Ascaia jak z kimś jestem, to nawet jeśli jestem nieszczęśliwa i czuję, że coś jest nie tak - jestem absolutnie zamknięta na wszelkie flirty, zaproszenia itd. Wydaje mi się, że jednak trzeba dać jakieś wewnętrzne przyzwolenie samemu sobie, żeby w ogóle spojrzeć na kogoś innego niż partner.
No dobra, ale ciągle sama teoria - znacie pary, które zaczęły w "nieczysty" sposób i są dalej ze sobą i wszyscy są szczęśliwi, łącznie ze zdradzonymi? 🤣
Ja kojarzę wiele takich sytuacji i jednak zawsze się okazywało, z równie wielkim hukiem, że to była wielka pomyłka.
Na przykład moje małżeństwo. Wkrótce stuknie nam 20 lat od ślubu kościelnego. Nie wiem, czy ex-żona jest szczęśliwa, nie pytałam, nie poznałam osobiście, ale utrzymujemy dość miłe korespondencyjne kontakty. Nigdy nie miałam najmniejszych wyrzutów sumienia. Podobnie ja Ascaia byłam (wcześniej) świadkiem/powiernikiem najróżniejszych sytuacji. No i niemal wszystkie były beznadziejne dla "tej trzeciej", "tego trzeciego". Nie wiem, skąd wiedziałam, że (przyszły mąż) mówi PRAWDĘ, mówiąc, że jest w związku formalnie i jeszcze dla wygody. Może stąd, że naoglądałam się ściemniaczy (ściemniaczek jednak mniej 🤔, baby jakoś wolą dręczyć w otwarte karty)? Ale to było jakoś oczywiste, że tamto jest historią: nie ma powrotu, nie ma nadziei, nie ma woli(!). Żaden "kryzys". Trup a nie małżeństwo. A owego gościa, który potem został moim mężem, poznałam 3 lata wcześniej. I to było co innego - to był facet w związku, wyraźnie, nieważne jak ten związek wyglądał, ale na pewno był żywy. Dopóki związek jest żywy (choćby był bardzo zły), nikomu nie polecam ładowania palca między drzwi. Nie dlatego, że niemoralne (no niemoralne, ale ludzie są grzeszni). Dlatego, że się obrywa. Niektórzy/niektóre STRASZNIE obrywają. Bywa, że latami. Tylko mała uwaga:"żywość"związku ocenia ta osoba, która podejmuje decyzję iść sobie w cholerę, ta porzucana może mieć inną opinię. W moim przypadku nie było żadnej, niczyjej desperacji. Od ex-żony doświadczyliśmy, razem i oddzielnie(!) wiele życzliwości i pomocy. Oni jakoś tak dojrzeli oboje... żeby od siebie odpaść.
W dalszej rodzinie mam przypadek wręcz z dowcipu: dyrektor i sekretarka. Następnie już ze 40 lat udanego małżeństwa.
Mój brat i jego żona też jest przykładem takiego związku. Gdy się poznali-w pracy zresztą P.miała narzeczonego z którym mieszkała. Zostawiła Go dla mojego brata, na pewno spotykali się nim ona podjęła taką decyzję, więc zdradzała swojego partnera. Dość szybko podjęła decyzję o wyprowadzce od niego gdy związek z moim bratem stał się poważniejszy, nie trwało to miesiącami. Z tego co mi wiadomo-odeszła mówiąc tylko tyle, że poznała kogoś i zakochała się. Nie wiem jak w tym wszystkim miał się ex.partner ale S. i P. po roku mieszkania razem wzięli ślub i są udanym małżeństwem od 9 lat.
