Forum towarzyskie »

Sprawy sercowe...

Po perypetiach Brevy bardzo się zastanawiam nad ślubem. Nad tym czy nie zrezygnować z niego i zostawić sobie jednak wentyl bezpieczeństwa.
Dodo - ustaliliśmy. Ze każde daje po ileś i to idzie na utrzymanie. Ale potem usłyszałam że póki nie dostaje kasy z,wynajmu domu po ojcu to nie będzie się dokładal. Potem było dużo opowieści jakie ma problemy z kasą a w czasie jednej kłótni usłyszałam że mam nie wiadomo jakie oczekiwania i bym chciała żeby mi w zębach przynosił miliony..

Wieści z frontu - jestem na pedicurze, kontaktu zero, z momentami ogromnej euforii wpadam w smutek, złość albo przeogromna schize co się teraz stanie.. Także jest 'śmiesznie'...
Breva to znaczy, że "dom" był na Twojej głowie i na Twojej kieszeni?
Dolozyl sie w listopadzie i teraz w styczniu po tej aferze. Ale ja w pewnym momencie odpuscilam wiec tez mialam to co chcialam. Gdybym bardziej cisnela moze by sie dokladal. Ale wtedy tez pewnie bylaby bardziej napieta atmosfera..
Breva ale czym sie martwisz ? Jaka schiza ?
Co sie stanie? Będziesz sobie spokojnie żyła , rozkręcała firme , spotykała sie ze znajomymi i zajmowała sie SOBĄ aż spotkasz kolejnego faceta i na bank będzie lepszy, bo masz prawo wyboru a nie przymus walki o każde zachowanie/pomoc itp.
Wiesz już czego nie tolerujesz i których rzeczy nie da sie zmienic u nikogo , to chyba sporo  😉
Rozwód jedynie moze być cięższą sprawą ale to zależy to od tego jak L bedzie sie zachowywał.
Breva - emocjonalna huśtawka po takich wydarzeniach jest jak najbardziej normalna, najważniejsze żebyś robiła teraz rzeczy które sprawiają Ci przyjemność i pomogą odzyskać równowagę psychiczną po tych emocjach. I nie próbuj powstrzymywać, "odmawiać" sobie smutku bo to tak samo zdrowa i naturalna emocja po takich przeżyciach jak radość.
w tymroku minie nam z mężem 6 lat po ślubie, 7 lat bycia razem, i powiem, że tak normalnie (fajnie=w porządku) jest od roku, było prawie wszystko (awantury, wulgaryzmy, nadgorliwa teściowa i rodzina wtrącająca się w nie swoje sprawy). A teraz jest ok, więc czasmi warto przeczekać, tak myślę. Nie żałuję, choćwczesniej wiele razy miałam chęć rzucić to w pi...
JARA, nie prawda, że po zamieszkaniu razem, zawsze pojawią się kłótnie. My zamieszkaliśmy razem po miesiącu związku, od tego czasu minął prawie rok i ani razu się nie pokłóciliśmy. Wiadomo, były drobne sprzeczki czy różnice zdań, ale prawdziwej kłótni nigdy.

galopada_, jak chłop jest "normalny" to nie będzie problemu. Mój T. mieszka w "papierowo" moim mieszkaniu, ale oboje myślimy o nim, jako o naszym mieszkaniu. I jestem pewna, że jeżeli byśmy mieszkali w jego mieszkaniu, to byłoby dokładnie tak samo.

Osobiście nie wyobrażam sobie tego, żeby decydować się na ślub bez wcześniejszego zamieszkania razem. My szybko się na to zdecydowaliśmy z myślą, że jak to nie to, to chociaż szybko się ten związek rozpadnie i nie będziemy tracić czasu. Nie rozpadło się, dalej jesteśmy w sobie zakochani, a ja nie wyobrażam sobie jakby to było gdyby obok T nie było 😉
bera7, no coś ty, nie panikuj! Czasem tak bywa, no jasne, ale jednak więkoszość małżeństw wcale się nie rozpada i żyją sobie w szczęśliwości długie lata 🙂

My za to mieszkamy w mieszkaniu mojego W i mimo  że przenigdy nie zdarzyło mu się w jakikolwiek sposób wykorzystać tego faktu, to ja bym się lepiej czuła mieszkającc w papierkowo wspólnym.
Co do dokładania się do opłat - ja też się nie dokładam i nigdy nie było to żadną sprawą. Więcej sprzątam, odrabiam w naturze 😉 Każda para musi sobie po swojemu ustalić różne rzeczy, niekoniecznie musi być tak totalnie po równo żeby było dobrze. Długo do tego dochodziłam, ale jak już doszłam to o wiele lepiej nam się żyje 🙂
Uff, dobra, gdzieś to muszę upłynnić.

