urlop itd., które nie są chyba żadnych zaskoczeniem, można regularnie odkładać. Chociaż niektórzy wolą zadłużać się w banku i później i tak oszczędzać, by spłacić swój kredyt i odsetki. A jak jednak nie da się oszczędzić, to nie jechać na wakacje, tylko zorganizować weekend gdzieś na odludziu, a zamiast organizować święta na 30 osób pozostawić to komuś, komu może się lepiej powodzi, albo ustalić, że każdy pomaga i dokłada się do organizacji. Najbardziej przeraża mnie fakt, gdyby coś się stało w przyszłości, na co nagle potrzebowałabym większej kwoty, zostałabym z ręką w nocniku i w takiej sytuacji pewnie jest spora części osób.
Mnie dziwi, że wielu nie myśli o starości wcześniej i liczy na ZUS, KRUS itp. Z zazdrością patrzymy na zachodnich emerytów. A tam większość podróżników to rentierzy. Wiadomo, że z emerytury ciężko płacić komorne, media, leki itp. A gdyby się wynieść za miasto? Albo zamieszkać w ośrodkach dla ludzi starszych? Moi rodzice mają z znajomymi takie wspólne marzenie. Wybudować sobie wspólny dom starości. Byłoby tam kilka oddzielnych mieszkań, każde: pokój dzienny + sypialnia + kuchenka + łazienka. Jedna duża sala z stołem, bilardem itp. Kuchnia duża i obsługa. Kucharka na etacie i pani do sprzątania. A skąd kasa ? z emerytury i kasy za wynajem ich dotychczasowych domów / mieszkań.
Bera kochana , prosże Cię zejdza na ziemię. Jak ludzie mający wynagrodzenia ok 2000 zł plus dwójkę dzieci mają odłożyc na starosc??? Żyją dniem bieżacym ledwo im starcza od pierwszego do pierwszego.Zeby odłożyc ,zainwetswoac trzeba miec z czego.Ludzie nie mają pieniedzy, wielu jest mega zadłuzonch np hipoteka itp. Twoi rodzice mają takie marzenia- okey aby się udąło. Ale większosci sa to neirealne marzenia. Bo budowa + zakup ziemi wyniesie ich zdecydowanie wiecej niz uzyskają z mieszkań a pozniej ten dom + gosposie trzeba utrzymac. Poza tym nie kazdy ma wlasne mieszkanie któe może sprzedac/wynając np moja mama miała tylko kwaterunkowe (zawsze odmawiano jej sprzedazy bo a to grunty miały cos tam nieuregulowane, a to wogóle wstrzymano sprzedaz itp itd)
Faza, żyję na tej ziemi. I pierwsze zabezpieczenie na starość nabyłam w kredycie w 7 lat temu. Kredyt już spłacony, ziemia czeka na gorsze czasy. Gdybym miała z budżet domowy 2000zł to bym się na dziecko nie zdecydowała.
PS. Robili zestawienie kosztów. Zakup ziemi na prowincji, budowa, potem koszty stałe utrzymania obiektu + 2 etaty. Nie wyszło tak źle. Obliczyli, że gdyby każdy z nich płacił przez ok 15lat jakąś składkę (chyba coś ok 500zł) to spokojnie można pobudować taki dom na 8 rodzin. Do tego potem co miesiąc każda rodzina płaci powiedzmy 1200zł na utrzymanie.
