Forum towarzyskie »

Sprawy sercowe...

Pauli, oczywiście, jeżeli ktoś bliski daje sygnały, że coś jest nie tak - np. właśnie zmiana zachowania itp. to trzeba brać zdanie bliskich pod uwagę. Ja mówię bardziej o przypadkach, kiedy ktoś za przeproszeniem z dupy stwierdza, że związek nie ma sensu, bo tak mu się wydaje.
Chociaż nie ukrywam, że mi znajomi osiem lat temu mówili, że facet mnie zmienia, że coś jest nie tak. Dziś te osoby nie są moim znajomymi i w najmniejszym ułamku tego nie żałuję. Zmieniłam się na lepsze, poszłam na przód, a oni zostali w miejscu. Trzeba mieć po prostu dystans do tego co ludzie mówią i pewne informacje sobie dawkować. Gdyby mama mi wtedy powiedziała "Kaja, coś jest z Tobą nie tak" to pewnie bym się zastanowiła. Ale na pewno nie w przypadku znajomych, przyjaciół, czy kogokolwiek poza najbliższą rodziną. Ludzie niestety w dzisiejszych czasach są bardzo zawistni…
Trzeba mieć po prostu dystans do tego co ludzie mówią i pewne informacje sobie dawkować. G

Otóż to 🙂
Czyli mamy jednak podobne poglądy. Poprzedniego Twojego posta odebrałam w ten sposób, że ludzie mogą sobie mówić co chcą, niech się wali i pali, a ja i tak zostanę przy swoim 😉
Jednakowoż czasem warto się zastanowić, co i kto mówi, a przede wszystkim dlaczego. Bo naprawdę czasem inni widzą więcej, nawet ci, co faceta widzieli dwa razy w życiu. Mnie odradzali mojego byłego WSZYSCY. Od rodziny zaczynając, na luźnych znajomych, którzy widzieli nas właśnie przysłowiowe dwa razy. Oczywiście nie oznacza to, że należy ślepo się kierować opinią innych osób, ale ja wyciągnęłam z tego wniosek taki - jeśli jakaś większa grupa powtarza to samo, to trzeba bardzo poważnie przemyśleć, dlaczego tak jest.
O ile stwierdzenia koleżanki, mamy, siostry, czy innej bliskiej osoby, że nie powinniście być ze sobą, że jak szybko poszliście do łóżka, to nici ze stałego związku, nie powinny mieć znaczenia dla wspólnej przyszłości, to ja bym się zastanowiła, jeśli moi bliscy mieliby obiekcje co do osoby mojego partnera, np. że nie czują się dobrze w jego towarzystwie, nie mają ochoty z nim rozmawiać, widzą, że jestem przy nim nienaturalna, nie zachowuję się swobodnie itd.


Hmm, a ja z kolei uważam, że to że przyjaciele nie czują się dobrze w towarzystwie chłopaka, to  średni wyznacznik.
Ja mam 4 przyjaciółki, tworzymy od przedszkola/szkoły jedną grupę. Widujemy się przynajmniej raz w tygodniu. Każda jakichś tam chłopaków miała w ciągu tych wszystkich lat. I często było tak, że chłopak jednej z nich "nie pasował" reszcie - a i tak tworzą udane związki. W tej chwili zresztą tak jest - chłopak jednej z nich czasem nie umie się zachować w towarzystwie, gada jakieś głupoty, potrafi kogoś niby żartem obrazić, ale czasem wychodzi to naprawdę niefajnie. Jedna z naszej grupy do w ogóle totalnie nie trawi. I co z tego? Oni są szcześliwi, są razem juz 4 lata, od roku razem mieszkają, a teraz pomału myślą o ślubie. Ja będę się cieszyć jeśli zostaną razem na zawsze. To że nie przepadam za chłopakiem mojej przyjaciółki nie znaczy, że ona nie może z nim ułożyć sobie świetnie życia. I jeżeli jestem jej przyjaciółką to uwazam, że nie mam wprawa się to wtrącać na zasadzie "źle się czuję w  towarzystwie twojego chłopaka, więc przemyśl czy chcesz z nim być".
Były (od niedawna) chłopak drugiej z moich przyjaciółek był w porządku człowiekiem, ale np na wspólnych imprezach się nudził i potrafił w sylwestra czytać książkę, nie zamieniając z nikim zdania. Dla nas było to dziwne, ale nikt tego nie komentował.. Eks jeszcze innej z kolei był strasznym skąpcem, co wszystkich irytowało - no i co, to też żaden powód do wytykania tego koleżance. Ona z kolei jest zbyt rozrzutna. Każdy ma jakies wady...