Zastanawiam się nad moim związkiem. Jesteśmy razem krótko - niewiele ponad 8 miesięcy. Od 4 mieszkamy razem. Klapki mi się otworzyły 😉, już nie jest idealnie (co nie znaczy, że jest mi źle, broń Boże), a ja dostrzegam kilka minusów, które sprawiają, że nie wiem, czy chciałabym spędzić z M resztę życia (albo inaczej. chciałabym, ale bez tych jego kilku wad).
W obecnym związku jestem szczęśliwa. A przynajmniej tak czuję. Że jest mi dobrze. I nie chcę tego zmieniać.
Jestem typem idealistki i łatwo wyprowadza mnie z równowagi to, że coś nie jest zrobione po mojej myśli. Dlatego pewnie tak często się denerwuję na mojego M. W większości przypadków jest tak naprawdę Bogu ducha winien, a ja dąsam się zupełnie niepotrzebnie. Wiem, że gdybym popracowała trochę nad sobą, to obojgu żyłoby się łatwiej.
Co do tych wad M, które ciężko mi przełknąć:
1. Nie może skończyć studiów. Robi już trzecie podejście do 7 semestru i chyba nie będzie to ostatnie. Przedtem wynikało to z jego problemów z poprzednią dziewczyną, potem przeżywał bardzo rozstanie, chorował na depresję. Okej, jestem w stanie to zrozumieć. W zeszłym roku w czerwcu zakończył leczenie w szpitalu i mogło się wydawać, że wyjdzie na prostą. Rodzina i znajomi twierdzili, że uda mu się, bo ja dodaję mu skrzydeł. A ja widzę, że on wraca do tego, co było kiedyś. Temat studiów jest bardzo, bardzo drażliwy. Ja nie potrafię go zmotywować, on sam też tego nie potrafi. Dla mnie porządny kop w dupę to najlepszy sposób żeby się zmotywować. On jest z tych, których trzeba głaskać po główce i chwalić, żeby coś robili. 2 odmiennie podejścia i może dlatego tak trudno jest mi mu pomóc. Nie chcę mieć partnera bez wykształcenia (/zawodu). O tyle dobrze, że pracuje i sam się utrzymuje. Gdyby nadal żył na garnuszku rodziców (a ma 25 lat) nie wahałabym się dać mu ultimatum - albo kończysz studia, albo koniec z nami. A tak to się tylko nad tym zastanawiam. Z jednej strony może by się w końcu ogarnął, a z drugiej boję się, że kompletnie by się podłamał, wyszłaby z tego wielka kłótnia i koniec związku.
2. Pieniądze. Temat trudny. Wkurza mnie bardzo jego podejście do pieniędzy. I wiem też, że to wynika (znowu) z różnic w naszych charakterach i wychowaniu. On wydaje pieniądze lekką ręką. Nie przejmuje się za bardzo ile ma i czy wystarczy mu do końca miesiąca. Dla mnie to jest szczeniackie, niedojrzałe podejście. Styczeń był naszym gorszym miesiącem jeśli chodzi o wydatki na życie. Dla mnie to nie jest problem jeść trochę gorzej i nie kupować dupereli. Dla niego obiad bez mięsa to nie obiad (nawet nie wyobrażacie sobie jego zdziwienia, kiedy zaproponowałam na obiad warzywa na patelnię z ryżem), ale wiem, że wyniósł to z domu. Od rodziców dostaję 1000 zł miesięcznie. I musi mi to wystarczyć I muszę tak zaplanować wydatki, żeby mi wystarczyło na wszystko. I potrafię tak to rozplanować.  Wystarcza spokojnie na mieszkanie, bilety i życie. I nawet z tego mam na własne przyjemności. Dlaczego więc, mimo że on zarabia tyle samo, nie potrafił odłożyć pieniędzy na prezenty świąteczne oraz na imprezowanie i musiał wziąć pieniądze z wypłaty przeznaczonej na życie w styczniu? A w styczniu musiał zapożyczyć się z wypłaty przeznaczonej na luty? Nie wyobrażam sobie przyszłości z facetem, który nie potrafi gospodarować pieniędzmi. Mam wrażenie, że on po prostu nie dojrzał do dorosłego życia. A nie chcę dzielić mojego z wiecznym nastolatkiem.
Druga sprawa, która mnie denerwuje podejście droższe=lepsze. Okej, są rzeczy na których się nie oszczędza. Ale w wielu przypadkach można kupić coś tańszego, co jest dobrym zamiennikiem droższych rzeczy lub po prostu tanich a dobrych, a w efekcie (jeśli poskładać drobne wydatki do kupy) sporo zaoszczędzić. Ostatnio też zdziwiło i zasmuciło mnie jego podejście do ubrań używanych. Byliśmy w Biedronce i w tych koszach leżało mnóstwo różnych rzeczy (jakieś kolorowe stojaki na noże, dywaniki łazienkowe, kosze na śmieci i milion innych dupereli). Mówię mu, że lubię patrzeć na takie rzeczy, jak jest dużo i kolorowo. A on mi na to: eee nie, mi to się kojarzy jak z lumpeksu jakiegoś, fuj (sic!). Fuj? No super. Jestem ciekawa, co powiedziałby na to, że lubię od czasu do czasu pójść do lumpeksu i znaleźć fajne perełki za grosze. Nie to, że mnie nie stać. Po prostu lubię. (a nawet jeśli nie byłoby mnie stać, to co?) I co powiedziałby na to, że połowa moich ubrań to ciuchy z lumpa. Jak mu powiem to będzie się brzydził mnie przytulić? Będę "fuj"? Teraz aż wstyd mi się do tego przyznać. Serio. Wstyd mi przed własnym facetem. O takie, za przeproszeniem, gówno.
3. Moje całe życie opiera się na planowaniu. Wydatki, wyjścia na miasto, pranie, czy gruntowne sprzątanie. Przykład może głupi, ale ostatnio to mnie denerwuje. Lubię mieć rozplanowany obiad na cały tydzień. Gotujemy razem, obiad jest na dwa dni. Co daje 3-4 na cały tydzień. Ja lubię mieć zaplanowane wcześniej co zrobimy. Pójść wcześniej na zakupy i nie przejmować się, co by tu zrobić z pół kg mielonego i przecieru pomidorowego. Prosiłam go chyba już 10 razy, żeby kiedyś usiadł, włączył stronę z przepisami i poszukał dań, które chciałby zjeść. Jakieś 60% moich propozycji jest odrzucana. Mnie już męczy wymyślanie dań, więc nasz repertuar obiadowy jest dosyć ubogi (chociaż jak rozmawiam z innymi "słoikami" z roku, to i tak jemy naprawdę super), a przynajmniej nie tak urozmaicony, jak bym sobie tego życzyła. I on nie potrafi pojąć dlaczego dla mnie jest to takie ważne.
Rola kobiety w XXI kompletnie mi się nie podoba (a raczej podział ról w obowiązkach domowych). I nie podoba mi się też to, jak zaharowuje się jego mama nie mając wsparcia. Boję się, że taki obraz żony i matki on wyniósł z domu. Póki co to ja ustalam warunki i nie pozwalam sobą pomiatać. Ale nie zawsze mam taką siłę przebicia, żeby wszystko szło po mojej myśli. Z drugiej strony nie chcę mieć faceta pod pantoflem, który byłby na każde moje zawołanie i lizałby mi tyłek, cokolwiek bym nie zrobiła.
Grrr, nawet nie wiecie, jaki mam mętlik w głowie. Z jednej strony jest mi dobrze. Wciąż go kocham, uszczęśliwia mnie, w 95% rzeczy świetnie się dogadujemy, ale to jego podejście do niektórych spraw sprawia, że zastanawiam się, czy to wszystko, co robię ma sens i da się jakoś te jego wady wypracować. A jeśli tak, to jak?
Jestem egoistką i moje szczęście (teraz i w przyszłości) jest dla mnie najważniejsze. Jestem młoda (20 lat), ludzie mnie lubią i jestem ładna (i skromna 😉). Bez problemu znalazłabym sobie kogoś nowego (a jestem typem człowieka, który bardzo, bardzo potrzebuje bliskości). Wiem o tym. Ale wiem też, że chcę tylko M. Tyle że nie wyobrażam sobie tego, żeby w przyszłości wszystko było na mojej głowie. Nie jest też tak, że ma takie niedojrzałe podejście to wszystkiego, nie zrozumcie mnie źle.
Wiem, że powinnam intensywnie pracować nad sobą. A zwłaszcza nad mówieniem o tym, co we mnie siedzi. Bo nawet jeśli tutaj potrafię opisać, co mi nie pasuje, to powiedzenie tego jest dla mnie mega trudne. I wiem też, że on jest chętny żeby pracować nad swoimi wadami, a przynajmniej starać się pracować. Tylko co z tego, skoro nie potrafię mu powiedzieć, co jest nie tak?
I przy okazji, jeśli się kogoś kocha, to nie powinno być to pomimo jego wszystkich wad? A nie "kocham, ale..."? Czy może zawsze w partnerze jest coś, co nie pasuje, co można by zmienić?