To ja mam też podobną. Mój brat, który ćwiczył kulturystykę i ona pracownik sekretariatu w cetrum sportu. On za nią chodził, woził maluchem, przynosił kwiaty, zabrał na wesele jako osobę towarzysząca. Ona w związku, ale jakimś takim "umierającym". Nic między nimi więcej nie było. Koniec końców mojego brata olała, a za tamtego wyszła za mąż. Na dzień dzisiejszy w związku małżeńskim z moim bratem 😉 nawet córę mają 😉
Zabrzmi to jak tekst z kiepskiego romansu, ale przed prawdziwą miłością się nie ucieknie, i tak dopadnie nawet jak się ją wypiera. Można wyprzeć raz, drugi czy trzeci ale jak coś ma być to będzie choćbyśmy walczyli przeciw wszystkimi środkami.
szepcik, trzeci raz napiszę, że znam niestety-stety dużo takich par. Znam te, gdzie rozstanie nastąpiło i wszyscy (czyli w sumie cztery osoby) są teraz szczęśliwi. Znam takie, które ze względu na zobowiązania (czyt. dzieci, status materialny, wygoda, kredyt, wspólna firma) są razem w dość "oficjalnych" trójkątach (lub czworokątach) i czekają aż zobowiązania wygasną (dzieci będą starsze, ktoś wróci do pracy i będzie samodzielny, ktoś znajdzie mieszkanie, rozwiążą prawnie sprawy firmy, itd). Znam oczywiście też takie, gdzie ta trzecia/ten trzeci jest tajemnicą przed oficjalnym partnerem. Znam takie, gdzie po rozwodzie/rozstaniu nowy partnerom jednak nie wyszło. Ale to jest dosłownie jedna para.
Jeśli w starym związku źle się dzieje, i jedno z partnerów rzeczywiście spotka na swojej drodze kogoś kto da mu miłość, poczucie bezpieczeństwa, zrozumienie, radość - to te rozstania mają przyszłość. Co innego jeśli kobieta lub mężczyzna w związku szuka tylko rozrywki, przyjemności fizycznej, bo stary partner nie daje już tylu bodźców. Jeśli sprawa dotyczy tylko flirtu i seksu to po pierwsze na ogół nie będzie rozstania, a nawet jeśli do niego dojdzie to rzeczywiście bywa, że się nowej parze nie ułoży.
Tak jak ktoś tu napisał, chyba zen, jest jednak coś takiego jak rozdział uczuć i przyjemności fizycznej. Jedni tak mają, inni nie. Nie można oceniać, kto jest lepszy, kto gorszy. To jaki się ma popęd seksualny nie zależy od nas. Chyba, że kiedyś jakaś władza każe łykać brom, żeby libido spadało do odgórnie wyznaczonego poziomu. 😉 To są sprawy, o których należy rozmawiać zanim związek będzie już stały, ze zobowiązaniami czy sformalizowany. Jeśli trafiamy na taką osobę, a decydujemy się z nią być, to niestety trzeba się liczyć z tym, że mogą być skoki w bok. Kompletnie bez uczuć, tylko dla doznań. I że ta osoba naprawdę nas nadal będzie kochać, o nas dbać i chcieć naszego dobra. Albo trzeba się nastawić na bardzo dużą kreatywność i starać się by te doznania zapewniać we własnym zakresie.