[quote author=baba_jaga link=topic=1638.msg1155468#msg1155468 date=1318409030] Gaga Jesli mamy mieszkanie jest czyste (bez kredytu) i lokalizacja ok (pod katem wynajmu), to moze warto rozwazyc zakup malego mieszkania (2 pokoje ?) z hipoteka na duze. Ty przeniesiesz sie do malego (dobrze sprawdzic koszty utrzymania), duze wynajmiesz.[/quote] Mieszkanie jest moje, mama dawno nie żyje (gwoli ścisłości) ale bardzo jej się ono podobało (mi też sie podoba)... Lokalizacja OK, gorzej z metrażem - cięzko wynajac 100m2 :-( Celuję zupełnie gdzieś indziej - nie chcę mieszkać docelowo w mieście, po śmierci ojca stracę prawa do domu i stajni (długo by tłumaczyć). Zatem mam cel: własny dom i kawałek ziemi. Opcjonalnie dom + mieszkanie, wynajnem którego utrzymuje konie... Rozważam zatem kilka rozwiazań: 1. Wynajem mieszkania , zakup nieruchomosci w Niemczech (dom + ziemia), spłata kredytu z wynajmu mieszkania 2. Sprzedaż mieszkania, zakup mniejszego - to, co zostanie idzie na nieruchomość, później j.w. czyli kasa z wynajmu tego mniejszego mieszkania idzie na raty kredytu 3. Sprzedaż mieszkania, zakup nieruchomości w Niemczech i czyste konto kredytowe (za gotówkę kupię taniej i szybciej) 4. Poznam księcia z bajki , który kupi mi dom, kilkanaście ha, stajnię ze złotymi klamkami, po czym się zapewne obudzę hihihi ;-) Tyle, że najpierw muszę pospłacać trochę długów, poukładać zwoje życie od nowa i wyjść na prostą. Przeprowadzka do innego kraju - szczególnie kiedy się jest samotną babką - wcale prosta nie jest. Nadal mam problemy z naprawieniem cieknącego kranu ;-) więc muszę się dobrze do tego przygotować... Póki co daję radę... Bera - ja mam właśnei taki budżet domowy... i da sięz tego żyć ;-) pod warunkiem ze siedorobi czasem na boku ;-)
[quote author=baba_jaga link=topic=1638.msg1155468#msg1155468 date=1318409030] Gaga Jesli mamy mieszkanie jest czyste (bez kredytu) i lokalizacja ok (pod katem wynajmu), to moze warto rozwazyc zakup malego mieszkania (2 pokoje ?) z hipoteka na duze. Ty przeniesiesz sie do malego (dobrze sprawdzic koszty utrzymania), duze wynajmiesz.[/quote] Mieszkanie jest moje, mama dawno nie żyje (gwoli ścisłości) ale bardzo jej się ono podobało (mi też sie podoba)... Lokalizacja OK, gorzej z metrażem - cięzko wynajac 100m2 :-( Celuję zupełnie gdzieś indziej - nie chcę mieszkać docelowo w mieście, po śmierci ojca stracę prawa do domu i stajni (długo by tłumaczyć). Zatem mam cel: własny dom i kawałek ziemi. Opcjonalnie dom + mieszkanie, wynajnem którego utrzymuje konie... Rozważam zatem kilka rozwiazań: 1. Wynajem mieszkania , zakup nieruchomosci w Niemczech (dom + ziemia), spłata kredytu z wynajmu mieszkania 2. Sprzedaż mieszkania, zakup mniejszego - to, co zostanie idzie na nieruchomość, później j.w. czyli kasa z wynajmu tego mniejszego mieszkania idzie na raty kredytu 3. Sprzedaż mieszkania, zakup nieruchomości w Niemczech i czyste konto kredytowe (za gotówkę kupię taniej i szybciej) 4. Poznam księcia z bajki , który kupi mi dom, kilkanaście ha, stajnię ze złotymi klamkami, po czym się zapewne obudzę hihihi ;-) Tyle, że najpierw muszę pospłacać trochę długów, poukładać swoje życie od nowa i wyjść na prostą. Przeprowadzka do innego kraju - szczególnie kiedy się jest samotną babką - wcale prosta nie jest. Nadal mam problemy z naprawieniem cieknącego kranu ;-) więc muszę się dobrze do tego przygotować... Póki co daję radę... Bera - ja mam właśnei taki budżet domowy... i da sięz tego żyć ;-) pod warunkiem ze siedorobi czasem na boku ;-) [/quote]
_Gaga, opcja 1 jest najlepsza. Nie wyzbywasz się mieszkania. Zawsze jest ono dobrem materialnym.
Z takiej kasy można żyć, ale na dwie dorosłe osoby nie jest łatwo. A wychowywać z tego dzieci? Ciuszki, pieluszki ect? Sam człowiek dodrze to co ma, Zje byle co, jak nie ma to nie ogląda się za rarytasem. A jak dziecku odmówić? Książek do szkoły nie kupić?
PS. Robili zestawienie kosztów. Zakup ziemi na prowincji, budowa, potem koszty stałe utrzymania obiektu + 2 etaty. Nie wyszło tak źle. Obliczyli, że gdyby każdy z nich płacił przez ok 15lat jakąś składkę (chyba coś ok 500zł) to spokojnie można pobudować taki dom na 8 rodzin. Do tego potem co miesiąc każda rodzina płaci powiedzmy 1200zł na utrzymanie.
nie kazdy chce i może w zgodzie wspłózyc z innymi. Ja osobiscie nie preferuję zycia "na kupie" Wole miec swój malutki domek na wsi i na starosc tu spokojnie życ.Mysle ,ze zus nie zbankruuje a ja do tego czasu bede miec mniejsza ilosc koni na utrzymaniu wiec można dla ratunku trochę ziemi bedzie odsprzedac. Poki co pracuję i pewne ładnych kilka laek jeszcze popracuje. Bardziej mnie martwi sytuacja mojej corki. A wracajac do tego co napisłąs ,że gdybys miała 2000zł miesiecznie nie decydowalabys się na dziecko. Kurcze ja swojego czasu miałam relatywnie mniej i zdecydowalam sie na dziecko i tysiące ludzi sie decyduje bo sorki ale wiekszosc ludzi marzy o normalnej rodzinie.
