Breva mi w tydzień zaczęły wypadać włosy, brwi(!!!), wszystko przestało mi smakować, przestałam tolerować kawę, którą przecież tak uwielbiam.. i inne bajery.
[b]Quendi[/b] trzymaj się :kwiatek: Breva według mnie to dzieje się m.in dlatego, że to nie pierwszy raz i zdajesz sobie z tego sprawę, czujesz się skrzywdzona i podświadomie nie chcesz się krzywdzić już dlatego unikasz bliższego kontaktu. Trzymam kciuki, aby ułożyło się tak żeby Ci było dobrze, czy z nim czy bez :kwiatek:
U mnie kolorowo, ale jak się ma odpowiednią osobę u boku to jest jak należy, lubię wielkie LOVE po kłótniach i w ogóle wszystko uwielbiam w tym moim chłopcu on chyba nie ma wad, chociaż nie no jakieś pewnie ma, ale takie mikrowady 😁
Tak sobie mysle, ze Twoj maz to kopia mojego ojca, chociaz w troche lepszym wydaniu. Moj ojciec w niestabilnych sytuacjach na rzesach stawal, a jak sytuacja sie stabilizowala to znowu zone mial glupia. Po wszystkich w rodzinie dzwonil i blagal o pomoc, kiedy sie wyprowadzila.. Obiecywal poprawe (bo dobrze wiedza te typy, jakie sa) A jakby wrocila znowu bylaby workiem treningowym... to sa osobowosci, jak ja to nazywam, psychopatyczne, i im z tym dobrze. Potrzebuja kogos slabszego do odreagowywania zyciowych frustracji...
nerechta, nie, ani Jonasz ani Voll, chociaż do Volla w wydrukach trochę podobne😉 kurcze jak dzisiaj nie padnę ze stresu po tej terapii to dokończę stronę i podeślę Ci linka😉 tylko właśnie tego urządzenia jeszcze nie opisałam:/
a co do L ciekawe rzeczy piszesz... tu jest dokładnie tak samo - jak jestem i "jest dobrze" to naprawdę momentami ma mnie za nic. a teraz wydzwania do ojca, poprzednio wydzwaniał do mojej siostry, staje na rzęsach i nie wie już sam co zrobić... cholera. czyli marne szanse żeby się zmienił, nie?
no i po terapii. z przełomów - pierwszy raz od dłuuuugiego czasu się rozpłakałam. chociaż nie wiem czy to przełom na plus bo teraz nie mogę przestać. poza tym jak to na I spotkaniu - opisaliśmy problem widziany naszymi oczami i tyle. nic to nie zmieniło, nic to nie wniosło. Ze strony terapeutki (bardzo fajnej zresztą) padło stwierdzenie, że nie mamy dużego bagażu i że można by było spróbować to sobie poukładać bo tak naprawdę jesteśmy na etapie właśnie układania wszystkiego. Stwierdziła że mogłoby wyjść kilka spraw, które byśmy sobie rozwiązali i może by się to wszystko jeszcze dało naprawić. Stanęło na tym, że L oczywiście jest w 100% przekonany do terapii a ja... dalej nie wiem🙁 Babka czeka na telefon od nas czy się decydujemy, czyli tak naprawdę obydwoje czekają na moją decyzję. A ja nie jestem w stanie jej podjąć. przytłacza mnie to🙁((((
edit - aaaa sorry. tyle nowego usłyszałam, wyciągniętego krok po kroku z L, że wie jakie mam potrzeby, tylko ich nie zaspokaja. i on zaczął tłumaczyć, że jest nauczony robienia wszystkiego (???) najlepiej jak potrafi, i tego oczekuje od innych. to było a propos mojego nie chodzenia na siłownię.
Breva- popieram kot🙂 pamiętaj-przede wszystkim TY, nie WY tylko TY. Rób tak żebyś to TY była szczęśliwa, absolutnie nie na zasadzie" szczęśliwa przy okazji, szczęśliwa tylko gdy on, my..." nie! Każdy ma prawo do emocji-tych złych i dobrych, każdy ma prawo do szczęścia🙂 walcz o nie dla siebie🙂
Też mi się wydaje, że podjęłaś już decyzję. Pamiętaj, że chodzenie na terapie gdy Ty z głębi serca nie jesteś do tego przekonana nic nie da. Terapia i takie rozmowy żeby były skuteczne muszą wychodzić naprawdę ze środka człowieka, w przeciwnym razie wszystko co tam się będzie działo i tak będziesz odbierała "przez palce". Także nie śpiesz się z odpowiedzią jeśli nie jest ona dla Ciebie w tym momencie jednoznaczna. Ale tak samo myślę, że nie śpiesz się z rozwodem. W sensie, że to ogromna i poważna decyzja, której odwrócić się nie da - lepiej więc zrobić to gdy będzie się miało czyste sumienie, że spróbowało się dla małżeństwa zrobić wszystko i metody te zawiodły. Tak dla samej siebie, żeby potem za parę lat się nie zastanawiać czy można było zrobić coś jeszcze. Zawsze przecież jest separacja, która pozwala właśnie na zdystansowanie się i przekonanie czy jest nad czym jeszcze pracować i czy mąż jest tym najważniejszym człowiekiem w życiu czy już nie.