A co do pytania smarcika czy dobrze zrozumiała moją wypowiedź o upewnieniu się czy "warto" odejść do innej osoby. Nie chodzi o to, żeby pozyskać deklarację "obiecuję Ci, że będziemy razem, że będę Ci prać i sprzątać i przynosić minimum 3 tys. zł na rękę" 😉 Wszyscy chcemy się czuć bezpieczni (fizycznie i psychicznie), chcemy mieć komfort, tę wygodę, o której niedawno rozmawiałyśmy tutaj. Stały stary związek może być różny. Przyznaję, że nie bardzo rozumiem osoby, które są nadal z partnerami, którzy je ewidentnie krzywdzą - biją, okradają, znęcają się psychicznie. Ale rozumiem motywy. To jest ZNANE. Instynktownie bardziej boimy się NIEZNANEGO (stąd np. stereotypy o inny kulturach, narodach, itd). Więc skoro problem z odejściem ma często osoba, która jest ofiarą, to tym bardziej jednak wątpliwości będzie mieć osoba, której związek się wypalił, gdzie kiedyś na początku popełnioną jakiś rodzaj pomyłki (?), niedogadania się, niepoznanie się do końca. No i w sumie jest się razem, ale osobno, chociaż nikt nikogo bezpośrednio nie krzywdzi. A miłości i prawdziwej relacji nie ma. Albo nie ma już NIC w strefie intymnej. Wiadomo, że ognisty seks,w którymś momencie wygaśnie, ale jednak zawsze pomiędzy partnerami powinna pozostać i więź cielesna. To, że chcesz pogłaskać, przytulić, pocałować, że chcesz spać obok tej osoby słysząc jej oddech. To powinno pozostać między ludźmi do końca... zrobiłam dygresję... Osoba gdzie związek wygasł powoli też się boi tego co NIEZNANE - czy poradzi sobie w nowej sytuacji, jak to będzie. Ludzie boją się zmian. To jest naturalne i ludzkie. Więc nic dziwnego, że chcą mieć jakąś formę dowodu, że to nowe będzie dobre, będzie lepsze. Dlatego zanim podejmą ostateczną decyzję chcą lepiej poznać tę trzecią / tego trzeciego. To jest logiczne. To jest jak 2+2. Chcą wiedzieć jakie ktoś ma zdanie o aborcji, jaki sok lubi do picia, czy jeździ bezpiecznie samochodem, jakie filmy ogląda, czy na czas płaci rachunki,... itd, takie normalne rzeczy. A jak się poznać nie rozmawiając? Nie utrzymując kontaktów?
Napisałyście, że najpierw należy się rozstać zanim cokolwiek zaistnieje z trzecią / trzecim. Macie na myśli "zanim pójdzie się do łóżka"? Bo jeśli macie na myśli też jakiekolwiek spotkanie, wymianę maili i SMSów... To rozstań powinno być jeszcze więcej niż jest. To spojrzysz na kogoś, uśmiechniesz się i wypadałoby się pakować się z domu.
dopisek. Mnie i tak bardziej zastanawia początek. Czyli dlaczego tak często popełniamy błąd pierwszego wyboru? Dlatego tak was ciągnęlam za język w poprzedniej dyskusji. Rzeczywiście dojrzewamy w pełni później niż tradycyjnie zawiązywane są stałe związki? W społeczeństwie jest niska inteligencja? W społeczeństwie jest niska inteligencja emocjonalna? Nie rozmawiamy ze sobą szczerze? Tak boimy się samotności, że wchodzimy w związki "byle były"? Wchodzimy w związki ze względów ekonomicznych? No i to już bez znaku zapytania - dochodzi do poczęcia dziecka.
Dlaczego wychodzi aż tyle "niezgodności charakterów"? Dlaczego ludzie nie znają swoich potrzeb (np. tych dotyczących seksu, czy wielkości rodziny, czy oczekiwanych warunków mieszkaniowych, podejścia do zmian pracy, itd)?
Tak jak ktoś tu napisał, chyba zen, jest jednak coś takiego jak rozdział uczuć i przyjemności fizycznej. Jedni tak mają, inni nie. Nie można oceniać, kto jest lepszy, kto gorszy. To jaki się ma popęd seksualny nie zależy od nas. Chyba, że kiedyś jakaś władza każe łykać brom, żeby libido spadało do odgórnie wyznaczonego poziomu. 😉 To są sprawy, o których należy rozmawiać zanim związek będzie już stały, ze zobowiązaniami czy sformalizowany. Jeśli trafiamy na taką osobę, a decydujemy się z nią być, to niestety trzeba się liczyć z tym, że mogą być skoki w bok. Kompletnie bez uczuć, tylko dla doznań. I że ta osoba naprawdę nas nadal będzie kochać, o nas dbać i chcieć naszego dobra. Albo trzeba się nastawić na bardzo dużą kreatywność i starać się by te doznania zapewniać we własnym zakresie.
