Tunrida a gdybyś go nie kochała, tylko byś była w tym związku z jakichś egoistycznych pobudek, bo tak ci pasuje...? Też byś chciała się dla niego zmienić (co na pewno nie było łatwe) czy wybrałabyś prostszą i wygodniejszą dla ciebie drogę "jestem jaka jestem, a jak ci się nie podoba, to spadaj" ewentualnie byś bardzo przepraszała i obiecywała, że nigdy więcej, a potem byś za jakiś czas robiła to samo? Oczywiście pytanie retoryczne, ale duże prawdopodobieństwo, że raczej ta druga opcja. Tak czy inaczej wszystko sprowadza się do jednego - miłość jest kluczem. 🙂
Jara - ja sama jestem z bardzo zimnego emocjonalnie domu, gdzie uczuć się nie okazywało. W ogóle. Nie jestem do dziś okazem otwartości emocjonalnej, ale jak kogoś kocham, to umiem to pokazać i o tym powiedzieć. Mało tego, po trzydziestu latach nauczyłam moich zamkniętych w sobie rodziców, że można to robić - i ludzie po sześćdziesiątce zaczęli np. chodzić trzymając się za ręce, czego nie robili nigdy odkąd pamiętam.
No to strasznie się cieszę, że Tobie się udało. Nie każdemu jednak się udaje. I tak, takie rzeczy tym, którym to jednak naturalnie nie przyszło przepracowuje się u psychologa lub terapeuty.
Te wszystkie teksty, że miłośc wszystko wybaczy i uczucia same się okazują jak si tylko kocha - jak się nie jest z dysfunkcyjnej rodziny to jest to piękne, oczywiste i cukierkowe
Murat Gazon- masz rację! Miłość najważniejsza. Jeśli jest i jeśli naprawdę nam zależy, to wiele można zmienić. I czepianie się, że: czepia się, że za gruba, nie chce mu się kąpać co dzień, nie przeniósł ciuchów, nie umie okazywać uczuć- to czepianie się powierzchowności- którą można zmienić. Można zmienić, wyuczyć. Dlatego uważam, że jeśli Breva KOCHA ( a tylko ona wewnątrz siebie wie czy kocha czy nie kocha) powinna dać mu szansę, zanim znów podejmie pochopną decyzję i się rozwiedzie. A szansę jaką mu da, dobrze właśnie dać podczas terapii, bo dzięki temu będzie ktoś z boku, kto "przypilnuje", żeby koleś znów tej szansy nie zmarnował i nie olał, tylko NAPRAWDĘ spróbował. Ostatni raz. Właśnie z pomocą kogoś z boku. Teraz albo nigdy.
Tunrida oczywiście, że tak - jeśli kocha, to powinna. Dopóki człowiek kocha, to robi wszystko, żeby związek trwał, nawet jeśli jest niemożliwie trudny i najeżony wybojami. Problem tylko polega moim zdaniem na tym, że miłość nie może trafiać w próżnię. Jeśli się kocha kogoś, kto tego nie odwzajemnia, ale wręcz przeciwnie, ma wobec nas postawę roszczeniową i traktuje jak swoją własność, z którą można zrobić, co się chce - to taka sytuacja zabija miłość. I potem już jej nie ma, a wtedy nie ma co ratować. Dlatego mam wrażenie, że tu kryje się swego rodzaju paradoks - walka o trwanie związku z kimś, kto nas nie kocha, powoduje, że i my przestajemy kochać. Nie ma siły, to musi być odwzajemnione, żeby działało.
Jara ja jestem z dysfunkcyjnej rodziny. Swego czasu BARDZO dysfunkcyjnej, choć na szczęście najgorsze demony już za nami. I oczywiście wiem, że u różnych ludzi jest inaczej, ale - przynajmniej mnie w najgorszych momentach trzymała psychicznie wiara w takie "cukierkowe" prawdy. Że jednak ta miłość istnieje i że potrafi mniej lub bardziej dosłownie "uratować" człowieka. Potem po równie BARDZO dysfunkcyjnym małżeństwie nadal widzę, że gdyby nie ta wiara, której eks mi nie zdołał odebrać, to dziś byłabym zamkniętą w sobie cyniczną suczą. A nie jestem. Dlatego myślę, że owszem, masz rację, że nie każdemu się udaje - ale każdemu może. Tylko dlaczego może, a się nie udaje - to już nie jest temat tej rozmowy.
tunrida to u mnie było podobnie, tylko role są odwrotne 😉
Gdybym nie kochała, to dawno bym odeszła, no ale nie mogę. Odruchy ciężko zmienić, ale jeśli się wyraźnie pokaże granicę pomiędzy dozwolonym: kochanie przestań a spierdalaj to może być różowo. Po prostu trzeba się dogadać co wolno a co nie. Nazywanie kogoś "ciulu" dla mnie na wydźwięk negatywny i poniżający, a dla mojej połówki to synonim nieporadnego osobnika, ale ma pozytywną konotację. Dogadaliśmy to i jest ok.