Uff, rany, ale się rozpisałam.

Edit: A może po prostu za młoda jestem na poważne związki i myślenie po przyszłości? Może powinnam pozostawić to wszystko losowi i cieszyć się chwilą? Zamiast szukać problemów na siłę?
cavaletti - wybacz, ale swoją wypowiedzią udowodniłaś jedynie, że sama jesteś niedojrzała i bardzo niesprawiedliwa w swojej roszczeniowej postawie wobec partnera. Skoro jesteś egoistką, to dlaczego wymagasz od faceta, żeby odkładał pieniądze? Zarabia, to wydaje, jak mu się podoba. Może dla niego jego szczęście jest najważniejsze, nie pomyślałaś?

PS. Wykształcenie nie równa się zawód.


Breva, nie daj się ponieść nieco "agresywnej" postawie większości wypowiedzi w tym wątku. Mam wrażenie, że dziewczyny podjęły już za Ciebie decyzję rozwodową, a konsekwencje spadną przecież na Ciebie 😉

Daj sobie czas i pozwól sobie myśleć cokolwiek cieplej o tym związku, jak Ci przyjdzie ochota!  🙂
Losse, chyba nie zrozumiałaś. Nie wymagam od niego odkładania pieniędzy. Bo niby z czego? Skoro żyje z pieniędzy przeznaczonych na przyszły miesiąc? Ja od niego nie wymagam, żeby odkładał pieniądze, tylko OCZEKUJĘ, żeby nauczył się tak gospodarować pieniędzmi żebym to JA nie musiała się martwić, czy czasem z moich (moich rodziców) pieniędzy wystarczy nam do kolejnej wypłaty. Może i z tego co napisałam wyszło, że jestem zimną, dominującą suką i do wszystkiego go zmuszam. Zapewniam, że tak nie jest. Tylko po prostu za bardzo szanuję siebie, żeby pozwolić mu wejść mi na głowę.
Generalnie w związku jest super. On na nic nie narzeka. Ja tylko się zastanawiam, co zrobić z jego wadami, które ciężko mi zaakceptować i wolałabym je zmienić. I czy jest sens je zmieniać.

A i wiem, że wykształcenie nie równa się zawód. Dlatego przeczytaj, proszę, Losse, jeszcze raz i zauważ, że przed "zawód" jest ukośnik, co znaczy tyle co "wykształcenie LUB zawód".

I tak myślę, że bez sensu opisywać na forum zaledwie skrawek życia, kiedy czytelnicy nie znają całej sytuacji, bo mogą dojść do wniosków, które niewiele mają wspólnego ze stanem faktycznym. Pojęczałam, wylałam z siebie co chciałam, ubrałam w myśli słowa i czekam tylko na świeże spojrzenie na to wszystko.
cavaletti, w ramach ćwiczeń, zamiast mówić o jego "wadach", mów o "cechach". Po pierwsze to mniej oceniające - nie wszystko da się umiejscowić na skali dobre/złe. Czy spontaniczność jest gorsza od pełnej kontroli? Czy introwertyzm jest lepszy od pełnej otwartości? OK, skrajności są niepożądane.
Po drugie może realniej spojrzysz na możliwość zmian w człowieku. Tak sobie wyobrażam, że chłopak z czasem pewnie nauczy się panować nad swoim budżetem, ale zostanie mu spontaniczność i impulsywność.
Czy jesteście zbyt różni, czy może właśnie komplementarni - któż to wie.