Nie no, proszę cię... "Liczyć się z tym, że będą skoki w bok"??? 😵 Jeśli ktoś naprawdę kocha, to żeby miał nie wiem, jaką potrzebę tzw. doznań, to jeśli wie, że zaspokajając tę potrzebę krzywdzi ukochaną osobę, to się powstrzyma. Bo chcenie czyjegoś dobra polega między innymi na nierobieniu rzeczy, przez które ta osoba cierpi. Człowiek to nie bezrozumne zwierzę, żeby nie umiał nad popędami panować. 👿
Niepanowanie nad popędami to co innego niż duże potrzeby. Nikt na ulicy kopulować z kimkolwiek nie będzie - skoro już do zwierząt przyrównałaś. Osoba o dużym libido, a niezrealizowana seksualnie to osoba nieszczęśliwa i sfrustrowana. To nie jest kwestia poglądów i tego, czy to akceptujesz. To jest po prostu fakt, to jest biologia. Oczywiście w społeczeństwach europejskich przyjęło się grzecznie o tym nie mówić. Inny model wychowania, rodziny, itd. Chociaż... przez wieki miewano oficjalne metresy, a burdele cieszyły się oficjalną kuratelą. Ale tak po prostu jest - jeden nie potrzebuje seksu, drugi potrzebuje dużo i nie jest to jego PRZEWINIENIE. Jeden lubi sok owocowy, a drugi warzywny. Teraz pytanie czy jako partner osoby o wysokim libido nie chcę jego szczęścia? To jest bardzo trudne pytanie i trudna sytuacja. Ale zobacz jak często się zdarza, że takie jest podłoże zdrad. Może gdyby nauczono się o tym rozmawiać bez zbędnych emocji, spokojnie, racjonalnie, biologicznie... To wywraca w dużym stopniu myślenie społeczne. Ale skoro tak wiele starych praw i tradycji upadło? Dlaczego o tym temacie nie chcemy rozmawiać na zimno? Powtórzę się - moim zdaniem, to jest jeden z ważniejszym aspektów przy wchodzeniu w stały związek. Trzeba poznać się dokładnie, trzeba rozmawiać o wszystkim, także o swoich potrzebach seksualnych. Przecież dwie osoby o wysokim libido i kreatywności erotycznej będę się ze sobą zgadzać. Tak samo jak dwie osoby o małych potrzebach. Proste i logiczne.
a'propo libido, siedzę sobie w sobotę na imprezie koło bardzo miłego i atrakcyjnego Pana, jest miło, około 250 osób się bawi, gadamy o pierdołach, zeszło też na żony/mężów i Pan (nader atrakcyjny wizualnie i w rozmowie) odpala mi: wie Pani ja mam okropny problem, każdy mój związek się rozpada - bo ja mam duże potrzeby sexualne i żadna kobieta tego nie akceptuje… a dla mnie to takie ważne - przecież nie będę po dziwkach ciągle chodził
Znaczące jest nawet to, że Murat-Gazon, z takiej masy tekstu, z tylu zdań i wyrażonych przeze mnie opinii wyłapała właśnie to a'propos seksu... To ciągle jest nasz problem. Religie nie umieją sobie poradzić z seksualnością człowieka. Człowiek nie umie sobie poradzić ze swoją seksualnością... Dlaczego tak jest?
I jeszcze aby dopowiedzieć konkretnie. Nie jest tak, że propaguję kompletną tzw. wolność seksualną, a zdradzający partner to wow i super i nic się nie stało. Mówię tylko o problemie, o realnym problemie jaki się pojawia. To co napisała Dodofon to potwierdza. I jestem pewna, że wiele z nas zna takich mężczyzn i takie kobiety. Nie mówię, że taka osoba MA, MUSI zdradzać swojego partnera. Bo jeśli będzie się o tym rozmawiać, szczególnie przed wejściem w stały związek to można tak ułożyć sprawy, by powodów do zdrady nie było. Ale jeśli świadomie osoba, która może mieć kontakt fizyczny raz na dwa miesiące wiąże się z osobą, która właściwie chciałaby codziennie... To jest proszenie się o kłopoty.