pytanie czy to małżeństwo jest tego warte i czy Breva jest w nim szczęśliwa, nie ma co walczyć na siłę. Breva musi sobie odpowiedzieć na pytanie czy taki układ da jej spełnienie. Co do rozwodu- znam wiele par po rozwodzie, znowu się zeszli, po kilku latach nawet, ale nikt już nie myśli o małżeństwie. Poza tym małżeństwo... "to papier", który nie sprawi, że znikną problemy, że będzie się bardziej szczęśliwym. Breva-nic na siłę, przemyśl na zimno. Na rozwodzie świat się nie kończy- widzę to codziennie, to życie po rozwodzie może być dużo lepsze niż to przed. 🙂 trzymam kciuki, za Ciebie i Twoje szczęście🙂
Ja nie mówię, że ma walczyć na siłę. Ale uważam, że będąc małżeństwem raptem pare miesięcy i pierwszy kryzys rozwiązywać rozwodem to nic odważnego. I nie mówię tu o przypadku Brevy tylko ogólnie o tym co się dzieje z młodymi małżeństwami, które często zamiast popracować nad problemem wybierają tą najkrótszą drogę. No nie wiem mnie to dziwi, ale może dlatego, że według mnie zanim weźmie się ślub to warto być naprawdę pewnym czy się tego chce, zamieszkać razem, podyskutować o "życiowych tematach", priorytetach, planach żeby potem po paru miesiącach nie mieć takich niespodzianek i poznać dobrze osobę, której ślubuje się miłość. Ja małżeństwa nie traktuje jako papier tylko jako przysięgę wobec mojego męża.
Idrilla- ale z wypowiedzi Brevy wynika, że ten kryzys nie jest związany z tym, że są młodym małżeństwem, on był wcześniej. To jest już jakaś powtórka. Rozwody są na każdym etapie związku, czasem jest to problem ciągnący się od lat i tyko brakowało odważnego do złożenia pozwu lub konkretnego kopa od partnera. Czasem się po prostu nie da, czasem się po prostu nie chce- skoro może być lepiej bez małżeństwa, bez tego konkretnego partnera. Czasem warto być po prostu egoistą-szczególnie, że druga strona dawno już nim jest.
No i właśnie to mnie dziwi najbardziej. Wielkie śluby i małżeństwa gdy kryzysy i to poważne pojawiały się jeszcze przed tą decyzją... W dalekiej rodzinie mamy też taki przypadek. Nie mieszkali razem przed ślubem, tylko jakieś tam pomieszkiwanko tydzień i po ślubie nagle wszystko się rypło. Okazało się, że on jest innym człowiekiem niż ona myślała i teraz wielki problem. Bo mieszkanie na wspólny kredyt, bo to bo tamto... A, że rozwody są na każdym etapie związku to wiem, nie bez przyczyny napisałam, że swoją wypowiedź odnoszę do małżeństw, które nie mają nawet roku stażu. I żeby nie było, jak najbardziej uważam, że w życiu trzeba patrzeć tak samo na własne szczęście jak i wspólne i nie warto nic na sile, dla dzieci, czy cokolwiek. Bo jak człowiek w środku nieszczęśliwy to i związek tego nie udźwignie.
Nie rozumiem tej tendencji. Nie jest idealnie więc po co się męczyć - od czegoś są rozwody. Po co w takim razie brać ślub?