Losse, mnie trochę przestraszył ten hurraoptymizm po decyzji Brevy. Może to jest dobra decyzja. Ale my tu patrzymy na jakiś wycinek, a tam się życie toczy, poważne sprawy dzieją. Zresztą z opisu też nie prześwitywał mi świat w 100% czarno-biały. No i to nie jest zakończona historia przecież. Tylko w książkach materia może nie stawiać oporu.
Dlatego ja od początku piszę w sprawie Brevy - TAKE IT EASY!! To nie jest takie proste i oczywiste i od teraz będzie już tylko lepiej. To nie wakacyjna miłość (a i ją można opłakiwać miesiącami) a małżeństwo. Z ogromnym  ladunkiem emocjonalnym, z uwikłanymi w to rodzicami, pieniędzmi, zobowiązaniami, nadziejami - no koszmar 🙁
Cavaletti, zgodze sie z Losse - powinnas nad soba i postrzeganiem partnera pracowac.
Ja to widze tak - ma 25 lat, sam sie utrzymuje = super. Mysle ze jestescie na takim etapie zwiazku, ze nie masz prawa byc wobec niego rozczeniowa - bo wyobraz sobie, ze on od Ciebie wymaga np zarabiania tyle, zeby bylo was stac na wynajem takiego czy innego mieszkania czy na kredyt - fajnie? Nie.
25 lat do dla faceta poczatek doroslosci. To ze nie mieszka z rodzicami, zarabia na siebie, ma z Toba powazny zwiazek to jest bardzo duzo. Pomijam fakt badawczy, ze przewaznie mezczyzni dojrzewaja w wieku 41 lat w gore 😉
Wyksztalcenie nie rowna sie praca/dobra praca. Moj maz jest polonista, nie pracuje w zawodzie, w ogole trudno mu sie zyciowo okreslic - ale jakim prawem mam sie tego czepiac? Czlowiek ma byc samodzielny i to jest wazne. On nie ma spelniac Twoich ambicji ale swoje.
Faceci ogolnie maja inne podejscie do pieniedzy niz kobiety i musisz sie z tym pogodzic - tak dlugo jak wspolne zobowiazania sa oplacone, dlaczego nie mialby robic z jego pieniedzmi co chce? On zaglada Ci do Twojego portfela i boczy sie jak kupisz sobie jakis krem, ciuch czy cos? Nie sadze, a wrecz sadze ze sam by Ci go chetnie kupil. Dla nich pieniadze sa rzecza nabyta, a nie czyms co nalezy chowac w skarpetach. To jest dla kobiet ciezkie do przyjecia, ale z drugiej strony, po co sie przejmowac?

Wiec wnioski:
1. Wiekszosc facetow to mniejsze lub wieksze dzieciaki - z iloma kobietami bym nie rozmawiala, tak po prostu jest i trzeba sie z tym pogodzic.
2 Wiekszosc facetow ma lekkie podejscie do pieniedzy.
3 Nie wolno Ci zmieniac kogos pod swoje upodobania - wyobraz sobie, ze ktos chce zmienic Ciebie.
4. Zaakceptuj go takim jakim jest. To jest, poza miloscia, podstawowa wartosc tworzaca zwiazek. Przyjmij, ze dojrzeje, ale moze nie zmienic sie w wielkim stopniu czy tak, jakbys tego chciala. Mozna wypracowac kompromisy, i na tym nalezy sie skupic.
5. Badz fair wobec niego, jak i wobec siebie. Nikt nie jest idealny.
6. Takie problemy bedziesz spotykac z KAZDYM jednym/kolejnym mezczyzna. Zastanow sie wiec, czy chce Ci sie konczyc dobra relacje na rzecz kolejnej,"inwestowac" czas w cos, co i tak skonczy sie tak samo - czyli Twoimi oczekiwaniami, ze ktos sie pod Ciebie zmieni.

I takie bardziej konkretne
6. Robienie listy obiadow na tydzien jest moim zdaniem natrectwem. Jesli meczy Cie, ze on sie w to nie angazuje, ustal ze Ty gotujesz dzisiaj, on jutro. Problem z glowy 🙂
7 wspolne wydatki planuj do przodu - np przychodzi jego wyplata, wyklada kase na swoja czesc domu/rachunkow/czy cokolwiek macie ustalone jako wspolne. Moze chcecie kupic cos wspolnego - odkladajcie na to razem po iles tam. Reszta jest jego i pozwol mu robic z tym co on uwaza za sluszne.
8 Pohamuj swoje ambicje wobec niego. To on ma sie czuc dobrze w swojej skorze. Moze wrecz nie powinien konczyc tych studiow, skoro mu nie idzie? Lepiej zastanowic sie jakie ma szanse na prace w tym zawodzie i na tej podstawie niech zdecyduje w ktora strone isc...
9. Jesli uwazasz, ze "wszystko" jest na Twojej glowie, pomysl co to jest konkretnie. Podziel obowiazki i nie zaprzataj sobie glowy "jego" czescia.

Narazie tyle mi przychodzi go glowy... Ide spac 😀
Się mi wydaje, że cavaletti zwyczajnie się boi... przyszłości. Próbuje uparcie rozpisać na uchwytne rzeczy, "konkrety", ale przebija typowo babskie pytanie: czy ON mi będzie wystarczającym oparciem? Niby "dziad jest dziad" jak pisuje dodofon, ale każda kobieta trochę inaczej to w swoim życiu rozwiązuje. Od totalnego trzymania pod pantoflem, bycia niezła jędzą do dziewczęcia/bluszcza czy niewolnicy. Nie należy definiować "jego". Należy sobie samej wyjaśnić co znaczy "wystarczająco", teraz i w przyszłości.
Ja na przykład (to tylko przykład - na ile siebie znam, zawsze lepiej niż kogoś innego - dlatego to "ja"😉 jestem w stanie przełknąć zbyt swobodny stosunek do pieniędzy, nawet moim kosztem - a bujania się z osobnikiem depresyjnym - nigdy w życiu. Bo tak. Jestem w stanie więcej robić na niwie gospodarstwa domowego 🤔, a "wystawienia do wiatru" w sytuacji faktycznej bezradności: zdrowie, poród etc. nie darowałabym. Itd. Idea określania "enough" jest bardzo... inspirująca.
Wiec wnioski:
1. Wiekszosc facetow to mniejsze lub wieksze dzieciaki - z iloma kobietami bym nie rozmawiala, tak po prostu jest i trzeba sie z tym pogodzic.
2 Wiekszosc facetow ma lekkie podejscie do pieniedzy.
3 Nie wolno Ci zmieniac kogos pod swoje upodobania - wyobraz sobie, ze ktos chce zmienic Ciebie.
4. Zaakceptuj go takim jakim jest. To jest, poza miloscia, podstawowa wartosc tworzaca zwiazek. Przyjmij, ze dojrzeje, ale moze nie zmienic sie w wielkim stopniu czy tak, jakbys tego chciala. Mozna wypracowac kompromisy, i na tym nalezy sie skupic.
5. Badz fair wobec niego, jak i wobec siebie. Nikt nie jest idealny.
6. Takie problemy bedziesz spotykac z KAZDYM jednym/kolejnym mezczyzna. Zastanow sie wiec, czy chce Ci sie konczyc dobra relacje na rzecz kolejnej,"inwestowac" czas w cos, co i tak skonczy sie tak samo - czyli Twoimi oczekiwaniami, ze ktos sie pod Ciebie zmieni.