I tak, wierzę, że jeśli się do kogoś miętę czuje, to dąży się do dotyku, pocałunków, okazywania czułości. KG nie mają znaczenia (w większej mierze oczywiście). I nie pomoże stwierdzenie, że faceci to wzrokowcy.
Okazywanie uczuć i dbanie o potrzeby drugiej osoby powinno być oczywiste, chociaż jestem w stanie uwierzyć, że niektórzy, zwłaszcza po przejściach mogą mieć z tym problem. Mój P. na przykład nie przepada za okazywaniem czułości w miejscach publicznych, kiedy ma gorszy humor i coś mu nie pójdzie w pracy, jest zmęczony itd., też jakoś nie zbiera mu się na pieszczoty. Staram się go rozumieć i nie zmuszać do niczego, ale też mówię mu, że potrzebuję czułości, że jestem z tych osób, które cały czas muszą czuć bliskość z partnerem. Zrozumienie musi działać w dwie strony, ja szanuję jego odczucia i potrzeby, a on szanuje moje, nie musimy żebrać o odrobinę uwagi, w razie czego jasno komunikujemy sobie o co nam chodzi.
Odnosząc się już do sytuacji Brevy, wszystko "fajnie", facet niby się stara, niby chce walczyć, ale moim zdaniem tylko dlatego, że czuje, że grunt osuwa mu się spod stóp i może stracić pewnego rodzaju poczucie stałości, wszystko będzie musiał budować od nowa, chodzić dookoła jakiejś (być może nowej) kobiety, starać się ułożyć ją odpowiednio do swoich potrzeb itd., a w obecnej sytuacji nie musi już dokonywać aż tak wielkich wysiłków. Ja się tylko zastanawiam, skoro na samym początku małżeństwa tak to wygląda, że już muszą walczyć o jego utrzymanie, kiedy przecież powinien to być czas nowych motylków w brzuchu, ponowny rozkwit uczucia (tak mi się przynajmniej wydaje 😉 ), to jak sprawa będzie wyglądała za kilka lat, kiedy (w większości związków) zaczyna opadać euforia, a zastępuje ją szara codzienność? Czytając opisy powyżej mam wrażenie, że to doświadczenia kobiety po 10 latach małżeństwa, a nie zapiski z życia nowożeńców...
Piotrek nie potrafił okazywać uczuć. Nie wiedział, że fajnie jest przytulić i znienacka pocałować ukochaną osobę. I wyniósł to z domu. Przepracowałam to z nim, ale jak byłam 2 tyg z jego rodzinką na wakacjach, to wiem, że nie miał skąd tego wynieść. Więc faktycznie dużo daje sposób wychowania.
Odnosząc się już do sytuacji Brevy, wszystko "fajnie", facet niby się stara, niby chce walczyć, ale moim zdaniem tylko dlatego, że czuje, że grunt osuwa mu się spod stóp i może stracić pewnego rodzaju poczucie stałości, wszystko będzie musiał budować od nowa, chodzić dookoła jakiejś (być może nowej) kobiety, starać się ułożyć ją odpowiednio do swoich potrzeb itd., a w obecnej sytuacji nie musi już dokonywać aż tak wielkich wysiłków.
Breva, to pewnie zaboli, ale może on się stara i próbuje, bo pasujesz mu jako "żona"? Do jego idealnego obrazka ciepłego domu, który tyle z siebie daje a tak niewiele oczekuje w zamian. Może uważa, że w jego wieku już wypada mieć żonę, a może jest typem, który może mieć żonę i inne kobiety na zaspokojenie męskiego ego jeśli żona go nie pociąga..? Szkoda, że tego się nie dowiemy.
zastanawiam się co by Brevowy mąż zrobił, jakby zdarzyło się dziecko. po porodzie da się wrócić do formy, ale nie od razu. cycki jak pończochy z piaskiem, brzuch-zmarnowany flaczek, jakieś szwy, hemoroidy i inne cuda wianki. często tak wygląda ciało kobiety od razu po porodzie, chociaż przez czas połogu. nie przytulałby jej, bo jest obrzydliwa? z sali porodowej by uciekł, bo dziecko obślizgłe i całe pomarszczone?