A jeżeli chodzi o bycie nienaturalną - kurcze, na początku jak człowiek sie zauroczy, zakocha to często się zachowuje trochę inaczej. Nie umiem co prawda ocenić czy tak jst ze mną, ale po moich przyjaciółkach zawsze widziałam, że na początku związków się trochę zmieniały - atrakcyjniej ubierały, malowały nawet jak wczesniej tego nie robiły, czy trochę inaczej zachowywały - no nie oszukujmy się, człowiek jak kogoś poznaje to trochę siebie koloryzuje. Albo po prostu chce pokazać, że mu zależy na tej drugiej osobie. Nigdy nie widziałam, żeby to było jakiekolwiek przeciwwskazanie do udanego, długiego związku. Owszem też bez przesady - jak nagle np wege dziewczyna by zaczęła jeść mięso tylko po to by się przypodobać facetowi, albo zrezygnowała by dla niego z koni pomimo że rzeczywiscie by tego nie chciała - to już sytuacje mocno nie halo, ale jakies tam drobne nienaturalności na początku - no cóż bywa, zakochany człowiek bywa specyficzny 😁

Rady przyjaciół bywają cenne, czasem człowiek stwierdzi 'no mieliście rację', ale bywają zupełnie nietrafione. A czasem nawet jak trafione to nie oznacza to, że czyjś związek nie ma przyszłości. Każdy ma wady, żaden związek nie jest idealny i to do dwójki partnerów należy decydowanie o tym czy powinni i chcą być razem, a nie przyjaciółek.
Przyjaciółki sa od tego, żeby wesprzeć jak coś się dzieje, żeby pomóc przy zerwaniu, żeby doradzić w jakiejś sprawie w której ta przyjaciółka rzeczywiście szuka porady. Ale też od tego, żeby cieszyć z nią jej szczęściem. A nie krakać, że się nie uda.
branka
Ja wcale nie twierdzę, że fakt, iż ktoś czuje się źle w towarzystwie mojego faceta jest powodem do rozstania z nim. Chodzi mi tylko o to, że może to być jakiś sygnał ostrzegawczy, powód do zastanowienia. Pisałam też, że ostateczna decyzja przecież i tak należy do nas, ale warto wziąć pod rozwagę różne czynniki.

Co do bycia nienaturalną, każdy chyba na początku związku jest kimś innym i stopniowo wraca do rzeczywistości w trakcie trwania relacji. Ale już nie do przyjęcia jest dla mnie zmiana nawyków, dopasowywanie się do partnera (nie chodzi mi o obopólny kompromis, tylko o rezygnowanie z siebie). Takie właśnie radykalne zmiany mogą nam pomóc zauważyć właśnie bliskie osoby.