Ascaia tylko to nie jest takie proste. Co jeżeli dla kogoś dany związek jest pierwszym i ta osoba po prostu nie wie, jakie ma potrzeby erotyczne i jak wysokie libido? Albo załóżmy miała do tej pory pecha do partnerów i zwyczajnie się nie dowiedziała, że seks może być naprawdę ważną i fajną częścią relacji? (myślę, że to głównie kobiety) Co z faktem, że ludzka seksualność nie jest stała, tylko się zmienia i inne potrzeby erotyczne mają osoby dwudziestoletnie, inne trzydziestoletnie, a jeszcze inne czterdziestolatkowie (i jeszcze do tego u mężczyzn trochę inaczej się to rozwija niż u kobiet)? Do tego w początkowej fazie związku niemal każdy ma wysokie libido 😁 Poza tym jakoś nie widzę rozmów na takie tematy w pierwszej fazie związku, kiedy ludzie dopiero się poznają, zresztą jakby to miało wyglądać? "Niniejszym informuję cię, że potrzebuję seksu siedem razy w tygodniu"? 😜
...Nie "wyłapałam to a'propos seksu" 😉 tylko dla mnie wiąże się to nierozerwalnie z uczuciami. Osobiście jestem jedną z tych, dla których seks bez miłości nie istnieje, więc totalnie nie ogarniam sytuacji, o których między innymi napisałaś, że niby ktoś kogoś kocha, ale ma tak wysokie libido, że musi sobie je zaspokoić gdzieś na boku, bo mu partner/partnerka nie wystarcza. No to jak - kocha i chce seksu z kimś innym, kogo nie kocha? No po prostu nie jestem w stanie przyswoić takiej koncepcji. 🤔
Też mam przykład takiego związku - moich rodziców. Co gorsza, mama zaszła ze mną w ciążę, jak mój tata był jeszcze żonaty w pełnym tego słowa znaczeniu. Dziecko też miał. A teraz są razem już 20 lat. Także różnie w życiu bywa.
Przyswajać na szczęście nie musisz 🙂 Każdy ma swoją drogę i musi słuchać swojego wnętrza. Ale zaakceptować fakt, że inni tak mają to chyba trzeva. Tak jak to, że gdzieś mówią innym językiem i mają Hanukę zamiast Bożego Narodzenia. 🙂 Mam nadzieję, że rozumiesz co mam na myśli.
To co napisałaś w pierwszym akapicie. To trudne i złożone sprawy. Tak jak wiele razy tu padło - życie jest skomplikowane, nie chce być 1-0 ani czarno-białe. Nie znam odpowiedzi na te pytania, choć się nad nimi zastanawiam. Bo to się też wiąże z tą serią pytań kilka postów wyżej. Tak mi się wydaje. Dojrzewamy później niż typowy czas zawierania związków. Nie znamy siebie, nie znamy partnera.
A co rozumiesz przez pierwszą fazę związku? Bo w moim myśleniu zanim powiemy o sobie "stały związek" (czyli ten, o którego rozpadzie rozmawiałyśmy wcześniej) to trochę czasu musi upłynąć, więc i moment na rozmowy o seksie już był.
A co rozumiesz przez pierwszą fazę związku? Bo w moim myśleniu zanim powiemy o sobie "stały związek" (czyli ten, o którego rozpadzie rozmawiałyśmy wcześniej) to trochę czasu musi upłynąć, więc i moment na rozmowy o seksie już był.
