milusia, dzięki za Twój wpis,bo poczułam się bardzo wyrodnie 🙁 wbrew pozorom,jak Marysia była mniejsza,to częściej ze mną do stajni jeździła... po prostu spała,gdy ja na koniu jeździłam... teraz - ja jeszcze nie było zimy,też jeździła... miała ulubioną stajenną "ciocię" i jeździła bardzo chętnie,sama nawet się dopraszała... koleżanki stajenne mi ją rozpieszczały,więc nie czułam się że robię coś kosztem jej...
i zostawiam ją na weekendy gdy jadę na zawody u dziadków,czasem są to nawet 4 dni - ale mam wrażenie,że wszyscy są zadowoleni... taki "odpoczynek" od siebie też dobrze robi,bo gdy jesteś z dzieckiem non stop,też nie jest to zbyt "higieniczne" 😉 każdy kiedyś bywa zmęczony.nawet matka. teraz też "uciekam" do stajni na 1-2h dziennie,czasami tylko "na ploty",ale Marysia jest wtedy ze swoim tatą i ma go wtedy tylko dla siebie,może bawić się w ulubioną zabawę pt."męczenie ojca"... czasem kończy się to tym,że to dziecko usypia tatę 😉
Jak dobrze jest poczytać ten wątek jakoś mi lżej.. ale mój 3 letni synek mówi ..mamo nie jedź na koniku bo bedę smutny sam,znowu bedziesz tak długo.A początki były baardzo trudne ..
...moja jest zazdrosna,jak "przyfiluje" że siedzę na koniu... wtedy koniecznie chce jeździć ze mną i skakać... i niestety zawsze jest awantura,jak przejeżdżam z nią przez tylko leżące drągi 😉
ktoś Twoja Marysia to widać podobny wiek buntowniczy..ja nawet z moim zaliczyłam mały teren raz ,bo ryk był niesamowity babci ręce opadały nie mogła dać rady .. ja jak miałam kilka lat to też właziłam na konia , tata mnie wyganiał ..ale boję się jak mój synek stwierdzi że będzie chciał jeździć ..w wieku prawie 3 lat wiedział co to czaprak i bryczesy itd. ale stwierdzam jedno że ciężko jest pogodzić dwie kochane rzeczy ;-) 😍
A mi jest bardzo ciężko wrócić do regularnych jazd. Głównie to z powodu, ze nikt mi nie chce z dzieckiem za bardzo zostawać, żebym ja sobie na koniku pojeździła. Teraz już mąż się trochę nauczył, że ja po prostu musze i zostaje chętniej z małym, ale z początku było beznadziejnie. Moja mama otwarcie mi powiedziała, że nie będzie dziecka pilnować żebym ja jeździła. Całe szczęcie, że pilnuje jak musże obrządki zrobić. Ja to wogóle dość często mam wrażenie, że wszyscy dookołą mnie to mają teraz taki haczyk na mnie - nie będą mi sprzyjać w pomocy przy dziecku, to moze ja w końcu te konie posprzedaję.... Efekt niestety jest zupełnie odwrotny 😀 W każdym razie, pomimo, że ja synka kocham, to jakbym miała teraz wybrać, to bym nie zdecydowała się na macierzyństwo. Uważam, że tylko ja musiałam zrezygnować z treningów, wyjazdów, wyjśc ze znajomymi itp. no bo kto się dzieckiem zajmie, skoro wszyscy się nim tylko chwalą (synkiem, wnukiem) a tyram ja.
repka, strasznie smutne co piszesz 🙁 Brak wsparcia u najbliższych jest bardzo bolesny..ale nie martw się, na szczęście dzieci szybko rosną, jak młody pójdzie do przedszkola, to poczujesz, że znowu żyjesz :kwiatek:
repka, brutalne to co napiszę i pewnie część będzie kręcić nosem... ale powinnaś postawić na swoim,poszukać jakiejś symetrii... potoksycznić... ludzie się szybko przyzwyczajają...
zen, ja własnie odliczam czas do pójścia małego do przedszkola 🙂
Ktoś, no to udało mi się u męża uzyskać w końcu więcej zaangażowania w opiekę nad dzieckiem i jesienią, latem jeździłam już więcej, ale nie na tyle ile bym potrzebowała. Za to kategorycznie odmawiam nawet wszelkich rozmów na temat drugiego dziecka.