I takie bardziej konkretne
6. Robienie listy obiadow na tydzien jest moim zdaniem natrectwem. Jesli meczy Cie, ze on sie w to nie angazuje, ustal ze Ty gotujesz dzisiaj, on jutro. Problem z glowy 🙂
7 wspolne wydatki planuj do przodu - np przychodzi jego wyplata, wyklada kase na swoja czesc domu/rachunkow/czy cokolwiek macie ustalone jako wspolne. Moze chcecie kupic cos wspolnego - odkladajcie na to razem po iles tam. Reszta jest jego i pozwol mu robic z tym co on uwaza za sluszne.
8 Pohamuj swoje ambicje wobec niego. To on ma sie czuc dobrze w swojej skorze. Moze wrecz nie powinien konczyc tych studiow, skoro mu nie idzie? Lepiej zastanowic sie jakie ma szanse na prace w tym zawodzie i na tej podstawie niech zdecyduje w ktora strone isc...
9. Jesli uwazasz, ze "wszystko" jest na Twojej glowie, pomysl co to jest konkretnie. Podziel obowiazki i nie zaprzataj sobie glowy "jego" czescia.


Ja tak z drugiej strony, ale to też może być chyba dla cavaletti inspirujące. Znam faceta, który nie jest jak większość i szanuje każdą zarobioną złotówkę. W sposób, który mnie trochę momentami przeraża. Mój znajomy pracuje odkąd go znam - a znam ponad 3 lata - po 12 lub więcej godzin od poniedziałku do piątku. Mógłby pracować mniej, ale zależy mu na tym, żeby odłożyć jak najwięcej pieniędzy. Więc oprócz tego, że jego dzień pracy jest dwunastogodzinny, kupuje sobie do jedzenia najtańsze dyskontowe śmieciowe jedzenie, ma te same ubrania od tych x lat. Stać go na wynajęcie kawalerki, ale wynajmuje pokój po taniości, mimo że standard tego pokoju go irytuje i wkurza. Nie muszę chyba dodawać, że wydatki na jedzenie i ten pokój to jego jedyne wydatki, na jakie sobie pozwala? 😉 No, może od czasu do czasu mydło sobie kupi i paliwo kupuje, ale tylko dlatego że auto to jego narzędzie pracy.

Na co mój kolega wydaje te wszystkie pieniądze? Na nic 🙂. Ma aspiracje uzbierać tyle, że "jak się znajdzie ogarnięta dziewczyna, to on będzie mógł sobie kupić mieszkanie albo mieć wkład własny". Tylko że ma już trzydziestkę na karku i żadna ogarnięta dziewczyna się nie znalazła, bo jak niby miałaby się znaleźć, skoro on nawet nie ma czasu fizycznie gdziekolwiek wyjść i kogokolwiek poznać... podejrzewam, że po długim dniu pracy nawet mu się nie chce na portale randkowe wchodzić, mi by się przynajmniej nie chciało 😉

No i niby fajnie, taki zaradny chłop, taki oszczędny... ale ja bym chyba świra dostała z takim podejściem, będąc tą jego "ogarniętą dziewczyną". Mimo że też mam swojego węża w kieszeni i też mam natręctwo planowania obiadów na cały tydzień. Ale bez przesady - życie jest tu i teraz i nikt mi nie obieca, że za rok będę w ogóle żyła. Więc rozumiem ideę oszczędzania, ale nie aż takiego. Oczami wyobraźni widzę, jak ta jego "ogarnięta dziewczyna" kupuje sobie np. nową bluzkę i podkład z MAC-a w galerii handlowej - no chyba by osiwiał z wrażenia 😀

Cavaletti - zastanów się, czy byś nie zastanawiała się wtedy z takim skąpcem, czy znowu z drugiej strony nie przeszkadza Ci, że nigdzie poza lumpem nie możesz sobie nic kupować, bo to wyrzucanie kasy na kupno mieszkania 😉. Czy wtedy też czasem nie brakowałoby Ci oparcia i zrozumienia z jego strony. Można znaleźć faceta super oszczędnego - i wtedy trzeba żyć z tego pełnymi konsekwencjami :P
Losse, ja mam nadzieje, że jak mąż Brevy trochę potęskni, pochodzą na terapie to jeszcze będą razem. I też trochę przeraża to pisanie niektórych od razu o rozwodzie, jakby to już było przesądzone
Kurcze, nie ma to jak romantycznie rozpocząć związek w moim wykonaniu  😜 jesteśmy razem bardzo bardzo króciutko a w tym czasie mój wspaniały mężczyzna zdążył poznać mnie w wersji a) zakatarzona z gilem po pas, dusząca się od kaszlu, nie mająca siły ruszyć ręką ani nogą, b)z jednodniową jelitówką, c) po dobie w pracy bez prysznica, z przyklejonymi do głowy włosami, d) miałam napisać z krwawieniem, ale to bardziej pod krwotok podchodzi  🤔wirek:
na razie jest dzielny  🥂 chciałam dobrze wypaść, ale trudno - będzie życiowo  🥂
u nas to ja jestem ta wydająca pieniądze i roztrzepana, mąż odkłada na wszelki wypadek gdyby coś tam gdzieś tam wypadło, ja tak nie mam z natury niestety 🤔
Mnie wcale nie cieszy to co się dzieje u Brevy, raczej smuci jak bardzo musiała się poczuć skrzywdzona, aby teraz mieć taką awersję do osoby, z którą chciała spędzić życie. Po cichu mam nadzieję, że chłop się ogarnie a Breva ochłonie, emocje opadną i szczęśliwie się skończy.