Ja to jestem trochę staromodna, więc dla mnie w ogóle nie może być mowy o seksie, zanim nie zaistnieje coś takiego, jak "stały związek" 😁 Dlatego dla mnie pierwsza faza związku to jest ten etap, na którym są randki, wspólne spacery, spotkania, wzajemne poznawanie się, jakieś początki bliskości fizycznej, ale właśnie początki. Na tym etapie osobiście czułabym się bardzo źle, gdyby facet próbował mnie wyciągać na rozmowy o seksie - miałabym wrażenie zbytniej nachalności, przekraczania jakiejś granicy, której przekroczyć nie jestem gotowa ani mówiąc o tym, ani o tym słuchając. Stały związek to jest od momentu, jak ja jestem pewna, że właśnie z tym człowiekiem widzę siebie za kolejny rok, dwa, piętnaście - i jak facet jasno deklaruje, że on tak samo widzi siebie ze mną. Wtedy można zacząć planować wspólną przyszłość i wtedy jest miejsce na seks. A na rozmowy o nim - dopiero jak on już jest, bo dopiero wtedy jest się z tą osobą na tyle blisko, by to było naturalne. No ale jak mówiłam, ja jestem staromodna. 😎
A co do Twoich wcześniejszych pytań - wydaje mi się, że właśnie chodzi o tę nieznajomość siebie. Nie da się inaczej poznać siebie, niż - żyjąc. Im krócej człowiek żyje, im mniej przeżył - tym mniej wie o samym sobie i o świecie. Potem często się okazuje, że to, co myślał i przyjmował za pewnik, było całkowitą nieprawdą. Trudno tworzyć udane związki, jak się nie wie do końca, kim się jest, a już zwłaszcza jeśli druga osoba też nie wie do końca, kim jest. A potem, jak się oboje dowiedzą, to się może okazać, że są dwojgiem ludzi totalnie do siebie niepasujących, chociaż wcześniej wydawało im się, że wcale tak nie jest.
Murat-Gazon Ty masz bardzo radykalne, sprecyzowane poglądy i jasno postawione granice (i przy okazji wysoko jak dla mnie). Większość społeczeństwa tak nie ma. Ciężko dyskutować o ogóle, biorąc za pewnik, że inni ludzie myślą jak Ty. Np Twoja "pierwsza faza związku" to według mnie nie jest żaden związek, ot zwykłe randkowanie, spotykanie się, żadnych deklaracji - ten moment, kiedy można zdecydować czy chce się być z daną osobą czy nie, można też w tym samym czasie spotykać się z innymi osobami. A potem co, jedna strona stwierdzi, że jest zdradzana, bo dla niej to był związek a dla drugiej nie? 😉
Moja mama- dziś zagorzała przeciwniczka seksu przedmałżeńskiego- brała ślub będąc w ciąży z moją siostrą 😉
A co ma zrobić facet, którego kobieta urodziła dziecko i jej libido spadło totalnie do zera? On ma potrzeby dalej takie same, ale ona nie chce bo popędu po prostu nie czuje. Może albo jechać na ręcznym do czasu, aż jej się zmieni(o ile w ogóle, bo gro kobiet z mojego otoczenia mówi, że mija już x lat od urodzenia dziecka... a one dalej nic) albo... zdradzić. I pytanie, na ile jest silny psychicznie żeby tego po prostu nie zrobić.
Teraz to nawet pójście do łóżka nie równa się początkowi związku 😉 Osobiście nienawidziłam tej fazy, gdzie nic nie jest określone i nie wiesz na czym stoisz 😵 Z Konradem poszło mi bardzo łatwo, bo po prostu usiadł i stwierdził mi "chcę z Tobą być" 😜