repka ja to też to przeszłam i szczerze Ci wspólczuje , to jest najgorsze .."chcieć a nie móc" ja prowadziłam lonże a dziecko mi od babci uciekało i na ręce chciało ,,jak ja się czułam ;-/ .. miałam dość , nie miałam przyjemności z jazd, mąż pracuje , a teściowa pali fajki że można się udusić więc nie chętnie chciałam jej zostawić , mojej mamie zostawia brat i siostra więc ma dość pracy..ale pewnego dnia się zbuntowałam i trochę pomogło .. z pomocą męża przekonaliśmy teściówkę do zostawania z moim maluchem ale nie wiem co by było gdyby było następne , bo ona schorowana z dwoma nie dała by rady ...całe lato w miare najeździłam się .Za to teraz siedzę w domu bo ciągle ktoś choruje 😵
Ktoś, przy porodzie miałam to samo z mięśniami jak Ty 😉 W końcu po 14 godzinach walki naturalnej zrobiono cesarkę, po której po niespełna 3 tygodniach wsiadłam na konia, ale za zgodą lekarza, po badaniu i tylko na lekkie spacery 😉 I wszystko ok 🙂 Mam stajnię przydomową, sama się wszystkim zajmuję, jedno dziecko i teściów i babcię męża kilka domów dalej, więc ogólnie pomoc mam świetną. Od wiosny do późnej jesieni jeżdżę codziennie, czasami nawet więcej koni, lonżuję. Nikt nigdy mi nie powiedział, że czas poświęcony koniom to zmarnowany i powinnam się dzieckiem zajmować. Wszyscy mnie bardzo wspierają, mówią, że jak kobieta jest spełniona i szczęśliwa, w tym również oddająca się pasji jest o wiele lepszą mamą. I chyba się z tym zgodzę 🙂 Wszystkim mamom jeżdżącym życzę takiej pomocy. Z drugiej strony mam nadzieję, że z drugim dzieckiem o które się staramy będzie równie łatwo wrócić do jeździectwa. 😉 na razie tylko trudno zrobić 😉
aniaagre, no to zazdroszczę, bo wiem, że gdybym miała dziecko to byłaby jedna wielka awantura i ciągłe wypominanie :/ chyba lepiej w ogóle się w to nie pchać... jak coś robić to na 100% 🙂
I tak i nie.. Zanim Kubuś przyszedł na świat zastanawiałam się czy kiedykolwiek będzie mi dane zacząć na poważnie jeździć, a nie tylko wozić się. Panicznie się bałam, że się nie uda pogodzić prowadzenia hotelu dla koni, prowadzenia domu i wychowywania dziecka, "trenowania". Czas pokazał, że z odrobiną pomocy najbliższych da się to wszystko ogarniać i jeszcze dodatkowo się rozbudowywać, rozwijać 😉 Teraz szczerze mówiąc to nie wyobrażam sobie innego życia. Czasami synek jedzie na cały dzień do moich rodziców (trochę dalej, więc ja zawożę rano a wieczorem tata go przywozi) i jak tak mam cały wolny dzień to tej pracy przy koniach jakoś mało się robi, żeby wypełnić lukę po oddanym pod opiekę dziadków dziecku 😉 I już nie umiem odpoczywać w domu jak nie ma synka.. 🤔wirek:
repka Faktycznie smutne to co piszesz, zwłaszcza że konie masz na wyciągniecie ręki. Ja z jazd zrezygnowalam z kilku powodów, bo rozstałam sie ze stajną która była jedyna sensowna w niedużej odległości ode mnie, bo szkoda mi było rezygnować z czasu który mam żeby być z mężem i dzieckiem, bo czuje że nie wypada mi zrzucić głównej opieki nad dzieckiem dziadkowi. Też sie zastanawiam jak by to było jak bym nie zaszła w ciąże ale w moim przypadku w gre wchodzi też to że zbyt czesto mówie że "jest za daleko, za drogo i bez sensu" 🙄