Isabelle pewna dziewczyna opowiadała mi o swoim byłym. Zaszła z nim w ciążę, nieplanowaną i na pewno przez niego niechcianą. W trakcie porodu dostała krwotoku, były jakies straszne komplikacje. Dziecko zmarło. Jeszcze w szpitalu gdy jakoś dochodziła do siebie, facet jej powiedział że go obrzydza. Puenta chyba zbędna. W każdym razie jakoś się z tego wygrzebała...
Wiecie co, ja też jestem z dysfunkcyjnej pod pewnymi wzgledami rodziny, u mnie w domu NIGDY nie było przytulania, całowania, mówienia miłych rzeczy, okazywania uczuć. Żadnej spontanicznej manifestacji radości, niczego po prostu. I w dodatku same baby w domu, nigdy nie widziałam, żeby moja mama okazała ciepło mężczyźnie. A jednak mimo tego ja to potrafię. Na początku było trochę nieswojo, ale kurcze. Człowiek po prostu czuje, że chce i powinien się przytulić czy cmoknąć. To się wie z siebie ze środka. A jeśli są problemy z okazywaniem uczuć czy wstydem przed kontaktem to trzeba to ze sobą ćwiczyć, robić to tak długo aż stanie się całkiem normalne. Wiem co mówię w tym przypadku 🙂
Gillian, to jest bardzo trudne i ja bym z drugiej strony radziła nie robić nic, żeby siebie samej nie nadużyć. Jeżeli ma się strach przed bliskością, to trzeba to przepracować, ale uważnie, delikatnie, po woli. Nie zmuszać się do niczego, bo nie tędy droga.
Ja się zmuszałam. Stałam obok chłopaka z rękami w kieszeniach, bardzo czułam, że chcę coś zrobić ale nie. Bo jak to. Więc po stoczeniu wojny w głowie robiłam to na siłę, po to, żeby przezwyciężyć swoje świry. I bardzo pomogło, problem zniknął w większości. Czasem zdarza mi się zawahać jeszcze, ale ogarniam. Btw, u mnie nadal trwa rzyganie tęczą przerwane dziś małym tornadem po którym nie wiem zupełnie co myśleć :/ tzn nie, wiem co myśleć i co trzeba zrobić NO ALE. Zawsze jest jakieś ale. Czemu zawsze tak jest, że aby coś zyskać trzeba coś stracić? i czemu nie można wiedzieć z góry, że wybrało się dobrze? 😵
Ja kiedyś miałam ogromny, a teraz mam średnio-duży problem z okazywaniem uczyć po.... 4,5 roku związku. Już potrafię złapać za rękę, przytulić się i (trochę z problemami :hihi🙂 powiedzieć kocham. Łatwiej mi napisać. Dalej mam trudności w mówieniu o emocjach i uczuciach więc albo mówię spod koca albo dukam, a druga strona odgaduje na zasadzie kalamburów. Ewentualnie mówię bardzo powoli po jednym słowie 😁 Ale się STARAM 😡
ehh ja to naprawdę rozumiem. że można mieć trudność jak w domu nie było różowo. ALE po pierwsze- też nie miałam sielankowego dzieciństwa, też moi rodzice się rozwiedli i to w takiej atmosferze że szok. moja mama była w ośrodku leczenia depresji po tym jak chciała się targnąć na swoje życie, ojciec wtedy odszedł i miałam tydzień taki że pomagałam ojcu się wyprowadzić i zabrać wszystkie rzeczy z naszego rodzinnego domu wiedząc że za chwilę muszę do tego pustego domu przywieźć matkę z myślami samobójczymi. i ogarnęłam. po drugie - to jest to, można nauczyć się okazywania miłości np. od drugiej osoby - a ja serio kochałam bezwarunkowo, dając czas, przestrzeń i ciągłe przejawy miłości żeby pokazać że tak się da i można. I nie zadziałało a ja nie mam siły szukać innych sposobów, albo znosić shitów spowodowanych jego dzieciństwem bo też nie ja jestem za to odpowiedzialna. no i po trzecie i najważniejsze - tak, może po terapii (po latach terapii dodajmy) mógłby zrozumieć i się zmienić. i może gdybym nadal kochała i mi zależało to bym wytrwała jeszcze ten hardcore (bo terapia jest hardcorem i rozwala człowieka na jakiś czas żeby mógł się poskładać na zdrowszych zasadach), i przez kolejne lata znowu wspierała, niańczyła, starała się i przejmowała na siebie wszystko żeby on mógł się zająć sobą i swoimi demonami - bo tak by było. tylko dochodzimy do sedna - nie mam na tyle siły i miłości żeby się z tym mierzyć.