Chyba jestem staromodna... Ja rozumiem, że czasy się zmieniają. Rozwód to nie koniec świata, już nie jesteś skończona w swojej parafii bo ksiądz wyczyta z ambony i pogrozi palcem że grzech. Teraz rozwódka nie jest wytykana palcami. To dopiero początek! Tyle lat przed wami, prawdziwych kłopotów, kryzysów... Skoro wzięliście ślub, to z zamiarem bycia małżeństwem do końca życia... a nie do pierwszego kryzysu. A może by tak zmienić przysięge małżeńską na potrzeby dzisiejszych czasów? 🤣
Ja bym spróbowała terapii ( jednak z jakiegoś powodu Bera wyszła za obecnego męża!) Gdyby po jakimś tam czasie nie było efektów, poprosiłabym o dłuższą separację. Żeby zobaczyć jak mi się żyje BEZ męża. Bo rozwieść się jeszcze zdąży. Pochopne śluby, pochopne rozwody to nie są dobre decyzje.
kajpo-trafiłaś w sedno, dziś pełno ślubów na szybko, bo tak trzeba, bo nie wypada, bo coś tam...Na prawdę nie ma nic złego w tym, że się tego ślubu nie ma, nie jest się w niczym gorszym. To jest poważniejszy krok niż wspomniany rozwód i tak na prawdę to powinien być bardziej przemyślane niż rozwody.
Idrilla :kwiatek:"Bo jak człowiek w środku nieszczęśliwy to i związek tego nie udźwignie."
to się nasłuchałam.. tak, ślub był pochopną decyzją, bo po mega kryzysie i rozstaniu stawał na głowie i wydawało się że zrozumiał i będzie dobrze. a ja głupia tego nie sprawdziłam mieszkaniem razem przez dłuższy czas, tylko dałam się namówić na ślub w 4 miesiące. poprawa męża trwała do środy po ślubie. co do pierwszego kryzysu - w listopadzie, płacząc i szlochając wyznałam mężowi że nie czuję się bezpieczna, kochana, akceptowana i wspierana. powiedziałam mu dlaczego się tak nie czuję, czego potrzebuję, czym mnie rani. olał to całkowicie. teraz dupnęło wszystko znowu bo wprost mi wyznał że nie chodzimy do łóżka bo mu się nie podobam.
nie miałam zamiaru się tłumaczyć. ale wiem dokładnie jak było/jest w moim małżeństwie. i boli mnie stwierdzenie - pewnie, nie jest idealnie to rozwód, bo najłatwiej. ja nawet nie oczekuję idealnie, oczekuję poprawnie...
no nic. mam plan, żeby pojechać do domu i przeprowadzić kolejną rozmowę tylko tym razem spróbować namówić go do szczerości. żeby wyciągnąć wszystko. bo do tej pory pilnuje każdego zdania i wyrazu. i przez to dalej nie wiem gdzie jest przyczyna całego tego syfu...
i boli mnie stwierdzenie - pewnie, nie jest idealnie to rozwód, bo najłatwiej.
Mam nadzieję, że nie odebrałaś aż tak osobiście mojego posta :kwiatek: Absolutnie nie oceniam ciebie ani waszego małżeństwa - komentuję re-voltowe głosy pchające w stronę rozwodu. Przecież wszyscy wiemy że ten wątek ma takie tendencje - coś się sypie, tzn. że facet gej, pedofil, psychopata i będzie cię bił, każdy inny lepszy.
Nie chciałam krytykować głosów w twojej głowie. Chciałam być pokrzepiająca, a wyszło jak zwykle 😀 Chciałam ci powiedzieć - daj szansę. Ale poprzez to nie mam na myśli "wybaczam wszystko". Ta szansa będzie polega na tym, że dajesz mu okazję pokazać trwałą zmianę swojego zachowania, że będziesz widziała szczere chęci zrozumienia ciebie i twoich potrzeb. Śniadania do łóżka przez następne 3 dni to tylko przykrywka... Może telefony do rodziny nie są po to żeby kogokolwiek do czegoś przekonywać. Może chce wypytać osobę która zna Ciebie lepiej? Nie demonizuj, obserwuj.
Edycja: teraz dupnęło wszystko znowu bo wprost mi wyznał że nie chodzimy do łóżka bo mu się nie podobam. 😲 Jezu umknęło mi to zdanie Nie wiem co powiedzieć.
Powiem tak Byłam tam i tu byłam żona kochanka dziewczyna (na szczęście nie byłam jeszce matka) wszystko przedemna hyhy I w każdej z tych życiowych ról spelnialam swoje zadanie dopóki sama ze sobą byłam szczesliwa, nic nie robiłam na sile, przez pare miesięcy próbowałam na sile odzyskać w swoim małżeństwie uwagę męża szacunek i ta iskre, z doświadczenia powiem ze nie potrafiłam tego zrobic i straciłam tylko pare miesięcy życia o...