Według mnie warto znać zdanie osób bliskich na temat naszego partnera, ale traktować je jako głos w dyskusji, a nie jedyną słuszną opinię.
No w sumie się z Tobą zgadzam - zdanie bliskich też biorę pod uwagę, jakby nie było, skoro są mi bliscy to się licze z ich opinią (i chcę ją znać), ale własnie decyzja czy chce być w danym związku, czy dobrze się w nim czuje - to już moje sprawy. 
Jak patrzę w przeszłość na ostatni mój związek, to np moje przyjaciółki pierwsze zauważyły, że mój eks miał problem z alkoholem - ja miałam klapki na oczach i może gdyby nie ich gadanie to bym tego jeszcze dłużej nie zauważyła. Ale z drugiej strony pomimo ich rad i tak robiłam po swojemu - i w zasadzie nie żałuję, bo dużo mnie to doświadczenie nauczyło - przede wszystkim o sobie i było impulsem do pewnych korzystnych zmian.
Nie jestem zwolenniczką pochopnych rozwodów, ale u Brevy to chyba nie rozwód jest błędem - był nim ślub 🙁 Breva - trafił ci się stary tetryk 🙁
Pomysł zafundowania ex koszmaru procedury unieważnienia kościelnego gdy samemu średnio zależy - stawia kropkę nad i. Znałam 2 osoby, które tę procedurę przeszły, żadne tam "miętkie buły" - a twierdziły, że to coś najgorszego  w życiu i za nic nie chciały o tym mówić.

Co do ostrzeżeń - to różnie bywa. Uwzględniałabym uwagi tych osób, które zazwyczaj nie mają zwyczaju ani się wtrącać, ani marudzić przy byle okazji. Gdy ktoś z ogólnym nastawieniem "pro", z pewnym skrępowaniem próbuje ostrzegać, to warto się przyjrzeć tematowi, nie zbywać "oj tam oj tam". "Czarne wrony" i osoby mające swój interes, żeby nic się nie zmieniło można olać.
U mnie kołowrotek. Jest u mnie chłop z małym od wczoraj, a ja zdycham - głowa boli, gorączka, pluję płucami, bolą mnie wszystkie stawy i mięśnie, nie mogę się wyprostować... Mały ma dynamit w tyłku, śpiewa, buzia mu się nie zamyka, jest wszędzie. No cóż, od razu się wrzuciłam na głęboką wodę, bo jestem chora i marudna i akurat krzycząco-biegające dziecko nad uchem jest ostatnią rzeczą jakiej bym chciała - ale daję rade, ogarniam, nie denerwuję się. Wygląda na to, że nawet mnie polubił, przytula się, bawi się ze mną, no jest git.
A chłopa mam absolutnie cudownego, patrzenie na to jak się zajmuje synem jest po prostu piękne, poza tym nie wiem jak on to robi, że ogarnia te wszystkie sweterki, piżamki itd, No trafiło mi się, oj trafiło  😜

Breva, kijowa sytuacja, czytam nie od dziś - trzym się babo w tym wszystkim!
Gillian, gratki!!! jak w chorobie dajesz radę to już chyba gorzej nie będzie🙂 teraz to już z górki😉 i dzięki! trzymam się jak mogę😉