Co do chłopów i ich podejścia do kasy to są tak  samo różni jak my i nie zgodzę się, że każdy ma lekką rękę. Mój niedoszły miał manię dzielenia na kupeczki, planowania, oszczędzania (nie był sknerą). Wydzielał ile z pensji ma być odłożone np. na ślub a ile ma na szaleństwa: kino, restauracje itp. Z takim facetem czułam się baardzo bezpiecznie i komfortowo. Ja mam podobne podejście do kasy i nigdy na tle finansów nie było najmniejszego zgrzytu. Były jasne ustalenia jak finansujemy nasze wspólne wydatki a jak jedno (ja) miałam problem z kasą na swoją część to bez problemu dołożył więcej od siebie z kupki rozrywka.
Z P na tym tle mamy zupełnie inne podejście i zgrzyty. Stąd moje obawy czy nie zrezygnować z ślubu. Nie umiem żyć z dnia na dzień nie zastanawiając się za co zapłacę rachunki za miesiąc i na zasadzie "jakoś to będzie". Jakoś mu  się udaje, ale ja mam obawy i stres za każdym razem jak zbliża się termin zapłaty r-nku.

Gillian, trzymam kciuki, żeby było tylko lepiej.
cavaletti, Czy Twój M. chodzi na psychoterapię, bierze leki? Problem z nauką/ motywacją to czasem konsekwencja depresji. A depresja to cholerstwo które leczy się bardzo długo.
cavaletti, rozumiem Twoje podejście do studiów, mnie to zawsze dziwi, że ludzie robią po 3 podejścia do jednego semestru i nie mogą zaliczyć (nie mówoię tu o jakiś poblemach dużych, tylko o problemie z koncentracją czy zwykłym lenistwie) - trzeba wziąć się w garść i albo podjąć męską decyzję o rzuceniu studiów albo zacisnąć zęby i iść dalej. Studia może nie zawsze dają prace, ale życie w takim studenckim zawieszeniu mnie by też irytowało 😉 On płaci za te studia?
bera7, D+A luz. Małżeństwo to super sprawa! Mówię Wam 🙂 U nas ślub nie był tylko papierkiem i imprezką. Dla nas to coś więcej, kolejny etap we wspólnym życiu, coś magicznego i szczególnego. Z przyziemnych rzeczy nie zmieniło się nic (oprócz wymiany dokumentów), ale oboje czujemy coś, co jest dla nas bardzo ważne.
Dla każdego ślub znaczy coś innego.

Ja cieszę się, że u Brevy się zadziało, że L. się wyprowadził. Lepiej jest ocenić sytuację na chłodno. Można zatęsknić lub poczuć się 100x lepiej bez drugiej połówki. Mam nadzieję, że wszystko ułoży się jej jak najlepiej!
Gillian no to skoro cię już widział w takich niekorzystnych stanach to super, masz ten stres za sobą 😀 I skoro się nie zraził to pewnie możesz się przy nim czuć w 100% swobodnie. 🙂

A u nas to ja byłam tą, która wydawała pieniądze jak leci z wypłaty i potem się musiała zapożyczać u niego. 😁 Teraz jak mam o wiele mniej tych środków to uczę się oszczędzania i coraz lepiej mi wychodzi. Przynajmniej wiem, gdzie tracę te pieniądze, bo wcześniej to było tak, że mi się po prostu rozpływały w powietrzu, nie wiadomo gdzie. 😂 Nie wiem jak to będzie jak będziemy mieszkać razem, bo on to też superekstraoszczędny nie jest i odłożone nie ma nigdy nic. Ale myślę, że jak sytuacja się zmieni, wejdziemy na ten inny etap to i gospodarka pieniędzmi się zmieni, bo póki co nie mamy po prostu wspólnych wydatków, więc to zupełnie co innego. 😉
Cavaletti siedzę z kawą i mam wolne od dziecka, to poskrobię. to moja opinia a nie jedyna prawda objawiona 😁
1. Nie może skończyć studiów. Robi już trzecie podejście do 7 semestru i chyba nie będzie to ostatnie. Przedtem wynikało to z jego problemów z poprzednią dziewczyną, potem przeżywał bardzo rozstanie, chorował na depresję. Okej, jestem w stanie to zrozumieć. W zeszłym roku w czerwcu zakończył leczenie w szpitalu i mogło się wydawać, że wyjdzie na prostą. Rodzina i znajomi twierdzili, że uda mu się, bo ja dodaję mu skrzydeł. A ja widzę, że on wraca do tego, co było kiedyś. Temat studiów jest bardzo, bardzo drażliwy. Ja nie potrafię go zmotywować, on sam też tego nie potrafi. Dla mnie porządny kop w dupę to najlepszy sposób żeby się zmotywować. On jest z tych, których trzeba głaskać po główce i chwalić, żeby coś robili. 2 odmiennie podejścia i może dlatego tak trudno jest mi mu pomóc. Nie chcę mieć partnera bez wykształcenia (/zawodu). O tyle dobrze, że pracuje i sam się utrzymuje. Gdyby nadal żył na garnuszku rodziców (a ma 25 lat) nie wahałabym się dać mu ultimatum - albo kończysz studia, albo koniec z nami. A tak to się tylko nad tym zastanawiam. Z jednej strony może by się w końcu ogarnął, a z drugiej boję się, że kompletnie by się podłamał, wyszłaby z tego wielka kłótnia i koniec związku.