Faza, nie zdecydowałabym się, bo wiem ile wynoszą koszty utrzymania domu /mieszkania 800-1500zł. Do tego zwykle auto, lub bilety miesięczne. Zostaje powiedzmy 500zł na utrzymanie rodziców. Gdzie w tym dziecko? Psa ciężko by było utrzymać. Ja nie piszę o 2000zł jako pensji. Tylko o 2000zł na dwie osoby.
Kurcze ja swojego czasu miałam relatywnie mniej i zdecydowalam sie na dziecko i tysiące ludzi sie decyduje bo sorki ale wiekszosc ludzi marzy o normalnej rodzinie.
Sorki, ale nie wydaje mi się, żeby istniało coś takiego jak odgórnie zdefiniowana "normalna rodzina". Co jest normalną rodziną? Dwoje rodziców + jedno dziecko? Jeden rodzic + plus pięcioro dzieci? Rodzice w związku formalnym czy nieformalnym? Małżeństwo bezdzietne nie jest normalną rodziną? Czyli jaką?
Ja przyznaję, że oprócz wieku, bo mam jeszcze na dzieci mnóstwo czasu czynnikiem, przez który będę patrzeć przy ew. decyzji są fundusze. Oczywiście, że mnóstwo rodzin decyduje się na dziecko przy średnich zarobkach, ale ile w tym tak na prawdę faktycznej decyzji, a ile przypadku...Biorąc pod uwagę ogromny wzrost cen utrzymanie dziecka i zapewnienie mu godnego poziomu życia ( nie mówię tu o nowym lego i wyjazdach 5 razy do roku tylko ) przekracza budżet większości młodych par. I to jest chyba główny powód spadku populacji-ludzie dawniej mieli zupełnie inną mentalność, teraz wiele par świadomie nie decyduje się na dziecko w ogóle, lub poprzestaje na jednym, bo chce żyć na godnym poziomie, i ja osobiście o ile sama przechodzę prze trudności finansowe dzielnie, tak nie wzięłabym odpowiedzialności, żeby przechodzić prze takie z dzieckiem
Nie mam żalu do rodziców, że zdecydowali się na mnie kiedy tak naprawdę nie bardzo było ich stać na dziecko. Ale mój tata, kiedyś powiedział coś co utkwiło w pamięci "trafiłaś na gorsze czasy". I właśnie dlatego moja siostra może znać 3 języki, a ja żadnego w dobrym stopniu. Właśnie dlatego ma możliwość studiować na uczelni państwowej na studiach dziennych. Ja nie miałam wyboru. A decydując się na dziecko chciałabym mu taką możliwość zapewnić.
Hm, ale z dziećmi i decyzją bywa róznie. dajmy na to: dziś zarabiam 4000 pln - decyduję się na dziecko (zwłaszcza pare lat temu, gdy ceny wszystkiego były niższe), przychodzi kryzys i bach! mam niższą płacę (bo np. musiałam ją zmienić) i większe wydatki. to co mam z dzieckiem zrobić? Oddać? 😉 z tym odkładaniem na starość - własnie, przedmówczynie napisały - jak zarabiając 2000 odłożyć cos na starość? Zwłaszcza, ze to długi termin a w takim przypadku dużo zmienych sie pojawia. Moj dziadek na przykald odłożył sobie duzo kasy, az tu nagle przyszła zmiana ustroju i reformy różne i pieniążki diaboły pomniejszyły nagle. Opłaciły się jedynie nieruchomości. 😎 ale i na tym przejechac się można, bo jak bedzie duży kryzys to wynajmen, sprzedaż wcale już nie są prostą sprawą. Faza - własne kurki i inne "żywności" popieram jak najbardziej. sama szykuję sie do zakupu kurek i kóz. Jak się w rodzinie śmiejemy: pole jest, kozy będą, przynjamniej mleko i ziemniaki na Wielki Kryzys 😉 jak znalazł. Chociaz wolałabym,żeby tak czarny scenariusz sie jednak nie spełnił 🙄