halo, tylko on twierdzi że jemu właśnie zależy bo dla niego ma to znaczenie. chociaż to że sam do kościoła nie chodzi każe mi podejrzewać że właśnie o to przeciąganie i uprzykrzanie chodzi... no nie wiem, zobaczymy jak to będzie. dziewczyny w rozwodowym ( :kwiatek: ) dały linka skąd wynika że sama w procesie unieważniania nie muszę brać udziału, choć będzie się on toczył poza mną.. więc jest szansa że nie będę musiała przez to czynnie/osobiście przechodzić. a i tak do tego długa droga, pozew złożony w zeszłym tygodniu więc zanim termin, zanim rozwód, jeszcze to potrwa trochę.
Breva ale kościół to nie sad i te instytucje nie są w żaden sposób powiązane. Nikt Cie nie zmusi do unieważniania kościelnego i siła do księdza nie zaciągnie... Na długość samego rozwodu tez nie ma to wpływu... Czyli to tylko i wyłącznie sprawa Twojego męża a Ty mozesz sie na to wypiac zgrabna dupa;pp
Julita, oczywicie sprawy kościelne na długość rozwodu nie mają wpływu, bardziej chodziło mi o to że zanim pojawi się kwestia unieważniania to musimy się rozwieść cywilnie a to potrwa dobrych kilka miesięcy. Także tym się na razie nie muszę martwić bo i tak jeszcze duuużo czasu minie😉 hmm no właśnie tak tez mi się wydaje - że mnie nikt siłą nie zaciągnie, ale beze mnie postępowanie i tak się pewnie będzie ciągnąć. o tym mówię: http://www.eporady24.pl/uniewaznienie_koscielnego_slubu_uczestnictwo_stron_w_procesie,pytania,20,137,3000.html
szczerze mowiac Ty masz wieksze podstawy do wystopienia o uniewaznienie koscielnego niz on... bo ciekawe co on powie?
Ja tam bym chciala uniewaznienia - z kosciolem zawsze sa cyrki, ale jednak na pewnej plaszczyznie dalej byscie byli malzenstwem i w pewnym wymiarze byscie byli wciaz polaczeni - a to niefajne 🙂
no zależy w co się wierzy! (ale rymem gadam😉 ) i też z czym się to wiąże. dla mnie unieważnianie to kilka lat maglowania tematu czyli właśnie - "wspólna" sprawa itp.

a tak się też zastanawiam. powiedzmy że się rozwodzę. i za rok-dwa znajduję sobie kogoś i z nim jestem i współżyje. wg kościoła jestem mężatką, czyli zdradzam męża, a zdrada jest podstawą do unieważnienia (chyba?). czyli teoretycznie on czy ja nieważne, któreś z nas mogło by poczekać aż to drugie się z kimś zwiąże i wtedy wystąpić o unieważnienie z winą tej drugiej osoby że zdradziła czyli nie dotrzymała przysięgi?? bezsensu trochę..
a tak się też zastanawiam. powiedzmy że się rozwodzę. i za rok-dwa znajduję sobie kogoś i z nim jestem i współżyje. wg kościoła jestem mężatką, czyli zdradzam męża, a zdrada jest podstawą do unieważnienia (chyba?).
Dlaczego miałaby być? W KK nie odprawia się niewiernej żony (ani niewiernego męża). Po prostu byłabyś cudzołożnicą. I według KK żyła w grzechu bez chęci naprawy (odpada przyjmowanie komunii na przykład). Ale to już sprawy między Tobą, sumieniem, ewentualnie Kościołem (jeśli się poczuwasz).
nie wiem, tak pytam, bo wydawało mi się że zdrada jest podstawą do unieważnienia. ale skoro nie to nie było pytania!
Breva, daj sobie na luz. Chce unieważnienia to niech sobie sam za tym chodzi, płaci itp. Nie utrudniaj ale też nie musisz mu w tym pomagać. Znam jedną parę, która unieważniła małżeństwo. Wcale nie trwało to długo i tak naprawdę oparło się o kasę. Taki świat... a zdrada nie jest podstawą.

Co do pasowania lub nie koleżankom. Ja kiedyś przyjaźniłam się z dziewczyną, której zawsze coś nie pasiło w moich sympatiach. I po latach wyszło szydło z worka dlaczego... piliśmy jakieś % z nią i moim chłopem,  poszła z J na faja, a ja niechcący usłyszałam ich rozmowę. Pięknie mi dupę obrabiała. J się baaardzo wkurzył i zwyzywał ją i wyprosił. Gdybym nie usłyszała co o mnie wygadywała pewnie nigdy bym nie uwierzyła.
nie wiem, tak pytam, bo wydawało mi się że zdrada jest podstawą do unieważnienia. ale skoro nie to nie było pytania!