smarcik ale ja doskonale wiem, że inni ludzie nie myślą tak jak ja (przynajmniej w dużej mierze). Ale tym ciekawsze są dyskusje, właśnie ze względu na te różnice poglądów 😉 Ja bym nawet na "zwykłe randki" nie chodziła z więcej niż jednym facetem na raz, bo by mi się to wydawało nieuczciwe. Ale być może to wynika stąd, że jak dla mnie nie ma takiej możliwości, żeby kilku facetów naraz podobało mi się tak samo i musiałabym "sprawdzać" jednocześnie wszystkich, tylko zawsze któryś jest tym, który mi się podoba najbardziej i to z nim się będę spotykać. 😉 I tego samego oczekiwałabym od faceta - mimo tego, że to "tylko randki" i do niczego nie zobowiązują, to wolałabym, żeby nie był w środę na randce ze mną, w czwartek z Kasią, a w sobotę z Basią. To nie "Randka w ciemno". 😂
Ascaia strasznie miło mi się czytało Twoje wypowiedzi. Czułam się jakby ktoś wyjął mi moje poglądy z głowy i tutaj opisał. Jaka szkoda, że tak trudno spotkać osoby z takimi "humanitarnymi" poglądami. To właśnie moim zdaniem jest zrozumienie natury człowieka i przede wszystkim "inności" każdego z nas osobna i tolerancja. Bez urazy Murat-Gazon, ale Twoje zdanie zalatuje mi trochę "Anią z Zielonego Wzgórza". Oczywiście szanuje je 🙂 Życie to nie je bajka o romantycznej miłości, bez seksu, popędu płciowego, zdrad i trudnych, skomplikowanych relacji międzyludzkiej. Ascaia co do Twoich pytań na temat powodów wchodzenia w relacje "bez przyszłości". Ja mam takie osobiste spostrzeżenie, że dużym problemem naszych czasów jest brak umiejętności skutecznej komunikacji. Ludzie nie potrafią rozmawiać, nie potrafią też słuchać. Ale największą przeszkodą (oczywiście moim zdaniem- Pauli nie robiłam na ten temat badań psychologicznych) jest uporczywy nawyk obarczania innych odpowiedzialnością za nasze własne oczekiwania (o których inny mogą nawet nie mieć pojęcia). I to jest klasyczny problem damsko- męski. Jedna strona czegoś oczekuje (oczywiście nie komunikując tego wprost) i ma pretensje (oczywiście też nie powiedziane wprost), że druga strona tego nie realizuje. Plus przeświadczenie, że ktoś się zmieni pod wpływem związku. Wchodzenie w związek i trwanie w nim z poczuciem "on/ona się dla mnie zmieni", albo jeszcze lepiej "ja go zmienię".
Ja znowu w pracy, więc tylko krótko Murat-Gazon, też miałam długo staromodne podejście. Co więcej jestem praktykującą katoliczką. Ale życie mi pokazało tak różnych ludzi, tak różne scenariusze, że moje myślenie zaczęło ewoluować. A ja tak bardzo lubię ludzkość 😉 lubię ludzi, że nie umiem ich skreślić, potępić, odrzucić, bo zrobili coś wbrew tzw. normom. Gdzieś mam w środku nadal te myśli o ideałach, a z drugiej strony widzę jak to jest nierealne w praktyce.
Bez urazy Murat-Gazon, ale Twoje zdanie zalatuje mi trochę "Anią z Zielonego Wzgórza". Oczywiście szanuje je 🙂 Życie to nie je bajka o romantycznej miłości, bez seksu, popędu płciowego, zdrad i trudnych, skomplikowanych relacji międzyludzkiej.
Ależ ja o tym doskonale wiem, że "nie je bajka". Przekonałam się o tym bardzo boleśnie na własnej skórze...
I to jest klasyczny problem damsko- męski. Jedna strona czegoś oczekuje (oczywiście nie komunikując tego wprost) i ma pretensje (oczywiście też nie powiedziane wprost), że druga strona tego nie realizuje. Plus przeświadczenie, że ktoś się zmieni pod wpływem związku. Wchodzenie w związek i trwanie w nim z poczuciem "on/ona się dla mnie zmieni", albo jeszcze lepiej "ja go zmienię".
Z tym się w pełni zgadzam. Spotkałam się też z powiedzeniem, że największym problemem jest, że mężczyzna jest przekonany, że po ślubie kobieta się nie zmieni, a kobieta, że mężczyzna po ślubie się zmieni. Też coś w tym jest.