Oczywiście, że nie oddać, ale dla mnie decydując się na dziecko, nie wystarczy w tej chwili w miarę zarabiać, trzeba mieć odłożone pieniądze, polisę. Nie chciałabym patrzeć, jak moje dziecko ma znacznie gorszy start w dorosłość niż rówieśnicy, bo niestety świat jest podły i tak jak mówimy bera, teraz dzieci, ktore "trafiły na gorsze czasy" mają pod górkę. Też nie mam możliwości studiowania w trybie dziennym, bo nikt mi na to pieniędzy nie da. Nie miałam możliwości uczęszczania na kursy dodatkowe, na konie zawsze musiałam sobie zarobić. I może mam taki stosunek do życia na znikomym poziomie, bo sama jako dziecko doświadczyłam takiego przeskoku-kilkanaście pięter standardu życia w dół. Ciężko z dnia na dzień przejść z opcji wyjazdów co weekend, markowych ciuchów, drogich samochodów na scenariusz, w którym mama zastanawiała się, co nam jutro dać jeść. I jak przypomnę sobie wtedy oczy mamy, to nie chcę tego ani dla siebie, ani dla swojego dziecka
omnia, zawsze się może wiele dziać. Ale jest pewna prawidłowość zawsze są ludzie, którzy łatwiej sobie radzą w życiu. Są lepiej wykształceni, sprytni, obrotni, różnie. Ich problemy są zwykle krótkoterminowe. Moja mama miała typowo męski zawód, który raczej pogodzenie z macierzyństwem wykluczał. I tak się stało. Dopóki dało się mnie wcisnąć do przedszkola, albo przemycić do pracy jakoś to szło. Z siostrą już tak nie dało rady i musiała zrezygnować z pracy w zawodzie. Tata był geodetą. Na owe czasy płace były śmiesznie małe. Nie pozwoliły na utrzymanie rodziny. Dopiero kiedy rodzice zmienili zawody (kolejne szkoły i kursy) mogą sobie spokojnie żyć. Tyle że mój tata studiował prawie równolegle ze mną. Mogli poczekać na własne mieszkanie, odłożyć. A tak na pewno nie było im łatwo. I nie patrzę na to z swojej perspektywy, jako dziecka, któremu czegoś brakowało, bo zawsze rodzice zadbali o to bym głodna nie chodziła. Ale o to jak musiało im być ciężko.
Mam też znajomą, która siebie i syna utrzymuje z niespełna 2000zł. Finał jest taki, że w końcu jej zabiorą mieszkanie, bo z czynszem od 2 lat zalega (tzn. płaci częściowo). Mając wybór czy kupić dziecku leki czy komorne wybór jest dla niej jasny. Nie zafundowałabym sobie takiego życia.
_Gaga, opcja 1 jest najlepsza. Nie wyzbywasz się mieszkania. Zawsze jest ono dobrem materialnym.
teoretycznie, ale trzeba mieć do niej zdolnosc kredytową i pospłacane wszystkie inne kredyty mnei wykończyła kochana rodzinka sprawą sądową, mam 5 cyfrową kwotę do spłacenia jeszcze jak kiedyś ją spłacę - będę mogła myśleć o opcji nr 1... w innej wersji trzeba będzie wziac pod uwage inną opcję
Jeszcze jedno: a co jeśli nei wynajme miekszania, czy wynajmujący nie zapłaci? Skąd wówczas brać na raty kredytu??!! Dlatego nie podejmuję tego typu decyzji ad hoc - mam czas aby się spokojnie zastanowić nad wszystkim...
I właśnie dlatego moja siostra może znać 3 języki, a ja żadnego w dobrym stopniu. .
bera7, do mnie to kompletnie nie przemawia - jak ktoś sie chce nauczyć języka - to sie nauczy - bez lekcji, z dwóch książek "na krzyż" kwetia samozaparcia, systematyczności i talentu językowego jak ktoś jest leniwy/mało zdolny/nie ma samozaparcia/ coś mu sie wydaje* - to mu i native speaker nie pomoże
Dodofon - nie zgadzam sie z Toba. Nie da sie w stopniu dobrym opanowac języka obcego samemu, nawet przy maksymalnym zaangazowaniu. To ze umiesz slownictwo czy gramatyke to jeszcze nie znaczy ze umiesz język.