Z tego co się orientuję to są trzy główne powody: brak skonsumowania małżeństwa (bo ślub bierze się po to, żeby się rozmnażać), ślub pod przymusem i zatajenie przed małżonkiem ważnej sprawy, która wpływa na dalsze życie, np. bezpłodności, choroby psychicznej, odmiennej orientacji. 
no to nie mam pojęcia jaki on chce wskazać powód... ale nieważne. jak pisze bera - ja wrzucam na luz, a on niech robi co chce!
yegua u mnie jest dokładnie tak samo 😍 I cały czas się zastanawiam czym ja sobie na niego zasłużyłam. 😉 Właśnie niestety ode mnie pojechał, to był kolejny cudowny i (niestety) krótki przerywnik dalszej szarej codzienności. Jestem taaaką szczęściarą. 💃
ja po tych waszych historiach z sympatią też się postanowiłam tam zarejestrować 😉
od tygodnia sporo pisałam z jednym chłopakiem. teraz zaproponował spotkanie.
z jednej strony bardzo bym chciała się z nim spotkać, ale jestem strasznie nieśmiała i boję się, że zrobię z siebie kretynkę bo nie będę w stanie się odezwać  😁
i jak tu znaleźć miłość...  🙄
Martuha, może żeby pokonać nieśmiałość zacznijcie od rozmów telefonicznych? 🙂
Kajula ja bym chyba umarła, jakbym miała rozmawiać z kimś takim przez telefon  😵 Trudno mi się przełamać i rozmawiać nawet z ludźmi, których znam - panicznie wstydzę się rozmów telefonicznych. Nie mam pojęcia dlaczego  🤔wirek: ("na żywo" też byłoby mi głupio, ale nie aż tak).
o nie, przez telefon jeszcze gorzej! 😜
Ja też wolę juz na żywo niż przez telefon 😉

Wariatki!  🤔wirek: 😁
Ja uwielbiam gadać przez telefon  😁
My się po tygodniu wymieniliśmy numerami tel, ale puki co smsy i whats up. Ale że spotkanie się zapowiada na wielkanoc, to mam nadzieję, że będziemy też dzwonić. Też nie lubię rozmawiać przez telefon, ale z nim chciałabym pogadać 🙂 Zmienia się czasem.
Ja nienawidzę, mam jakąś telefonofobię. Jak ktoś z obcego numeru dzwoni to zapominam języka w gębie, zatyka mnie masakrycznie, mój zasób słów wówczas wynosi 2 /tak i nie/ 😀
Haha a ja myślałam, że mam taki nietypowy problem, że nie lubię przez tel gadać  😁
Mnie najbardziej stresują rozmowy z wszelkimi bankami, lekarzami, urzędami (miłe panie z urzędu...), itp. No i z facetami. O dziwo lubię gadać z klientami, no ale to koniarze, z koniarzami się inaczej rozmawia niż z wszelkimi innymi ludźmi, przerywają rozmowe bo muszą zsiąść z konia, mówią do telefonu prr i te sprawy  😁  Ciekawe jakbym miała jakąś prace biurową, chyba bym oszalała jakby do mnie ktoś non stop dzwonił.

Piątka, ja mam tak samo z telefonami! Wszystko co się da załatwiam smsem lub mailem (na szczęście moja szefowa też ma telefonofobię!). Tylko z moją mamą mi się rozmawia tak 100% dobrze. A pamiętam, jak mój obecny prawie-już-mąż zadzwonił pierwszy raz, zapytać o korepetycje i przy okazji wszelkie "a co tam?", a ja myślałam, że skisnę. Na szczeście, jak widać, nie przeraził się 😉
maleństwo piąteczka! Ja z mamą rozmawiam dużo i często, bo bardzo rzadko się widzimy. Ale żeby z kimkolwiek innym, nawet bliskimi osobami, to nie..

No właśnie, nienawidzę pytania "co tam?" - co się wtedy odpowiada? "w porządku"? Chyba rozmówca nie oczekuje relacji z naszego życia?  😁 Zawsze mam z tym problem
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się