pogrubione bardzo mnie niepokoi. wieje mi z tego strasznym zadzieraniem nosa, bo bez studiów to człowiek-śmieć. mój Mariusz tez miał podejścia do studiowania, zawsze go to nudziło po jakimś czasie i olewał. wolał pracować. mogę powiedzieć, że jest wybitnym handlowcem, takim co by gówno w papierku sprzedał, dodatkowo bez szkoły prowadzi jakieś 8 lat swoją firmę z mniejszymi sukcesami, ale prowadzi. nie ciągnęło go do wykształcenia. nie zostawiłabym go z tego powodu, że nie ma studiów, bo można być fachowcem bez wyższego wykształcenia.
może Twój mężczyzna tak samo, nie chce studiować? woli pracować po prostu? a nie chce zrezygnować, bo wie, że spotka się z dezaprobatą Twoją i rodziny, a tak naprawdę by to w cholerę rzucił?

czy każdy musi mieć magistra? w moim odczuciu-nie. i nie wiem za bardzo dlaczego Tobie tak na tym zależy, wstyd mieć faceta z maturą?  🙁
ja bym szczerze mu powiedziała, że mam w nosie jego wykształcenie, bo widzę, żę mu nie leży i okazałabym wsparcie przy rezygnacji. może nie czując presji podjąłby decyzję zgodną ze sobą a nie z presją otoczenia?

2. Pieniądze. Temat trudny. Wkurza mnie bardzo jego podejście do pieniędzy. I wiem też, że to wynika (znowu) z różnic w naszych charakterach i wychowaniu. On wydaje pieniądze lekką ręką. Nie przejmuje się za bardzo ile ma i czy wystarczy mu do końca miesiąca. Dla mnie to jest szczeniackie, niedojrzałe podejście. Styczeń był naszym gorszym miesiącem jeśli chodzi o wydatki na życie. Dla mnie to nie jest problem jeść trochę gorzej i nie kupować dupereli. Dla niego obiad bez mięsa to nie obiad (nawet nie wyobrażacie sobie jego zdziwienia, kiedy zaproponowałam na obiad warzywa na patelnię z ryżem), ale wiem, że wyniósł to z domu. Od rodziców dostaję 1000 zł miesięcznie. I musi mi to wystarczyć I muszę tak zaplanować wydatki, żeby mi wystarczyło na wszystko. I potrafię tak to rozplanować.  Wystarcza spokojnie na mieszkanie, bilety i życie. I nawet z tego mam na własne przyjemności. Dlaczego więc, mimo że on zarabia tyle samo, nie potrafił odłożyć pieniędzy na prezenty świąteczne oraz na imprezowanie i musiał wziąć pieniądze z wypłaty przeznaczonej na życie w styczniu? A w styczniu musiał zapożyczyć się z wypłaty przeznaczonej na luty? Nie wyobrażam sobie przyszłości z facetem, który nie potrafi gospodarować pieniędzmi. Mam wrażenie, że on po prostu nie dojrzał do dorosłego życia. A nie chcę dzielić mojego z wiecznym nastolatkiem.
Druga sprawa, która mnie denerwuje podejście droższe=lepsze. Okej, są rzeczy na których się nie oszczędza. Ale w wielu przypadkach można kupić coś tańszego, co jest dobrym zamiennikiem droższych rzeczy lub po prostu tanich a dobrych, a w efekcie (jeśli poskładać drobne wydatki do kupy) sporo zaoszczędzić. Ostatnio też zdziwiło i zasmuciło mnie jego podejście do ubrań używanych. Byliśmy w Biedronce i w tych koszach leżało mnóstwo różnych rzeczy (jakieś kolorowe stojaki na noże, dywaniki łazienkowe, kosze na śmieci i milion innych dupereli). Mówię mu, że lubię patrzeć na takie rzeczy, jak jest dużo i kolorowo. A on mi na to: eee nie, mi to się kojarzy jak z lumpeksu jakiegoś, fuj (sic!). Fuj? No super. Jestem ciekawa, co powiedziałby na to, że lubię od czasu do czasu pójść do lumpeksu i znaleźć fajne perełki za grosze. Nie to, że mnie nie stać. Po prostu lubię. (a nawet jeśli nie byłoby mnie stać, to co?) I co powiedziałby na to, że połowa moich ubrań to ciuchy z lumpa. Jak mu powiem to będzie się brzydził mnie przytulić? Będę "fuj"? Teraz aż wstyd mi się do tego przyznać. Serio. Wstyd mi przed własnym facetem. O takie, za przeproszeniem, gówno.


dużo osób, głównie mężczyzn ma do lumpów uraz. mój mariusz też uważał to za obrzydliwe, sam do lumpa nie pójdzie. ale kiedyś kupiłam mu bluzę i zaczął nosić, bo była fajna. wzięłam go sposobem: nie powiedziałam, że jest z lumpa. po kilku dniach noszenia dopiero się dowiedział. nie zdarł z siebie z krzykiem. jak dla mnie Twój wstyd to ogromny brak pewności siebie i poczucia własnej wartości. ja bym powiedziała, ze lubię w lumpach kupować, może podyskutowała na ten temat. a Ty bardzo się boisz jak on Ciebie oceni. Gdybyś była dość pewna siebie-nie bałabyś się tej oceny.
co do pieniędzy-zastanów się, bo raczej podejście do finansów mu się ... nie zmieni  🙁

3. Moje całe życie opiera się na planowaniu. Wydatki, wyjścia na miasto, pranie, czy gruntowne sprzątanie. Przykład może głupi, ale ostatnio to mnie denerwuje. Lubię mieć rozplanowany obiad na cały tydzień. Gotujemy razem, obiad jest na dwa dni. Co daje 3-4 na cały tydzień. Ja lubię mieć zaplanowane wcześniej co zrobimy. Pójść wcześniej na zakupy i nie przejmować się, co by tu zrobić z pół kg mielonego i przecieru pomidorowego. Prosiłam go chyba już 10 razy, żeby kiedyś usiadł, włączył stronę z przepisami i poszukał dań, które chciałby zjeść. Jakieś 60% moich propozycji jest odrzucana. Mnie już męczy wymyślanie dań, więc nasz repertuar obiadowy jest dosyć ubogi (chociaż jak rozmawiam z innymi "słoikami" z roku, to i tak jemy naprawdę super), a przynajmniej nie tak urozmaicony, jak bym sobie tego życzyła. I on nie potrafi pojąć dlaczego dla mnie jest to takie ważne.

może zamiast proponować po prostu coś ugotuj? ja bym oszalała z takim planowaniem 😉 niestety ale wspólne życie polega właśnie na wkurzaniu się na takie pierdoły, które po wspólnym zamieszkaniu dopiero wychodzą. zastanów się, czy możesz iść na kompromis i olać sprawę czy jest to zbyt ważne i nie chcesz z tego rezygnować.