U mnie ogólnie wejście w dorosłość i założenie rodziny nie służy jezdziectwu, ale mimo to ciągle mam nadzieje na to że nastąpi mój konkretny powrót 🙂
Może to kwestia tej zimy, może takiego dziwnego momentu w życiu... ale (z goryczą pewną): pomysłowi jeździectwo+macierzyństwo - zdecydowane NIE. Gdybym wiedziała to wszystko, co wiem teraz - nigdy w życiu nie próbowałabym nawet ładować się w konie 🙁 chyba, że odrobinę, na dalekim planie. Gdzie się nie rozejrzę to konie=wyrzeczenia. Mniejsze, większe - ale non stop. Macierzyństwo+jeździectwo wyobrażam sobie tylko w 3 opcjach: 1. Naprawdę zamożna matka. Nie odczuwa specjalnie "wyborów" finansowych, nie musi zasuwać 16/24. Opieka dla dzieci - zero problemu. Wtedy - konie = bardzo dobry fitness. 2. Matka z dobrą, średnio absorbującą czasowo pracą, dziecko - jedynak we wspierającej rodzinie. 3. Praca (i stajnia) na swoim, koniecznie nie tylko konie (!) (prosperujące gospodarstwo, wolny zawód, prosperujący handel) + wspierająca rodzina. Inaczej - kwestia czasu, kiedy zacznie się kląć w żywy kamień. Wystarczająco obciążające jest, że dzieci "nie da się pozbyć" w sytuacjach kryzysowych 😀 (a zdarzają się takowe w życiu, zdarzają). Koni/a też trudno się pozbyć jednym kliknięciem 🤔 Potrzeby potomstwa i "zwierzyńca" potrafią wejść w konflikt 🙁 Fach "koński" w społeczeństwie tak długotrwale ubogim jak nasze - też pomysł do d* i jakoś "niekompatybilny" do CV w innej dziedzinie... Śmiem twierdzić, że żadna decyzja w kierunku "konie" nie jest racjonalna. Zdecydowanie korzystniej jest pozbyć się namiętności, "zapotrzebowania emocjonalnego" niż je kultywować. Endorfiny da się dostarczać w tańszy, bezpieczniejszy i mniej absorbujący sposób.
halo, masz na pewno sporo racji, ale np. ja nie mogę dłużej bez koni. Ja nawet niekoniecznie musże jeździć, ale muszęmieć bezpośredni kontakt z nimi. Sam wysiłek fizyczny bez problemu mogłabym sobie zastępić czymś innym, ale już obcowania z końmi niekoniecznie. Ale nic to, własnie zamierzam postawić pensjonat dla koni i będzie to moje zajęcie i będzie git 🙂
repka, he he - jaki to git, to się przekonasz 😀 (ja tak tylko z obserwacji 🙂😉 Oj tam - konie narkotyk jak każdy inny, idzie wypracować abstynencję 🤣 Może za ostro (wcześniej) napisałam, konie nie są "przeklęte" 🙂 tylko jakby... zaklęte. Po prostu hobby kosztowne finansowo i czasowo, w dodatku niszowe. OK. Tylko do kosztowności tej zabawy dochodzi zobowiązanie do opieki nad żywym bytem 🤔 Ech, a nie chciałam wierzyć, że najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny są brylanty 😁 Podobno zakochać się można bez pamięci - a jeść nie wołają.