Ascaia wiesz... "ideały są jak gwiazdy, nie można ich dosięgnąć, ale można się według nich orientować". 😉 Ja też lubię ludzi - owszem, nie podoba mi się wiele zachowań, poglądów i postaw, ale zasadniczo wierzę w to, że ludzie jako ogół są dobrzy. A ci, którzy są źli, cóż, karma to suka i wróci gryźć ich po kostkach 😉
[quote author=Murat-Gazon link=topic=148.msg2279491#msg2279491 date=1422527728] Ascaia wiesz... "ideały są jak gwiazdy, nie można ich dosięgnąć, ale można się według nich orientować". 😉 Ja też lubię ludzi - owszem, nie podoba mi się wiele zachowań, poglądów i postaw, ale zasadniczo wierzę w to, że ludzie jako ogół są dobrzy. A ci, którzy są źli, cóż, karma to suka i wróci gryźć ich po kostkach 😉 [/quote] Eee tam, tutaj na ziemi sprawiedliwości nie ma. 😉 Czasem karma wraca, a czasem zgubi drogę. Dlatego nadal mam swoje ideały i byłabym najszczęśliwsza na świecie gdyby była miłość, proste relacje, komunikacja, itd.
[quote author=Murat-Gazon link=topic=148.msg2279459#msg2279459 date=1422525001]Ja bym nawet na "zwykłe randki" nie chodziła z więcej niż jednym facetem na raz, bo by mi się to wydawało nieuczciwe.[/quote]Powiedziałabym, że to jest sprawa kulturowa, niekoniecznie moralna. Co by z kolei oznaczało, że albo trzeba różne rzeczy ustalać (tylko jak? na dzień dobry pytać "umawiasz się na randki z innymi?", przecież nawet nasza randka nie musi funkcjonować pod oficjalną nazwą...), albo liczyć się z nieporozumieniami.
Uwarunkowania zresztą się zmieniają - pomyśl o portalach społecznościowych, na których się jednak trochę ludzi poznaje (i czasem tworzą się z tego trwałe związki). Na etapie poszukiwań wstępnych pewnie niektórzy umawiają się z jedną osobą na raz , a inni z kilkoma jednocześnie. I najpewniej różnie różne osoby rozumieją "wstępność". Nie zgadniesz.
Teodora no wiem, dlatego to takie trudne i niedookreślone 😉 Po prostu w moim prywatnym odczuciu nie chciałabym czuć się "jedną z wielu", nawet na etapie poszukiwań wstępnych. Ale to subiektywne odczucie i w zasadzie rozumiem ludzi, którzy nie mają problemu na tym etapie z umawianiem się z więcej niż jedną osobą. Byle to nie trwało za długo i byle dla drugiej strony w takiej parze też nie stanowiło to problemu.
[quote author=Murat-Gazon link=topic=148.msg2279491#msg2279491 date=1422527728] Z tym się w pełni zgadzam. Spotkałam się też z powiedzeniem, że największym problemem jest, że mężczyzna jest przekonany, że po ślubie kobieta się nie zmieni, a kobieta, że mężczyzna po ślubie się zmieni. Też coś w tym jest.
[/quote]
Duża część tego wątku opiera się na tego typu problemach. Kobieta (oczywiście piszę kobieta, ponieważ w tym wątku raczej ciężko o wpis tej drugiej strony) oczekuje od faceta pewnych schematów zachowań, sposobów na okazywanie uczuć, ale po pierwsze nie komunikuje sowich oczekiwań jasno, a po drugie nie bierze pod uwagę różnorodności i tego, że każdy z nas indywidualnie okazuje uczucia (np. to że facet nie dzwoni tak często i nie ma potrzeby zdawania dokładnej relacje z tego co robił w ciągu dnia, wcale nie musi oznaczać, że jemu nie zależy). I potem jest rozgoryczona, rozczarowana, pełna niepewności (zależy mu na mnie? Nie zależy?). Niektóre oczekiwania należy jasno zakomunikować (ale tylko te moim zdaniem, które dla nas są nie do przeskoczenia i nie do zaakceptowania). A niektóre należy zweryfikować o pytanie: "czy aby na pewno mam prawo wymagać tego od drugiego człowieka i czy nie powinnam spróbować zrozumieć jego sposobu myślenia, wyrażania uczuć, postępowania?". Odpowiedzialność za własne rozczarowanie, spowodowane niespełnianiem przez drugiego człowieka naszych oczekiwań, ponosimy jedynie my sami (w końcu to nasze oczekiwania).