Nie oceniajmy ludzi przez pryzmat swoich doświadczeń szczególnie gdy były one marne... Bo na tyle siebie znamy na ile nas sprawdzono, Breva odzyskaj siebie 😅 masz konie motocykle fajna z Ciebie babeczka, i dla swiata nie ważne czy masz męża czy jestes rozwódka ,świat Cie kocha z nim czy bez niego...
kot- jak zwykle celnie, podpisuję się pod tym łapkami- Karolina kobieta rozwodnika 😉 i żeby nie było, ja się pojawiłam już "po rozkładzie, separacji i ustaniu 3 więzi"
Nie chodzicie do łóżka, bo mu się nie podobasz? Ekhm, nie jesteś osobą chorobliwie otyłą żebyś była odrażająca i faktycznie nie chciał Twój mąż z Tobą współżyć. Przed ślubem mu się szalenie podobałaś, a trzy dni po ślubie nagle już przestałaś. Nie łykam tego. Jestem za próbą ratowania małżeństwa, ale po tym co napisałaś sama osobiście bym się rozwiodła. Nie mogłabym być z kimś kto uzależnia swój stosunek do mnie, miłość itp od skali na wadze.
Powiem wam, że mnie ten argument też zabił... A co jakbyś była w ciąży? Wtedy ciało kobiety się zmienia i nawet nie chodzi o to, że tyje bo wcale nie musi no ale po prostu wygląda inaczej, ma inne kształty. To jest duża zmiana dla kobiety jak i mężczyzny i seks wtedy też nabiera nieco innego wymiaru. Jeśli dla niego wygląda ma AŻ taki wpływ na okazywanie czułości i miłości to to już jest mocno nie halo... Wiadomo, że można mieć preferencje, że jędrne umięśnione ciało podoba się bardziej no ale to nie oznacza, że jak parter przytyje to od razu wyrzuca się go z łóżka 🤔 tylko stara się dać do zrozumienia co podoba się mniej co bardziej ale nadal kochając ta osobę i chcąc jej bliskości.
Swoją drogą niezrozumiałym jest dla mnie, że on gdyby nie Twoje rozmowy nie widziałby problemu w tym, że jest w związku małżeńskim z kobietą, która mu się fizycznie nie podoba i nie chce z nią relacji intymnych 🤔
Nigdy nie powiedziałam mojemu facetowi, że mi się już nie podoba. Nawet gdy się roztył prawie do 100 kg. Teraz go gonię, żeby dbał o siebie bo ma tendencje żeby szybko puchnąć, no ale ale kurde...!
A ja zaś rozumiem, że może odejść ochota na zbliżenia jeśli partner zaczyna wyglądać na tyle otyło, że nas odpycha od zbliżeń seksualnych. Tyle, że moim zdaniem nie powinno być to powodem odrzucenia, odtrącenia, lecz raczej wspierania, pomocy. Aczkolwiek....prawda boli. Tak czy siak. Jednak powiedziana z uczuciem, z miłością, podparta chęcią zrozumienia, pomocy, nie boli tak bardzo. Takie jest moje zdanie. Swego czasu po porodzie stałam się nie wiedząc nawet kiedy gruba, zaniedbana, brzydka, zapuszczona, nieszczęśliwa i zła. Stawało się to stopniowo. Mąż w końcu też nie miał ochoty na zbliżenia. Ale porozmawiał ze mną o tym. I wolałam taką szczerość niż ochładzanie uczuć, odsuwanie się od siebie. Mi właśnie pomogła szczera rozmowa ma te tematy. Ale rozumiem, że nie każdemu musi to pasować.
Ja Breve doskonale rozumiem, bo jak pisałam to kilka stron wcześniej również byłam w identycznej sytuacji. Wyjechałam za facetem do Irlandii i tez przytyłam, a facet zamiast pomóc, pogadać, zwrócić uwagę cokolwiek! To robirobił mi jazdy i awantury bez powodu. Czesto przy znajomych. Po tym jak sprzatnal mna stol kupiłam bilet do Polski. W dniu mojego wyjazdu poprosiłam go o szczerość o co chodzi? O nic. Pojechał do pracy, zostawiając mnie bez slowa. Napisal tylko przed moim wylotem ze jestem za gruba. Smsa napisał, nawet sie ze mna nie pożegnał. I tak jak pisałam dziś uważa mnie za miłość swego życia, ale już bez względu na moją wagę. Ja dziś uważam, ze z kimś tskim nigdy bym się nie zwiazała całe życie się zastanawiając czy juz dobrze wyglądam, czy już zaczynam zle wyglądać.