Może nie dotyczy to dokładnie macierzyństwa i jeździectwa, ale... codziennie wychodzę z psami na minimum godzinny spacer. Do lasu, na pola, zasadniczo w dzicz. I co najmniej raz w tygodniu słyszę, że muszę uważać, bo z psami w lesie to niebezpiecznie, zima, pociągną i jeszcze się wywrócę... 🙄 W tym tygodniu zaliczyłam glebę już 2 razy i ANI RAZU nie byłam wtedy z psami 😁 Jak jeszcze raz mi ktoś powie, że mam uważać, to... 👿 Podobnie- mając już jedno dziecko i będąc w ciąży nikomu nie przeszkadza, że ciężarna dyrda na spacerki z dzieckiem, no bo jest matką i musi, ale jakby miała pójść z psami... 🙄 Albo- że w ciąży dźwiga młodsze dziecko, albo wózek i młodsze dziecko, nie, to nie przeszkadza 🤔 . Ale konie- strasznie 🙄
Ja mam problem w sumie. Pisałam trochę o tym w wątku dzieciowym. Ja pracuję od 12-20. Mąż po zmianie pracy standard 7-15. Czyli się mijamy. Trener dojeżdża bez problemu, ale nie o godzinie o której mi się zamarzy. No i dzidziuś. Problem jest taki, że nie mam kiedy wsiadać, nie mam jak. Bo albo jestem ja plus dziecko albo jest noc. Pomysły mam - oczywiście - następujące: - dzierżawa jednego z koni, drugi w pensjonat z halą (dwa w pensjonacie + treningi obu nie ma szans finansowych) i mogę zabierać tatusia i dzidziusia wieczorem na rozrywkę 😂 - jeździć zawalając pracę, odwożąc dziecko do rodzców = zobaczę dziecko o 21, czyli kosztem dziecka też - przestać jeździć. Jest jakieś inne wyjście? Powiem szczerze, że głowię się nad tym od dobrych paru miesięcy i jestem w takiej sytuacji, że wsiadam raz na miesiąc sama, a konie jeździ trener 4 razy w tygodniu. W łikendy albo pracuję albo jestem na szkoleniach/konferencjach albo załatwiam zakupy.
Nie masz jakies bezrobotnej u siebie w miejscowosci? albo matki,która za nie duza kaske zaopiekuje sie dzieckiem na zawołanie?? mysle ze to by było jakies wyjscie
pokemon, ja widzę potencjał w weekendach - pewnie nie masz szkolenia co tydzień, a zakupy nie trwają cały dzień 🙂 czyli sobota i niedziela ty wsiadasz, a pozostałe 3-4 dni jeździ trener. Jak ci się raz w tygodniu uda sprzedać komuś dziecko, to już masz 3 jazdy, a więc całkiem spoko.
Umawiac treningi rano, przed praca. Kto jest ze szkrabem jak jestes w pracy? Moze ta osoba moglaby przyjezdzac wczesniej? Pozniej to bedzie przedszkole i odetchniesz :kwiatek:
Ja też odkąd urodził się Filip to zaniedbałam konia 🙁 Wcześniej jeździłam do stajni prawie codziennie, teraz jak pojadę raz na tydzień to jest super. Nie umiem się jakoś zorganizować, mimo że nie pracuję. W ciągu dnia nie bardzo mam jak i z kim zostawić małego ( a nie stać mnie na kogoś kto by się nim zajął albo na żłobek na godziny), popołudniami nigdy nie wiem kiedy wróci mąż, ciężko coś zaplanować. Poza tym jak mam jechać do stajni o 19 i męczyć się na hali pełnej ludzi to wymiękam. W weekendy natomiast jeździ na Rubinie koleżanka która współdzierżawi konia. Czasem jak ona ma zajęty weekend to jadę ja a mały zostaje z tatą. Ale to nie zdaża się często.
Fakt, że teraz inaczej podchodzę do konia. jednak priorytety się zmieniają. Ważniejszy jest dla mnie czas poświęcony dziecku lub wspólny z mężem i dzieckiem niż wizyta w stajni. Jednak chciałabym choć 2 razy w tyg móc pojechać do konia, żeby odpocząć i odreagować siedzenie non stop w domu. Gdybym mogła jakoś zarobić ciut aby starczyło na klubik dla małego to byłoby super - on pobyłby z dziećmi a ja wsiadałabym na konia. Ale tej możliwości nie mam.
Ja jak byłam w ciąży z drugim dzieckiem to jeździłam do 7 miesiąca. Każdy na mnie krzyczał, nigdy mi nic sie nie stało. Dodam ze jeździłam tylko na moim koniu. Ale jak wsiadałam do auto wyrznęłam orła 😤
Muffinka Nie masz jakiejs znajomej dzieciatej mamy, ktora ma ten sam problem co ty - brak kasy na kilkugodzinna nianie ? Jesli masz, to wystarczy, ze chociaz raz w tygodniu zostawicie sobie nawzajem dzieci i juz. Raz jedna zostanie z dwojka, kolejny raz - druga.