ja również się nie zgadzam, jeżeli jesteś w stanie nauczyć się z książki języka w stopniu zaawansowanym-gratuluje. Od kilku lat, czasem regularniej, czasem mniej uczę się z książki hiszpańskiego i moje umiejętności kończą się na "dogadam się w sklepie" i rozumieniu pi razy drzwi tekstów piosenek. I nie uważam się ani za lenia, ani za przygłupa 😉
trusia, pojęcie "rodzina" wywodzi się od słowa rodzić 🙂
Ogólnie: w biedzie najgorszy jest strach. Nie lęk - tylko właśnie strach, najzupełniej uzasadniony. Kiedy pani w sklepiku skończy się cierpliwość? U nas, gdyby nie zeszyty "na krechę" to chyba 1/3 mieszkańców nie miałaby co jeść. Kiedy przyjdzie "smutny pan"? Co zrobić, gdy popsuje się kółko wózka, którym kilka rodzin wozi chrust z lasu, żeby się ogrzać? Co zrobić, gdy dopadnie choroba? Głód też nie jest przyjemnym doznaniem. Gdy ma się pod opieką dzieci ten strach robi się nie do zniesienia. Szczególnie, gdy ubożeje się bardziej i bardziej. A ostatnio widzę, że ludzie ubożeją. Nie - bogacą się, tylko ubożeją. Wyczerpują wszystkie rezerwy. Fortuna kołem się toczy - i trudno o gwarancje, że zawsze się będzie osobą dobrze sytuowaną. Różne rzeczy przydarzają się w życiu. Zbiednieć jest łatwo. Przekroczyć granice prostej egzystencji - też. W drugą stronę - to już nie prosto i nie wszystko zależy od zainteresowanych.
Kiedyś istniało takie pojęcie "minimum socjalne". Koszyk najtańszych niezbędnych dóbr. Kilkanaście lat temu to było ok. 600 PLN na osobę. A teraz? Nie ma problemu. Pojęcie zniknęło z mediów, z polityki = nie ma sprawy.
Dodofon ja też znam przypadki, ale nikt mi nie powie, że z książki nauczysz się języka na tyle, żeby np. wyjechać do pracy w obcym kraju. Znam też przypadek odwrotny, chłopak wybitnie inteligentny w wąskim kręgu nauk ścisłych. I tak oto chłopak zdający fizykę na poziomie rozszerzonym na 90 % i mający średnią pod 5.0 na Politechnice nie potrafiący się wypowiedzieć w dwóch zdanaich po angielsku, mimo kursów, nauki w szkole, wyjazdów językowych. Nie da się czegoś stwierdzić na podstawie przykładu, a jedynie ogółu
Dodofon, w podstawówce nie wydawało mi się, że języki obce będą tak ważne, w LO już wolny czas poświęcałam na pracę (roznoszenie ulotek 3 x w tygodniu) by utrzymać konia. Potem był niekończący się maraton praca (w systemie zmianowym przez pierwsze 4 lata) i uczelnia. Finał jest taki, że angielski rozumiem dobrze pisany, nawet odpiszę na maila i moi dostawcy są w stanie zrozumieć o co mi chodzi. Jak ktoś mówi prostym językiem, to zrozumiem (ach, te kasety kiedyś) ale mam zonk przy mówieniu. Zapominam słów, gubię się w gramatyce. Ale tłumaczę właśnie katalog z angielskiego, tyle, ze tu zasób słów ograniczony. Natomiast do płynnego mówienia w języku z samych książek droga wyboista. Pewnie to częściowo brak talentu, ale też brak pojemności w głowie. Bo jak człowiek ciągle myśli o pracy (pod prysznicem przychodzą najlepsze pomysły na promocje 🙂😉 i nad tym jak podzielić środki by starczyło na wszystko do kolejnej wypłaty to i na słówka miejsca braknie. Moja siostra nie ma tyle na głowie, może spokojnie skupić się na nauce w dobrych szkołach językowych. Od 8-go roku miała prywatnie pierwszy język. To zaprocentowało. Od kilku tygodni uczę się troszkę rosyjskiego. Ale od innej strony. Nie książkowy, a osłuchowo. Mój facet poprostu nawija do mnie w tym języku. I widać na mnie ta metoda działa, bo powoli przyswajam nazwy przedmiotów w domu i zwrotów.
ja jestem z pokolenia BEZ internetu, bez angielskiego w szkole, bez innych form nauki, z ksiazek - zgadzam sie - trudno nauczyć sie wymowy - ale już z piosenek, płyt, TV można spotkałam kolesia, który nauczył sie hiszpańskiego z książki (taka z byczkiem kiedyś była) + z tv hiszpańskiej (były kiedyś na satelicie) przyszedł do mojej prof od hiszpańskiego spytać sie czy da radę zdawać na hispanistykę 😲 ona była w szoku, bo nie wierzyła, zę sie sam nauczył - oczywiscie zdał...
inaczej patrzy sie na sprawy nauki jak ma sie 20 lat a inaczej jak sie ma 40-ści... bo niestety poziom nauki sie okropnie zdewaluował...