I wiem też, że on jest chętny żeby pracować nad swoimi wadami, a przynajmniej starać się pracować. Tylko co z tego, skoro nie potrafię mu powiedzieć, co jest nie tak?

jeśli bedziesz milczeć-nigdy nie dojdziecie do porozumienia.

I przy okazji, jeśli się kogoś kocha, to nie powinno być to pomimo jego wszystkich wad? A nie "kocham, ale..."? Czy może zawsze w partnerze jest coś, co nie pasuje, co można by zmienić?
kiedyś niektóre wady urosną do rangi dramatu albo zaczniesz je olewać. nie istnieją związki w których wszystko by pasowało obu stronom, żyć razem też trzeba się nauczyć, ja się ciągle uczę, bo często nie umiem odpuścić i pyszczę, mimo, że to pierdoła. i to zupełnie normalne, że masz takie przemyślenia. tylko brakuje mi tu stwierdzenia "ja również staram się pracować nad moimi wadami". jeśli dwoje ludzi chce-po pewnym czasie da sie osiągnąć kompromisy i pewne rzeczy przepracować. masz 20 lat, malutko, powinnaś cieszyć się życiem, odpuścić trochę tej wiecznej kontroli swojego życia, planowaniu itp. ale wiem, że... nie zawsze się da odpuścić i wyluzować, bo to typ charakteru a nie chwilowa reakcja.
Isabelle, ale Twój Mariusz ma zawód i to całkiem konkretny, z tego co wiem 😉 Nie chodzi u cavaletti, tylko o wykształcenie, tak mi sie wydaje.

Z lumpami też w sumie nie rozumiem problemu, jak mojemu się coś by nie spodobało gdzie kupuję to i tak bym tam kupowała i się nim nie przejmowała, chyba, że by mi powiedział, że w czymś źle wyglądam 🙂
Cricetidae,  on nie ma zawodu. zawsze kochał się mechanice i dłubał sam, jak się zdarzylam ja z domem z halą 300 metrów to postanowił spełnić marzenia o własnym warsztacie i zaczął pracować. głównie jako szef, uczac się od mechanika speca, którego zatrudnialiśmy. nauczył się z czasem i teraz sam dłubie, on jest najlepszy w elektronice, komputerach itp. ale nie skonczył żadnej szkoły, ma tylko ogólniak z maturą. dopiero później zaczął się we własnym zakresie uczyć sam od innych zawodu.

Dla niego obiad bez mięsa to nie obiad (nawet nie wyobrażacie sobie jego zdziwienia, kiedy zaproponowałam na obiad warzywa na patelnię z ryżem), ale wiem, że wyniósł to z domu.


I bardzo mądrze go w domu nauczyli, białko jest ważne w diecie ( i jeśli nie mięso to trzeba go dostarczyć inaczej żeby obiad był wartościowy i treściwy) i facet zawsze potrzebuje większego obiadu niż kobieta. Sory nie dziwie się, że był zdziwiony, że ma mu starczyć ryż z warzywami bo na potrzeby dorosłego mężczyzny to raczej przekąska 😉
I trochę nie rozumiem Twojego ofukania na fakt, że Ty chciałabyś urozmaicone obiady i prosisz go o szukanie przepisów gdy wiesz, że jemu to nie robi różnicy i nie zależy na tym. Nie każdego faceta fascynuje kuchnia mimo, że lubi dobrze zjeść. W takich przypadkach łatwiej raczej przetestować samej po prostu proponując różne obiady aż dojdziecie do wspólnego, odpowiadającego gustowo menu 🙂

a ja dostrzegam kilka minusów, które sprawiają, że nie wiem, czy chciałabym spędzić z M resztę życia (albo inaczej. chciałabym, ale bez tych jego kilku wad)


IMO Chcieć spędzić z kimś resztę życia to być świadomym i akceptować różne cechy człowieka. Jeśli piszesz, że chciałabyś ale bez kilku jego wad (które odnoszą się do istotnych sfer życia a nie jakieś pierdoły) to w istocie nie chciałabyś z NIM tą, konkretną osobą tylko Twoją wyidealizowaną wersją M.
Chyba najtrudniejszą rzeczą jest nauczyć się żyć razem i pozbyć się wszelkich wymagań. Mój facet taki jest - ja naprawdę nie czuję żadnego warunku z jego strony. Ani co do mojego wykształcenia, rodzaju pracy, pensji, spędzania wolnego czasu, znajomych... no NIC, dla niego wszystko jest zawsze w porządku. Mówi tylko żebym była dla niego miła 😁 Ja się tego musiałam długo uczyć i nadal się uczę, trudno czasem przeżyć, że on woli A a mi bardziej pasuje do niego B. Jasne, czasem proszę go o radę np. w zawodowych sprawach, on mnie też często prosi o zdanie jak ma rozterki. Ale finalnie są to nasze autonomiczne decyzje.
Wiadomo, wyłączam tu sprawy typu nałóg, zaniedbywanie  czy wszelkie patologie typu przemoc/poniżanie. Ale to, że nie podoba mu się, że kupuję w lumpeksach? Czy że nie chce planować obiadów na tydzień do przodu? To są BŁAHOSTKI. Lepiej teraz sobie odpuścić walczenie o takie pierdoły i skupić się na tym, co fajne, niż zniszczyć udany związek.
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się