a tak w ogóle to przed chwilą rozmawiałam z nim przez telefon (bo na żywo nie miałam siły). powiedziałam że chcę żeby się jeszcze dzisiaj wyprowadził. oczywiście zaczął przekonywać że on chce, że naprawimy, że terapia, itp. ale byłam nie ugięta. więc zaczął że jak mogę tak nagle, że czemu jestem taka uparta i czemu mu ciągle wypominam te rzeczy które zrobił. że on mnie kocha i mu zależy i chce żeby się ułożyło. ale ja już nie mogę. miarka się przebrała.... więc dla mnie koniec. dzisiaj ma się wyprowadzić (i mam nadzieję że to zrobi), i powiedziałam że zobaczymy. MOŻE jak go nie będzie to mnie trzaśnie, zatęsknię, będę chciała wrócić. ale na razie do szału doprowadza mnie sama jego obecność.
efekt? nagle przestała mnie boleć głowa, która nie przestawała boleć od tygodnia, a od paru dni już nie wiedziałam co ze sobą zrobić żeby przestała. i mimo całego shitu i mega stresującej rozmowy, wzięłam głęboki oddech i się mimowolnie bardzo szeroko uśmiechnęłam.
zobaczymy co się stanie, ale coś musiałam zrobić...
I słusznie Brevva. Niech on mieszka gdzie indziej, a Ty żyj na razie sama. I zobaczysz jak się będziesz czuła. Brawo. Słuszna decyzja. ( ja pisałam, że dałabym najpierw szansę terapii, a dopiero potem separacja. Ale jeśli czujesz, że zbyt wiele szans już dawałaś, to rób separację. I zobaczysz...)
Breva :kwiatek: tak jak pisze tunrida- zobacz jak Ci teraz będzie, jak się z tym wszystkim czujesz, potem oceń skutki terapii i zdecyduj-pamiętaj, ani separacja ani rozwód to nie koniec świata- to może być początek czegoś po prostu innego🙂
Breva Coś tak czuję, że to najlepsza decyzja, jaką mogłaś podjąć i teraz dopiero będziesz mogła poczuć co to życie na własny rachunek, dla własnej satysfakcji. Powodzenia! :kwiatek:
Skoro tak się nie może przekonać do Waszego mieszkania i tęskni za własnym domem to niech teraz nie robi cyrków, że ma taki problem z wyprowadzką. Breva trzymam kciuki żebyś sobie poradziła z tą sytuacja i wybrała najlepsze dla Ciebie rozwiązanie! Nie ma co się męczyć całe życie z facetem przez pochopny ślub. :kwiatek:
Breva, podjęłaś decyzję i wprowadziłaś ją w życie. I Twoje ciało Ci za to podziękowało =) Ciało naprawdę wiele mówi, słuchaj go i słuchaj SIEBIE. I dąż do tego, żebyś czułą się szczęśliwa =)
Breva, jesteśmy z Tobą! Poczuj w końcu jak odddychasz 😎
Zgadzam się w zupełności! Oby rzeczywiście się wyprowadził, a jeśli nie - bądź konsekwentna! Jak będzie stawiał opór to większość re-volty przyjedzie go przetransportować 😀 Odpocznij od niego, jego fochów, pobądź sama ze sobą i nie zmuszaj do rozmyślań i kalkulacji - wnioski przyjdą same 🙂
Breva, brawo! Życzę ci dużo siły, wiem że ciężko się rozstać po długim czasie bycia ze sobą (nawet jeśli w praktyce to było obok siebie) - ale zawsze warto robić to, co jest dla ciebie (nie dla innych!) najlepsze :kwiatek: